czwartek, 29 grudnia 2011

PODSUMOWANIE ROKU DWÓCH TYSIĘCY JESIENI


Rok 2011 dobiegł końca, a wraz z nim prawie rok działalności bloga. Rok ten obfitował w wiele świetnych koncertów i świetnych płyt. Naturalnie nie wszystkie zdążyłem przesłuchać, czy opisać, ale nie ma żadnego musu by to uczynić. Z żalem doczytywałem się też o zespołach, które zachwyciły mnie pod koniec roku 2010, a które nagle i niespodziewanie przestały istnieć; z równie wielkim zainteresowaniem śledziłem powroty i fenomenalne debiuty, a tych było naprawdę sporo i wybrać tę dziesiątkę było mi ciężko. Podobnie było z pozostałymi płytami, toteż w nie wszystkich punktach jest ich równa i taka sama ilość.

W poniższym zestawieniu, podzielonym na kategorie, umieściłem te płyty i grupy, które najbardziej mi się podobały lub, które według mnie nie powinny się w ogóle ukazać. Jest to wybór subiektywny i nie każdy musi się z nim zgadzać, ale może stanowić punkt wyjścia dla własnych muzycznych poszukiwań.

Nowy rok – 2012 na który między innymi przepowiada się koniec świata, w który absolutnie nie wierzę, zapowiada się pod względem muzycznym, zarówno płytowym, jak i koncertowym, równie interesująco, jeśli nie bardziej, jak miniony. Podsumowanie starego roku, to też idealny moment na ogłoszenie nazwy dla roku nowego: zatem ogłaszam wszem i wobec, że nowy rok 2012 będzie nosił nazwę roku Dwóch Tysięcy Dźwięcznego…

wtorek, 27 grudnia 2011

RetroSpekcja III: Przepowiednia Mesjasza


Kolędy to na pewno nie są, co to, to nie. W trzeciej, (po)świątecznej, odsłonie cyklu poświęconego zapomnianym starociom warto poświęcić kilka słów kanadyjskiej grupie Messiah Prophet. Tym razem jednak nie będzie to zespół z lat 60 czy 70.
Zapraszam w podróż do lat 80 – czasów kiedy heavy metal dopiero raczkował, a swoje pierwsze triumfy świeciły kapele, które dziś są legendami gatunku…

piątek, 23 grudnia 2011

RXXVIII: Ninja, Broken Betty (22 XII 2011, Desdemona, Gdynia)


Przedświąteczne ładowanie akumulatorów odbyło się w gdyńskiej Desdemonie. Uciekając od odwiecznych problemów z lampkami choinkowymi, ubierania sypiącego się drzewka i od lepienia pierogów postanowiłem posłuchać dwóch bardzo dobrych gdyńskich zespołów.
Młoda grupa Ninja oraz nieco starsza wiekiem i stażem Broken Betty zagrały mocne, bardzo energetyczne sety…

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Boso przez świat - o Cesarii Evorze


Nie, nie chodzi o Cejrowskiego, nie zmieniłem też branży na turystyczną. W sobotę zmarła Cesaria Evora - pochodząca z Wysp Zielonego Przylądka słynna piosenkarka wykonująca mornę. Śpiewała wyłącznie po kreolsku i portugalsku. Zawsze występowała boso i ponad wszystko nie znosiła butów.

sobota, 17 grudnia 2011

Kiev Office - Miłosz Cię Kocha EP (2011)


Pierwotnie tekst ukazał się w całości na WAFP!

Zdążyli! Rok Miłosza już się kończy, ale udało się – Kiev Office udostępnili długo zapowiadany mini album poświęcony wybitnemu polskiemu nobliście. W notce dołączonej do wydawnictwa można przeczytać, że muzycy zafundowali sobie podróż w czasie do lat 80., a także, że nieboszczyk Czesław obraca się w grobie jak dziecięcy wiatraczek na wietrze. Tego drugiego akurat nie jestem taki pewien...

wtorek, 13 grudnia 2011

Metallica – Beyond Magnetic EP (2011)



Równo trzy lata temu Metallica wydała dziewiąty album zatytułowany „Death Magnetic”, który był powrotem do klasycznego, ciężkiego thrash metalowego stylu grupy z okresu najlepszych płyt, kończącym się wraz z słynnym „Czarnym Albumem”. W tym roku uraczyła nas płytą, która podzieliła fanów i wylano na nią już masę pomyj – wspólnym projektem z Lou Reedem zatytułowanym „Lulu”. Na szczęście czterech jeźdźców apokalipsy postanowiło pocieszyć fanów wydawnictwem zawierającym cztery utwory pochodzące z sesji nagraniowych wspomnianej „Death Magnetic” – cztery naprawdę świetne i mocne utwory…

czwartek, 8 grudnia 2011

Stoner Again: Węgry

Stoner ma różne oblicza. To lżejsze, nastawione na niebezpieczne zbliżanie się do space rocka z lat 70 i to bardziej ekstremalne. To drugie wywodzące się w prostej linii z grania choćby takiego zespołu jakim była legendarna Pantera. Ostatnio w Polsce nawet nastąpił wysyp takiego grania, żeby wspomnieć tylko najbardziej znaną – aktualnie, z wiadomych powodów zawieszonej - Black River. A co powiecie na stoner z Węgier?

poniedziałek, 5 grudnia 2011

RetroSpekcja II: Supernaut – Supernaut (1974)


Cofnijmy się w czasie o trzydzieści osiem lat. Nikt wówczas nie myślał nawet o tak ekstremalnym graniu jakim, miał się stać raczkujący wówczas heavy metal, nikt nawet nie myślał, że powstanie z niego coś takiego jak power/speed metal. A co dopiero death czy doom… Cięższe, pionierskie podówczas dźwięki, które dały podwaliny pod wiele późniejszych gatunków muzyki metalowej to przede wszystkim zasługa Black Sabbath. Grupa wydała w 1972 roku, album „Black Sabbath Vol. 4” – jeden z najważniejszych w ich dyskografii i jeden z najbardziej istotnych dla rozwoju metalu. Na niej znajdował się też utwór „Supernaut” od którego nazwę wziął zespół, o którym pragnę opowiedzieć w drugiej części RetroSpekcji...

czwartek, 1 grudnia 2011

RetroSpekcja I: Elektryczna Kanapka

Na początku 2011 roku zacząłem ten blog serią „Gdzie są zespoły z tamtych lat” – chcąc kontynuować opowieść o zapomnianych, często niesłusznie, a naprawdę wspaniałych zespołach, głównie z lat 60 i 70, pragnę zamknąć ten rok dalszym ciągiem, tym razem pod krótszym, zbiorczym tytułem „RetroSpekcja”. W przyszłym, nienazwanym jeszcze roku, zamierzam cykl kontynuować i odsłaniać kolejne niesamowitości…


Electric Sandwich powstała w Niemczech w drugiej połowie 1969 roku z inicjatywy grupy studentów z Bonn. Zespół składał się z czterech członków, którzy grali już w innych lokalnych zespołach: basista Klaus Lormann z Chaotic Trust, gitarzysta prowadzący Jorg Ohlert grający w Slaves of Fire, perkusisty Wolfa Fabiana, który był założycielem Electric Sandwich i muzykiem sesyjnym grupy  Muli and the Misfits oraz wokalisty Jochena „Archie” Carthausa śpiewającego w Flashbacks. Ich jedyny materiał, zatytułowany po prostu „Electric Sandwich” został zrealizowany w legendarnym Dieter Dirks Studio w Stommeln w 1972 roku i wydany rok później. Nie jasne są okoliczności rozwiązania zespołu, ani czemu nie zarejestrowano kolejnych płyt. Muzyka proponowana przez kwartet to szalone połączenie space i kraut rocka, z bluesem, jazz rockowymi improwizacjami, folkiem i brzmieniem mellotronu. Na debiutancką i jedyną płytę składa się dziewięć utworów, z czego dwa ostatnie pochodzą z singla „Brain Single 507”. Zatopmy zatem zęby w tym iście smakowitym kąsku jakim jest Elektryczna Kanapka:

wtorek, 29 listopada 2011

Marla Cinger - Hexagon EP (2011)


Marla Cinger, czyli solowy projekt Asi Kucharskiej - basistki Kiev Office - wzbogacił się o nową odsłonę (premiera 3 grudnia). Właśnie wydana epka jest płytą krótką (rzecz oczywista), ale bardzo intrygującą i prawdopodobnie zapowiadającą  drugą płytę zespołu. Pierwszej płyty nie słyszałem, więc nie będę się odnosił do tego, co było, lecz do tego co jest - co można usłyszeć na tym krążku. Pamiętam, że słyszałem raz Marlę na żywo podczas występu w sopocko-gdyńskich Kolibkach, jednak dokładna data niestety umknęła mi pamięci, ale było to jakieś dwa, trzy lata temu w wakacje. Nie zachwyciłem się podówczas, podobnie zresztą jak swego czasu Kiev Office. Ale zmienia się człowiek i zmieniają gusty muzyczne. Zaczynamy zatem, a na pierwszy ogień idzie niezwykła okładka.

niedziela, 27 listopada 2011

RXXVII: Blind Crows (25 XI 2011, Cruiseriders Sopot Club, Gdynia)

W nowym gdyńskim klubie Cruiseridersów w Gdyni Grabówku przy ulicy Osada Kolejowa 2, którego otwarcie nastąpi na początku przyszłego roku, odbyła się impreza Andrzejkowa, w ramach której zagrał gdański zespół Blind Crows, który miał okazję już występować pod szyldem Cruiseriders 14 maja na Zlocie Motocyklowym w Gołuniu.
Blind Crows A.D XI 2011

Blind Crows po raz pierwszy zaprezentowało się w nowym, czteroosobowym składzie, czyli Zim Zum na gitarze basowej, Kitek na wokalu, Frodo na gitarze oraz Mańka na perkusji.
Zim Zum i Frodo w akcji

Współzałożyciel i gitarzysta grupy Kleryk nie występuje już od jakiegoś czasu w zespole, co przyczyniło się do sporych zmian stylistycznych. Określany przez muzyków jako Blind Rock styl ewoluował i przybrał nowy, bardziej agresywny wizerunek. Wśród zaprezentowanych przez Wrony utworów znalazły się zarówno doskonale znane już publiczności takie kawałki jak: „Droga”, „Kłamca”, „Pająk” czy „Dodzia w Wejherowie”. Nie zabrakło również utworu Mańki - pod tytułem "Nic".
Mańka w utworze "Nic"

Nie zabrakło także coverów, które zespół traktuje jako własne, pełnoprawne utwory, a mianowicie „Kibla” z Formacji Nieżywych Schabuff oraz utworu „Biegać, skakać” znanego z „Poradnika młodego zielarza” z filmu „Podróże Pana Kleksa”, którego ostrzejsza rockowa wersja może się bardziej spodobać niż oryginał wszystkim fanom mocniejszego przywalenia. Blind Crows zagrało również dwie nowe kompozycje zatytułowane „Żmija” i „Kurczak”. Podobnie jak w Gołuniu, i tym razem dopisała frekwencja. Zadowoleni słuchacze, w tym także motocykliści, dopytywali się kiedy i gdzie następny koncert.
Frodo



Blind Crows jest bowiem zespołem, który nastawiony jest przede wszystkim na dobrą zabawę, a nie szerzenie głębokiego przesłania. Niewątpliwie zatem trafił w gusta obecnych podczas otwarcia klubu, jak również po prostu – gdyńskiej publiczności.

Uwagę przykuwał również Kitek, który zmieniwszy nieco swój dotychczasowy wizerunek fantastycznie wpisywał się w klimat kawałków i z jeszcze bardziej zadziornym niż dotychczas wokalem, łączył agresję z ruchem, którym mógłby zarazić każdego nawet najbardziej bezruchowego i statycznego człowieka. Obecnie niewiele młodych zespołów jest w stanie odważyć się na coś takiego. Warto też odnotować, że podobnie jak w Gołuniu, koncert i otwarcie klubu uświetniła ładna tancerka.
Kitek

Niewątpliwie, ten koncert Wron był inny niż dotychczasowe i niewątpliwie należy do ich najbardziej udanych występów. Wszyscy Ci, którzy dotychczas nie mieli okazji ich usłyszeć, a mają ochotę na odskocznię i powiew świeżości powinni wybrać się na ich kolejny występ.
Trójmiejscy motocykliści, jak również wszyscy sympatycy ryczących mechanicznych ogierów już wkrótce będą mieli swój mały, własny zakątek. Cruiseriders'om życzę wszystkiego najlepszego – rośnięcia w siłę członków, powiększania ilości koni mechanicznych i równie udanych imprez jak, ta która miała miejsce w ostatni piątek.




Spisał: Kahun
Poprawki: Lupus

czwartek, 24 listopada 2011

RXXVI: Blue Jay Way, Mandalor, Shadowsight (23 XI 2011, Ucho, Gdynia)

Trójmiasto wzbogaciło się o kolejny bardzo ciekawy zespół. Obok grup, które konsekwentnie budują swoją reputację i należą niewątpliwie do najważniejszych młodych zespołów Trójmiasta, zaprezentował się pierwszy raz zespół Mandalor. Ciężko stwierdzić, kto był największą gwiazdą tego koncertu – wszystkie pokazały klasę i zagrały bardzo dobrze. No, ale zacznijmy od początku.

Filip Arasimowicz
Najpierw wystąpił zespół, który poniżej pewnego poziomu nie zejdzie chyba nigdy. Blue Jay Way zaprezentował utwory znane chyba już wszystkim, jak również zupełne nowości. Na początek „Zabójcze maszyny” – jeden z najświeższych kawałków, a później obok hitów jakimi są „A niech ma”, „Pierdolone życie”, „Amerykański” czy „Pragnę Cię” również inne nowości: „Utopijny świat” i bardzo interesujące ostre „Cztery Ściany”. 
Tomek Besser
Nie zabrakło też zawsze fantastycznego utworu „Ostatnie tchnienie” – przy którym nie mogło się obyć bez ciarek na plecach - co jest takiego w tym utworze? Nie wiem, ale należy do moich najbardziej ulubionych utworów BJW, obok „A niech ma” i dawno nie granego już „Opętanego”. Zagrali trzynaście numerów, jako ostatni wybrzmiał „Rock’n’roll” po czym udostępnili scenę chłopakom z Mandalora.


O tym drugim zespole trzeba napisać nieco więcej. Mandalor powstał z inicjatywy gitarzysty Piotra Ryżyńskiego i perkusisty Damiana Ciupińskiego. 
W październiku 2010 roku do duetu dołączył drugi gitarzysta – Dominik Niklas. Przez jakiś czas wokalistą zespołu był Mateusz Styk, jednak ten odszedł z zespołu, by dołączyć do Babiaków.
Piotr Ryżyński

Nieco później do Mandalora dołączył basista – Michał Geratowski. Z nowym wokalistą jednak Mandalor miał większy problem i szukali go ponad trzy miesiące i w końcu stanowisko gardłowego objął Oskar Charuta. Minęły cztery miesiące i Mandalor postanowił pokazać się na żywo. Nazwa grupy to z kolei gra słowna – odnosząca się zarówno do Mandalorian z Gwiezdnych Wojen, ale również do słowa „mandala” pochodzącego z religii hinduskiej, które jest odpowiednikiem chrześcijańskich ikon. Samo słowo oznacza zaś zdrowie, szczęście. Nie da się Mandalora jednoznacznie zaszufladkować, bowiem to, co chłopaki grają, wymyka się wszelkim klasyfikacjom – i bardzo dobrze, bo wcale nie miałem zamiaru przymierzać się do ustalania stylu. Nie oto przecież chodzi, żeby z góry wrzucać kapelę do worka z etykietką. Jak mówi gitarzysta grupy Piotr Ryżyński: Gramy co nam wpadnie do ucha i dobrze nam idzie. Nie ma w tych słowach ani krzty przekory, bo faktycznie dobrze im idzie. Ich granie to luźna mieszanka post-metalu z hard rockiem, punkiem, popem a nawet rapem. Gdzieś przemykają nawet stoner i groove metalowe skojarzenia – w każdym razie jest energetycznie, brudno i ciekawie.
Michał Geratowski

Mandalor zaprezentował zaledwie osiem kawałków – wszystkie jednak były ich własnymi kompozycjami, co już pokazuje zespół w bardzo dobrym świetle, że nie brali na warsztat żadnych coverów, tylko od razu uderzyli własnym pełnym setem. Trzy utwory zasługują na szczególne zauważenie, a przynajmniej mi właśnie one najbardziej wbiły się w pamięć. Pierwszy z nich to znany już niektórym z wrzuty bardzo interesujący „Pasożyt” – szybki, pędzący riff, chwytliwa melodia i świetny tekst. Rys lat 70 i 80 przywołujący polskie legendy takie jak TSA czy Turbo – rewelacja. Bardzo podobał mi się „Plan B” – równie przebojowy i szybki, momentami zbliżający się do punk rocka potraktowanego pustynnym niskim brzmieniem. Mateusz Fudala - gitarzysta zespołu Call The Fire Brigade powiedział mi niedawno, że u nas w Trójmieście powoli robi się zagłębie stonerowego grania. I coś w tym jest, Mandalor bowiem daleko do takiego grania nie ma, a na pewno gdzieś w kategoriach stoneru mieści.

Damian Ciupiński
Oskar Charuta
Dominik Niklas














Ciekawą odskocznią był nieco lżejszy utwór „Adrenalina”, w którym tekst został… zarapowany. On również bardzo dobrze zabrzmiał. Cóż jeszcze… duży plus za polskie teksty, bardzo dobra gra Ciupińskiego na perce, interesujący i sprawny wokal Oskara – więcej zadziorności i pewności siebie nie zaszkodzi i małe zastrzeżenie do postawy Dominika Niklasa – więcej ruchu, stać jak kołek przez cały czas, podczas gdy gitarzysta, basista i wokalista są w ruchu trochę nie wypada, no ale czepiam się.
Mandalor wszak debiutował – więc stres i spina swoje zrobiła, ale nie zmienia to faktu, że dali bardzo dobry, interesujący koncert. Trzymam kciuki za Ryżego i jego Mandalora – o tej kapeli pewnie będzie jeszcze głośno, a Blue Jay Way powinno mieć się na baczności, pojawił się poważny konkurent!

Ostatni zagrał zespół Shadowsight, który powrócił po kilku miesiącach milczenia w nowym, aczkolwiek tymczasowym składzie. Na perkusji wystąpił gościnnie Damian Ciupiński (gratulacje za wytrzymanie dwóch pełnych setów bębnienia) oraz basista Miłosz Gasiuk.
Miłosz Gasiuk
Na zgranie się zespół miał niecały miesiąc i ograniczony czas prób. 
(Patrząc od lewej) "Fiefiur" i Michał
Sądzę jednak, że wyszedł z tego fantu obronną ręką. Czy też raczej rękami. Na początek potężny „Nemesis”, następnie ani na moment nie zwalniający tempa „Marauders”, zaraz po nich melodyjny i pachnący Iron Maiden „Where The Eagles Fly”, nie zabrakło też zaśpiewanego przez "Fiefiura" (gitarzystę i współzałożyciela grupy) przebojowego i odśpiewanego razem z publicznością „Marco Polo” i utworów z najnowszej epki zespołu w tym również bardzo dobrego numeru „The Valley of Elah” inspirowanego biblijną przypowieścią o Dawidzie i Goliacie. Koncert zakończył numer „Pirates of the West”. Pomiędzy kolejnymi utworami zostały również zaprezentowane solówki – gitarowa Michała Marcinkowskiego oraz perkusyjna Ciupińskiego.

Finito koncertu Shadowsight
Shadowsight brzmiał mocno i wciągająco – tłum pod sceną bawił się naprawdę dobrze i w sumie się nie dziwię, bo chłopaki zagrali chyba najlepszy koncert w swojej karierze. Mimo pewnych niedociągnięć, pomyłek i problemów, do których przyznał się sam Marcinkowski, zespół pokazał klasę – jak powinien wyglądać dobry koncert oraz wraz z kolegami z pozostałych dwóch zespołów, że trójmiejska, wciąż jeszcze undergroundowa, scena muzyczna ma się dobrze i co najważniejsze rośnie w siłę.

Na koniec powinny być podsumowania, ale wszystko zostało już powiedziane. Cóż zatem? Tym razem mały apel do wszystkich producentów, wytwórni i tych, którzy są w stanie underground zmienić w mainstream (lub przynajmniej sprawić, że o tych – i innych zacnych – zespołach będzie głośniej również w kraju, a może nawet za granicą, a nie tylko w Trójmieście). Całkiem możliwe, że i tacy się znajdą pośród tych kilku, kilkunastu osób, które wchodzą na tego bloga i go czytają, za co serdecznie w imieniu swoim i wszystkich opisywanych (lokalnych i naszych mniej znanych krajowych zespołów) serdecznie dziękuje. Te trójmiejskie kapele udowodniły i jeszcze nieraz udowodnią, że są zespoły, które warto i trzeba wspierać, pomóc im się przebić. Jest ogromny potencjał i masa świetnych, ciekawych pomysłów – ciągle jednak brakuje kogoś, kto obróci stagnację, jaka od lat panuje w naszym kraju na korzyść tych zespołów. I nie tylko tych. Trójmiejskiej sceny muzycznej w ogóle. Im więcej się będzie o nich mówić, pisać i słuchać tym większe szanse będą miały na wybicie się. Te słowa, na moim blogu, to zaledwie mały krok, aby to zmienić, duży dopiero nastąpi, jeśli pomożemy im. Wystarczy chcieć, a czasem odrobina chęci może zdziałać więcej właśnie dla nich. Mały ruch pozwoli im przetrwać, a to jest najważniejsze nie tylko dla nich, ale i dla wszystkich, którzy cenią dobrą muzykę i zabawę na koncertach. Zarówno my fani, słuchacze, koledzy i koleżanki zaangażowanych w te projekty osób, ale również wszyscy Ci, którzy mają środki i kontakty, jesteśmy zdolni by poruszyć machinę, która choć sprawna, wymaga naoliwienia i wymiany części. Do dzieła!

wtorek, 22 listopada 2011

Fonetyka - Requiem dla Wojaczka (2011)

Rafał Wojaczek – niedoceniony, niezwykle utalentowany kaskader polskiej literatury. Przeklęty poeta i legenda doczekał się interpretacji swoich tekstów w wersji muzycznej. I to w nie byle jakiej formie. Dwóch przyjaciół zakochanych w twórczości pisarza - Przemek Wałczuk i Daniel Zaklikowski postanowili oddać mu hołd i tak narodziła się Fonetyka. Debiutancka płyta grupy swoją premierę miała 7 października. Trafiwszy przypadkiem (nie ma przypadków) na singlowy „Dla Ciebie piszę miłość” bez wahania kupiłem cały album, który przyszedł w trzy dni później. I nie żałuję – jako student filologii polskiej uważam, że jest to pozycja, którą trzeba znać. I nie dlatego, że jestem filologiem, ale dlatego, że to kawał naprawdę świetnej roboty.

Najpierw skojarzenia: Myslovitz i Republika podana jako chłodnik z odrobiną pieprzu po wierzchu. Delikatne, smutne kompozycje oparte na klawiszach, melancholijnych dźwiękach gitar, które tylko czasem zagrają mocniej i perkusja, która buduje z resztą instrumentów klimat uderzeniami, a nie łomotem i przesadzonymi przejściami. W ogóle płyta brzmi jakby była wyjęta z zimno falowej alternatywy lat 80. W połączeniu z niesamowitymi słowami wierszy Wojaczka powstała podróż przez zmysły i emocje. Kapitalnie zostały dobrane proporcje pomiędzy interpretacją, sensem utworów poety, a artystycznym wyrażeniem. Jestem pewien, że Wojaczek byłby zachwycony.

Wokal przypomina mi z jednej strony Ciechowskiego, a z drugiej Rojka.
Ma się wrażenie znudzenia i snucia się, które fantastycznie wyraża rozterki poety i afirmację bólu egzystencji – czy niektóre utwory tych grup nie były przedstawiane w podobny sposób? Poza tym muzyka może wywoływać takie skojarzenia – dźwięki są właśnie raczej delikatne, nastawione na klimat, budowanie napięcia i przekaz, a przede wszystkim melodyjność, chwytliwość i prostotę. Nie minimalizm, ale prostotę – tu nie ma epatowania dźwiękami, wymyślnymi strukturami muzycznymi czy rozbudowanymi solówkami. Unoszą się one w przestrzeni jak mgła, która owija się dookoła człowieka i nie chce puścić, jakby chciała by zatopić się w niej – zamknąć oczy i płynąc ponad czasem zastanowić się nad sensem swojego życia… Wojaczek był myślicielem i niezwykle spostrzegawczym obserwatorem szaleństwa, które nas otacza – muzyka Fonetyki oddaje te emocje w niezwykle przystępny i przepiękny sposób.

Kiedy swego czasu przygotowywałem się do egzaminu z polskiej literatury współczesnej straszliwie mnie denerwowała poezja Wojaczka, nie rozumiałem jej i dosłownie ciskałem tomikami jego poezji o ściany. Wspaniałą sprawą jest, że trudne i kompletnie niezrozumiałe teksty Wojaczka udało się Fonetyce przedstawić w sposób tak przekonujący, magiczny i jednocześnie oddający ducha jego poezji. Dzięki takim płytom można nie tylko poznać niepowtarzalnego poetę i wsiąknąć w jego twórczość bez reszty (i wreszcie ją zrozumieć), ale również sprawić, że słuch o twórcach takich jak on nie zaginie, że pozna jego twórczość szersze grono ludzi, którzy zwykle nie czytują poezji. To nie tylko płyta dla filologów polskich i wielbicieli Wojaczka, ale dla wszystkich tych, którzy cenią dobrą muzykę z silnym i niebanalnym przekazem. W podobny sposób można by przedstawić wielu wybitnych polskich poetów, którzy zniknęli gdzieś w pamięci i pomiędzy kartkami, żeby wymienić tylko Białoszewskiego, Micińskiego czy Trzebińskiego… Tymczasem Fonetyka zachwyca. I mam nadzieję, że na tej jednej płycie się nie skończy.

Ocena:8,5/10

sobota, 19 listopada 2011

Black Country Communion – Live Over Europe (2011)


Z płytami koncertowymi jest spory problem. Słuchanie ich często nie daje tyle radości jak oglądanie i słuchanie koncertu na żywo (wersje filmowe stanowią chociaż namiastkę atmosfery i klimatu wydarzenia). Takich płyt nie słucha się dobrze, gdy nie zna się twórczości danego artysty czy zespołu, niektóre płyty koncertowe są jednak tak dobre, że słucha się ich z ogromną satysfakcją mimo braku uczestnictwa fizycznego, a jedynie duchowego. Często sama zarejestrowana fonia z powodzeniem wystarcza i można się obejść bez wizji lub spokojnie ją wyobrazić. Zwłaszcza gdy jest to koncertówka takiej grupy jaką jest niesamowite Black Country Communion…

sobota, 12 listopada 2011

Jesienne Smuty Koncertowe: Tides From Nebula (10 XI 2011, Sfinks 700, Sopot)

Do napisania czegoś o Tides From Nebula zabierałem się kilkakrotnie i za każdym razem ponosiłem klęskę. Najpierw z trudem przyszło mi pokochanie tego instrumentalnego grania, później była próba napisania o najnowszej płycie „Earthshine”, następnie o debiutanckim krążku „Aura”. Wreszcie chciałem napisać o obu jednocześnie, powstał wstęp i pustka.
Postanowiłem wybrać się na koncert i nadal nie wiem jak o nich napisać – bo tego się po prostu nie da opisać. No, ale spróbujmy.

Przystawka I: Broken Betty

Przed każdym głównym daniem są przystawki, pierwszą było trójmiejskie trio Broken Betty grające southern/stoner rocka. Nie ma sensu rozpisywać się o każdym z kawałków, bo było to moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, ale także nic, nowego w tym gatunku zaprezentowane nie zostało. Występ chłopaków był bardzo udany i w porównaniu z Octopussy, które słyszałem kilka dni wcześniej znacznie lepszy i ciekawszy. Przede wszystkim za sprawą bardzo dobrego, wyważonego nagłośnienia. Perkusja nadawała tempo i tło, a gitary wygrywały swoje – czyli tak jak powinno być. Był wyczuwalny pustynny klimat, groove i to, czego brakowało mi w Octopussy – przestrzeń, zwolnienia do następnego uderzenia – te, w finałowym niemal dziesięciominutowym utworze były po prostu wspaniałe.
Mocną stroną Broken Betty jest także wokal basisty, który potrafił oczarować szorstkim głosem, krzykiem by po chwili zaśpiewać wolno, łagodnie i lirycznie. I oto w tej muzyce właśnie chodzi. Czystą przyjemnością było też patrzenie na bardzo dobrą technikę gry perkusisty.

Przystawka II: NAO

Drugą przystawką była warszawska formacja NAO, która zaprezentowała materiał ze swojej debiutanckiej płyty „Deprywacja Sensoryczna”. Zespół ten gra specyficzną mieszankę muzyki ekspyremntalnej z post rockiem i szeroko pojętą alternatywą. Dużym plusem na pewno był polskojęzyczny wokal – co już jest niemal rzadkością na polskim rynku fonograficznym, a muzycznie – cóż jak dla mnie jest trochę gorzej…
W każdym razie mnie ich granie nie poraziło – dłużyło się, było nieciekawe, a wokalistka sprawiała wrażenie ryby z trudem łapiącej powietrze na powierzchni – przynajmniej na początku. Słowa były kompletnie nie zrozumiałe, a kiedy zaczęły już być wyłapywalne, odniosłem wrażenie grafomańskiego bełkotu, który kiedyś zarzucano wszak łódzkiej Comie. Muzyka była pozbawiona emocji, a kompozycje były za długie – jeden numer potrafił brzmieć tak, jakby zawarte były w nim co najmniej trzy, albo cztery kawałki. Dziwna sprawa…
- Zagramy Wam trochę muzyki – powiedziała Edyta Glińska, wokalistka zespołu. Cóż, nie nazwałbym tego muzyką, przynajmniej przy pierwszym zetknięciu, miałem raczej bardzo mieszane uczucia, choć ludziom wokół się podobało. Nie skreślam tej grupy zupełnie, może się do nich przekonam, gdyż w zanadrzu mam jeszcze asa: ich debiutancką płytę – ale to już będzie inna historia i nie przeznaczona na mojego bloga – ale dla We Are From Poland.

Danie główne: Tides From Nebula

Zagrali prawie dwugodzinny koncert, grając utwory z obu swoich płyt. Gitarowe galopady i melancholijne pasaże, które raz po raz wybuchały w ekstatycznym tańcu emocji.
Tak jak napisałem na początku, nie wiem, po prostu nie wiem jak opisać swoje wrażenia; to, co widziałem i słyszałem jest nie do opisania. To była po prostu magia, metafizyka i ciężkie działa z bronią masowego rażenia emocjami, wytoczone przeciwko ludziom, którzy przyszli na ich koncert.
Spodziewałem się tego, ale jak przelać na papier to, co trzeba przeżyć samemu – wewnątrz siebie? Wielokrotnie udawało mi się to w mniejszym lub większym stopniu, ale tym razem nie potrafię. Było niesamowicie i pięknie – to chyba był najwspanialszy koncert mojego życia. Spróbuję oddać magię tego wydarzenia z pomocą kilku zdjęć:






Cóż jeszcze? Jesień trwa w najlepsze. A wraz z nią piękne przeżycia, zatopienia, odkrycia i uniesienia. A tego się właśnie oczekuje od tej pory roku.

czwartek, 10 listopada 2011

RXXV: Call the Fire Brigade, Ninja, Octopussy (8 XI 2011, Pokład, Gdynia)

Pierwsza trasa koncertowa po Polsce gdyńskiej grupy Call the Fire Brigade zakończyła się pomyślnie. W Gdyni. Finał trasy musiał nastąpić w mieście rodzinnym, jednak tym razem nie odbył się w Uchu. Wybór padł na klub Pokład, charakteryzujący się ekscentrycznym pirackim wystrojem, który średnio chyba pasuje do klimatów postmetalowych i hardcore’owych.
Jeden zespół bardzo mnie zainteresował (Ninja), CTFB dało koncert zaledwie dobry, ale skoro byli zmęczeni po prawie dwóch tygodniach grania w kraju, można im to wybaczyć, a trzeci, chyba jednak przereklamowane OśmioCipki, czyli Octopussy nie podobały mi się wcale jakoś specjalnie.

Jako pierwsi wystąpili chłopacy z zespołu Ninja. To jeden z kilku zespołów w których udziela się Max Krzywkowski i równie ciekawy jak Timmy And the Drugs czy akustyczne projekty. Obracający się też w zupełnie innych rejonach stylistycznych. Chłopaki zaserwowali energetyczną mieszankę punk rocka zmieszanego z hard/metalcore’em i wypadli nader interesująco.

Nie obwijając w bawełnę zaczęli z grubej rury pędzącym riffem, trzaskiem perkusji, melodią i mocnym wokalem. Niektóre kawałki przywodziły nawet na myśl ostrzej potraktowane eksperymenty Jacka White’a – osobiście bardzo lubię takie właśnie granie, które nie ogranicza się do konkretnego stylu, ale odlatuje w coraz to inne rejony idealnie się ze sobą spasowując i kolidując. Nastawione na zabawę granie czasami mogło się wydać mało oryginalne, ale w tym wypadku chodziło, oto żeby dobrze się wkręcić, dobrze się bawić.

Zespół ten swoje ciosy rozdawał z zaskakującą precyzją i siłą – zabrakło mi tylko momentów „bullet time”. Czasami kojarzyło mi się granie chłopaków z jakimś gore’owym filmem o zombie, które rzuciwszy się na ofiarę, wyrywają ogromny ociekający krwią kawał mięsa. Pierwszorzędne granie, do którego z chęcią się wróci – a podobno nagrywać będą materiał studyjny. Trzymam(y) zatem kciuki!

CTFB po debiucie 8 grudnia 2010 roku w sopockim Starym Rowerze i pierwszej epce „Dockyard Session” konsekwentnie zaczęło rosnąć w siłę. Każdy kolejny koncert był coraz lepszy i ciekawszy, druga płytka „2EP” dziwiła nieco łagodniejszym obliczem, a świeżutki teledysk, który pojawił się w zeszłym miesiącu, do utworu „Alex Broke My Shoulder” pokazał z kolei, że z chłopaków to niezłe łobuzy. Kto to bowiem widział demolować samochód…?

Wreszcie trasa koncertowa. Nie wiem jak pozostałe koncerty na trasie, ale gdyński, finalny występ CTFB był, jak już powiedziałem, zaledwie dobry. Zespół, który nie wątpliwie rośnie w siłę, zaprezentował mocny set złożony z kawałków z obu wydawnictw i z tego co wiem, najprawdopodobniej również jakiś nowości. Co zawiodło? Mniej ruchliwy niż zazwyczaj wokalista. Postawił na nieco spokojniejsze i mniej zadziorne śpiewanie, które średnio zaczyna pasować do stylu grupy – niestety słychać tendencje regresywne u Marka. CTFB również zagrało nieco łagodniej i bardziej jeszcze przestrzennie niż poprzednio, gdy ich słyszałem w Uchu. Wszystko wskazuje na to, że chłopaki z CTFB szukają i idą w dobrą stronę. I tak trzymać!

Octopussy to zespół, który wziął nazwę od trzynastego odcinka przygód brytyjskiego agenta Jamesa Bonda 007. Łącząc południowo amerykański rock i pustynny stoner z rock’n’rollem postawili na dobrą zabawę, która wielu zachwyciła. Ile ja dobrego słyszałem o tym zespole – ale niestety wcale mnie nie zachwycili.

Brak świeżości, polotu, czegoś oryginalnego w tym graniu, jest zbyt sucho i nudno. Intrygował jedynie fantastyczny perkusista, który nadawał całości tempa i przestrzeni. Wszystko inne jakoś stało z boku – gitary burczały, brakowało płynących zejść i zabaw z przestrzenią po których winien nastąpić ekstatyczny wybuch, klawiszy, skoro już są, było ewidentnie za mało, a wokal jest według mnie mało stonerowy.

Technicznie jest świetnie, ale jak dla mnie bez szału. Na dłuższą metę są strasznie męczący, a tego typu granie nie powinno męczyć. Zespół dobił się zagranym na bis coverem Zepellinów. Szkoda. Zawiodłem się.

Dwa zespoły mają przyszłość, trzeci – Octopussy pewnie ją też ma, ale nie będę o niej mówił, bo zwyczajnie jej nie widzę. Podobnego grania słyszałem już trochę i były to rzeczy znacznie ciekawsze, nie wspominając już o Black River, które mam nadzieję jeszcze wróci do grania. Jak na razie o stanie zdrowia Taffa – cisza. I też szkoda. Może gdyby Octopussy zagrali z nimi? Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami. Albo po prostu zadajcie je sobie – retorycznie.

wtorek, 8 listopada 2011

Nasiono Records Sampler vol. 2


Jak to szło? Nie mógł Mahomet do góry, przyszła góra do Mahometa? 21 października odbył się w gdyńskim klubie Desdemona koncert promujący drugą część składanki promującej zespoły ze stajni Nasiono Records – kolektywu trójmiejskich artystów działających wspólnie bez umów i kontraktów. Nie mogłem się tam pojawić z powodu natłoku innych zajęć, jakże miłym zaskoczeniem okazało się w kilka dni później otworzenie skrzynki pocztowej i znalezienie w niej koperty od Nasiono Records z płytką. Samplerem Drugim właśnie.

Nie lubię składanek, jest z nimi poważny problem. Różne okresy, różne style (jeśli dany zespół lubił je zmieniać), często różni artyści i związku z tym również różne style.
W wypadku Samplera mamy do czynienia z tą drugą sytuacją. Jest to przekrój stylistyczny tego, co tworzy się w Trójmieście pod patronatem i produkcyjnym okiem Nasiona.
Znajdziemy więc na płycie zarówno energetyczne rockowe brzmienia, melancholijne i smutne kawałki, jak również dźwięki eksperymentalne – również takie na granicy słuchalności.
Na płycie znalazło się osiemnaście utworów – jedne króciuchne, jedne w przystępnej długości, a jeszcze inne koszmarnie rozwleczone. Na osiemnaście utworów przypadło mi do gustu osiem, a właściwie siedem, bo „Dwupłatowce” Kiev Office, nie dość, że znane ze studyjnej płyty, to jeszcze okropnie potraktowane masteringiem, który momentami za bardzo trzeszczy i szura za głośno nastawionym przesterem.

Faworyty:

Otwiera fantastyczny i chwytliwy kawałek „Dogs Of Heart” grupy Mordy, który płynnie przechodzi w świeży i lekko płynący w przestrzeni utwór „Mosty i lasy” Marli Cinger (solowego projektu Asi Kucharskiej znanej z Kiev Office). W tym zestawieniu po dziwnym i nudnym Prawatt miłym zaskoczeniem jest tętniący życiem i nieposkromioną energią pachnący muzyką klezmerską i ludową „Duduś moja Duduś” Irka Wojtczaka. Chce się więcej! Kapitalnie wypada krótki, trwający niecałe dwie minuty „Break It” zespołu Popsysze – zadziorny i szybki w którym słychać zarówno inspiracje The White Stripes jak i wczesnym punk rockiem. Punk rock w najlepszym wydaniu, zahaczający nawet o skojarzenia z Kazikiem Staszewskim przynosi rewelacyjny utwór „Psy” zespołu Born In The PRL – również ma się ochotę na więcej, jeśli człowiek się wcześniej z nimi nie zetknął.
Elektroniczny gotyk w stylu Bauhaus? A proszę bardzo – Datadisk z instrumentalnym utworem „Body Unidentified”. Kolejna dawka energetycznego punka lub rockowej psychodeli? Towary Zastępcze z przebojową, smutną i melancholijną „Ameryką”. I do tego kapitalny, niezwykle trafny tekst…

Odrzut:

Pozostałe utwory nie zachwyciły mnie, i nawet nie chodzi o stylistykę, ale bardziej na długość czy sposób nagrania. Taki Prawatt z miksem „Dance Through The End Of Night” jest zwyczajnie nudny, choć na szczęście krótki. Szelest Spadających Papierków jest ciekawy tylko z nazwy – otrzymujemy zgrzyty i przestery na granicy, wspomnianej, słuchalności – w dodatku sześć minut z sekundami… zgroza. Nudno, bo chyba za długo, wypada utwór Asi i Kotów – „Pavements” – łagodny klawisz i nudny, nieciekawy wokal w stylu piosenki francuskiej nie poraża, przynajmniej mnie. Podobne wrażenia jak przy Papierkach ma się przy jeszcze dłuższym „AM Sverg” od Sam Sverg.
Nieciekawie wypada też utwór „Dreaming” grupy Folder, który można też znaleźć na nowej epce „Get Real”. Nigdy nie lubiłem tego zespołu, wokal Joanny Kuźmy mnie denerwuje i tak nie zachwyca mnie też ich nowy utwór. Dalej też nie jest dobrze: dziwna miniaturka „Funes, His Memory” od Fight!Suzan, za długie i równie koszmarne pod względem szumów i zgiełku utwory Nasiono (Shoegaze) All Stars, Sunday Ambient Duo i Karol Schwarz All Stars.
Nie podobał mi się też nowy utwór jednosobowego projektu Mananasoko „No właśnie”, który jakieś dwa lata temu słyszałem na żywo i również wtedy nie podobał mi się zupełnie.

Dla kogo jest zatem ten Sampler? Raczej jest to płyta dla wytwórni, by pokazać możliwości trójmiejskich zespołów i projektów muzycznych, zachęcić do promocji i nawiązania współpracy. Dla zwykłych słuchaczy raczej będzie to płyta męcząca z kilkoma genialnymi perełkami, do których się będzie wracać z czystą przyjemnością. Naturalnie dla każdego perełki będą czym innym – może akurat kogoś ucieszą długaśne i przesterowane do granic możliwości potworki? Jest to też miły prezent dla tych, którzy są związani z Nasionem, trójmiejską sceną muzyczną i którzy wspierają w mniejszym lub większym stopniu tę scenę.
W tym również dla mnie. Tym razem bez oceny. Miłego słuchania!

czwartek, 3 listopada 2011

WNS IV: Łomot

Ogary tym razem nie poszły w las. Ze skamleniem i podtulonymi uszami wróciły do chałupy. Wystraszone czymś, co pojawiło się na horyzoncie, bynajmniej nie wprawiły w ukontentowanie Olbromskiego, który… - tak mógłby zaczynać się dalszy ciąg „Popiołów” Stefana Żeromskiego. Ale nie będziemy pisać dalszego ciągu tej wspaniałej powieści. Zaledwie wczoraj pisałem o rosyjskich Entach, tym razem napiszę o czymś innym. Spuszczę Wam wszystkim łomot i to taki, że co niektórzy się nie pozbierają z podłogi bez czyjejś pomocy. Dosłownie i w przenośni. Muzyczny, naturalnie. Cztery kapele, trzy kraje i jedna rzecz wspólna – łomot. Dramatis Personae: Obtenebris i Incarnia z Kanady, Kiana z Finlandii i Made of Hate z Polski. Zaczynamy:

Lewy sierpowy: Made of Hate



Grupa powstała w Warszawie, a wcześniej istniała pod nazwą Archeon, pod którą zrealizowała płytę „The End Of The Weakness” w 2005 roku, następnie już po zmianie nazwy w 2007 roku nagrali płytę „Bullet In My Head” i w trzy lata później płytę „Pathogen”.
Do ich największych osiągnięć należy zaliczyć występ podczas tegorocznej edycji Sonisphere Festival w Warszawie. A muzyka? Rasowy melodyjny death metal najwyższej próby.
Debiutanckie wydawnictwo pod szyldem Archeon zostawię na inną okazję – tymczasem proponuję szybki przegląd dwóch wydawnictw MoH.
Pierwszą płytę otwiera kawałek tytułowy – melodyjna gitara na tle ostrych riffów i pędzącej perkusji. Świetny klimat, rewelacyjna produkcja i pozytywna energia. Pozostałe utwory, a razem jest ich dziewięć, utrzymane są w podobnym klimacie – szybkie, przebojowe, melodyjne, wciągające i o przystępnych długościach – średnio po cztery do pięciu minut. Niezwykle interesująco wypada wokal – nie będący dosłownym growlem, ale jednocześnie nie będący zupełnie czystym – Radka Półrolniczaka, wokalistę grupy porównuje się często do mocniejszego wydania Hetfielda, ale nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem – głos naszego rodaka jest znacznie ciekawszy i „brudniejszy”. Faworyci: kawałek tytułowy, „On The Edge”, epicki „My Last Breath” (nie mylić z polskojęzycznym kawałkiem zespołu Blue Jay Way), „Mirror of Sins”… - właściwie nie ma na niej chybionych kawałków, śmiało mogę powiedzieć, że całość zwala z nóg, a to dopiero początek.
Druga płyta kontynuuje stylistycznie pierwszą, ale jest jeszcze lepiej nagrana. Otwierającego „Friend” nie powstydziliby się nikt z Wielkiej Czwórki. Znacznie bardziej urozmaicone zostały wokale i rytmika kawałków. Długość i ilość kawałków pozostała bez zmian – najdłuższy jest „I Can’t Belive” trwający około sześć i pół minuty. Nadal jest przebojowo i niebotycznie szybko – riffów i solówek dosłownie nie słychać końca… Faworyty: „Your Departed”, wspomniany już „I Can’t Belive” (idealny dla efektu latających włosów), zwarty „Lock’n’Load”, fantastyczny numer tytułowy czy stonerowy „False Flag”.
Najbliżej chyba grupie Made Of Hate do Bullet From My Valentine – ale pozwolę sobie na stwierdzenie, że są nawet krok dalej niż Walijczycy. Zwłaszcza, że to nasi i dam się nawet posiekać, jeśli nie lepsi i ciekawsi od Vadera i Behemotha… Pierwsza i druga runda za nami…

Prawy sierpowy: Kiana


Powstali w 2004 roku w Finlandii, w miejscowości Hyvinkää. Na swoim koncie mają trzy wydawnictwa: demówkę „Deep Inside” z 2005 roku, epkę „Reflections” z 2006 roku i debiutancką pełnometrażową płytkę „Abstract Entity” zrealizowaną w 2009 roku. Ich muzyka to wypadkowa death, thrash i groove metalu. Tyle przynajmniej można się dowiedzieć o historii kapeli na Encyclopedia Metallum i na ich stronie oficjalnej. Szybkimi ciosami sprawdźmy ich materiał. Tu kompozycji jest jedenaście i przedstawiają się następująco:
Otwierający płytę „Greed” zaczyna się od wjazdu ostrych riffów i szybkiej perkusji. Szorstki, bardzo ciekawy i zrozumiały wokal z lekkim growlowanym szlifem przypomina mi trochę mocniejsze wydanie poczciwego Draka z naszego Huntera.
I do tego świetny bas. W następnym „Beloved Addiction” nie zwalniamy tempa, przynajmniej na początku, bo spokojniejsze fragmenty też się zdarzają. Jest brudno, szybko i lirycznie kiedy fantastyczny wokalista Jani Hytönen obok growlu zachwyca niezwykłym i przejmującym czystym wokalem.
Można by pisać o każdym kawałku, ale nie ma na to czasu – gong informuje o zbliżającej się końcówce rundy. Zatem jeszcze szybko skojarzenia i faworyty. W przypadku pierwszego punktu – znacznie ciekawsze i szybsze wydanie Mutiny Within, kapeli którą swego czasu rekomendowało samo Dream Theater. Brak chybionych momentów na płytce sprawia, że trudno wybrać faworyta, ale spróbujmy: na pewno „Heartburn”, balladowy „Scars”, przywodzący na myśl BFMV „Psychotic Drama”, absolutnie fantastyczny „Brother’s Keepers”, melodyjny (ale nie aż tak jak MoH) „Worries Turns ToDreads” czy wolny finałowy walec „Sickness In Me”.

Poprawienie z kolana w brzuch: Incarnia


Ten zespół pochodzi z Kanady, a dokładniej z Montrealu i powstał w 2006 roku. W 2008 roku wydali debiutancką demówkę „At The Rivers End” a dwa lata później pierwszy pełnometrażowy album „Proclamation”. Według wszelkich dostępnych źródeł zespół zakończył działalność, ale dochodzą mnie słuchy, że chłopacy nie powiedzieli jeszcze swojego ostatniego słowa. Ich debiut zdobywa bardzo pochlebne recenzje, więc i ja nie omieszkam zweryfikować, czy naprawdę jest wart uwagi.
Pozostając w kręgu melodyjnego death metalu z przyległościami zaczynamy kolejną rundę:

Orkiestrowy początek i wejście ostrych gitar i perkusji. Ta ostatnia trochę za bardzo stłumiona, ale mimo wszystko jest przyjemnie. Interesujący, wielopoziomowy, ale zupełnie nie powalający growlowany wokal, dobre tło klawiszy i orkiestracje. To „Dawn Of The Great Rebirth (Ashes Of Our Time Part II)” będącego kontynuacją kawałka z dema.
Znacznie ciekawiej wypada następny utwór – „Festival Of Atonement” – bardziej melodyjny, jeszcze szybszy i idealny do kolejnego lotu włosów z efektem 3D.
Siedem kawałków (około trzydzieści cztery minuty muzyki) jest utrzymane w podobnym klimacie – połączone z symfonicznymi i progresywnymi zapędami. Instrumentalne pasaże i przystępna długość są mocnym punktem wydawnictwa. Zdecydowaną wadą jednak jest zbyt wysoko podkręcony dźwięk – dźwięki uciekają i nie miło furkoczą. Faworyty: pędzący i bardzo melodyjny „Carrion”, „Where Fallen Apotles Assemble”, walcowaty „Yersina Pestis” i instrumentalne zaledwie dwuminutowe outro „Affinity”. Gong! Czas na finał:

Nokaut: Obtenebris


Ostatni zespół i bodaj najlepszy i najciekawszy w zestawieniu. Również pochodzący z Kanady i również z Montrealu. Powstał w 2003 roku, w 2005 roku wydał self titled demo, a w 2009 debiutancką płytę „Dust Of Time”. Rok później zrealizowali koncertówkę „Live In Granby” a na początku tego roku demo „Back In The Day”. Aktualny status tego zespołu to również stan rozwiązania i to według dostępnych informacji od 2010 roku. Szkoda, że tak zacna kapela się rozpadła, bo to, co znajduje się na pełnometrażowym materiale sprzed trzech lat to po prostu miód dla uszu prawdziwego wielbiciela ciężkich brzmień.

Najpierw minutowe, mroczne intro rozpięte na klawesynie i gitarze „Imminent Assualt”, które płynnie przechodzi w utwór tytułowy. Ciężki, wżerający się w mózg szybki i melodyjny riff i takaż perkusja. Interesujący, skandowany growl. Miazga…
Kolejne utwory są utrzymane w tym samym soczystym, walcowatym tempie i ze względu na wielość niesamowitych momentów i istnej nieposkromionej sile, która wylewa się z głośników trudno wybrać faworyta – zachwycają wszystkie.
Jednym z najciekawszych utworów, obok tytułowego, jest jednak kawałek zatytułowany „Skyfall” (na płycie czwarty) – który jak nic skojarzy się z właśnie ogłoszonym tytułem nowego, 23 już odcinka przygód Jamesa Bonda 007. Marzenie, żeby ten walec został utworem przewodnim nowego odcinka serii – bezcenne… Proszę się wsłuchać jak niezwykle pasowałby – abstrahując od gatunku muzycznego… wręcz idealnie…
Na tej płycie nie ma złych momentów, zachwyca mocą i wielością niesamowitych fantastycznych melodii, jak również pierwszorzędną produkcją, której pozazdrościć mogłyby największe tuzy takiego i wszelkiego metalowego grania. Nokaut!

Podsumowując: miało być „w niewielu słowach” – wyszło znacznie dłużej, ale materiał jest tego warty. Zwłaszcza Nasi, czyli Made Of Hate oraz kanadyjski Obtenebris nie chcą wyjść z odtwarzacza. To płyty idealne do podróży – samochodem, kolejką i autobusem. Czysta przyjemność i miazga na drodze – a czasami oto właśnie chodzi. Polecam!

środa, 2 listopada 2011

Fangorn - Mysterious Land (2010)



Rosyjski Folk Metal? Czy ja postradałem zmysły? Niewątpliwie, nigdy bym bowiem nie przypuszczał, że zainteresuję się folk metalem i to w dodatku rosyjskim. Trafiłem na kapelę zupełnym przypadkiem (nie ma przypadków) przerzucając różne filmiki na youtubie i jedna z kompozycji wpadła mi w ucho. Później przez kilka dni chodziłem i nuciłem sobie jakąś melodię, która dosłownie nie dawała mi w spokoju – po namyśle postanowiłem sięgnąć po całą płytę.

Zespół powstał w Sankt Petersburgu w 2007 roku. Jak każdy młody zespół borykał się z licznymi problemami personalnymi. Kiedy ostateczny skład się wykrystalizował, zdecydowano się na nazwę Fangorn – zaczerpniętą z kultowego „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Las Entów zagrał swój pierwszy koncert 5 marca 2008 roku i zrealizował demo z dwoma utworami. Dotychczasowy klawiszowiec odszedł w międzyczasie z grupy, a kiedy znaleziono nowego od razu przystąpiono do realizacji pierwszej płyty.
„Mysterious Land” została nagrana w Rosji, ale zmiksowano ją w listopadzie 2009 roku w Finlandii. Obecny skład zespołu jest następujący: Vladimir Fedorov na gitarze i wokalu, Alexander Dunaev na gitarze, Vladimir Pronin na basie, Vitaly Senchenko na instrumentach klawiszowych oraz Ivan Kashirin na perkusji.

Pełnometrażowy album grupy Fangorn nie jest długi – trwa niecałe trzydzieści minut, więc tak naprawdę jest to epka, ale jak zwał tak zwał. Materiał zawarty na krążku to siedem utworów. Naturalnie mogłoby być ich więcej, ale to, co jest zawarte na albumie w pełni wystarcza i daje ogromną satysfakcję.
Otwiera ją krótki (niecałe dwie minuty), instrumentalny kawałek tytułowy: akustyczna gitara i orkiestracje, które mogą się skojarzyć z Blind Guardianem i wspaniałym „The Hobbit: Bard Song”. Po czym następuje uderzenie perkusji i melodyjnych gitar w „Under The Banner Of Berserkq”. Szybkie tempo, dobre orkiestracje w tle i bardzo dobry wokal – raz szorstki, bliski growlu, raz wysoki i spokojny. Zwolnienie i chóralne śpiewy – brzmi znajomo, a zarazem pęknie i niezwykle świeżo. Następny jest „Forgotten Hero” – nieco tylko wolniejszy, z orkiestracjami, perce na podwójnej stopie i bujającymi riffami. Klimatem przypomina power metal w stylu BG wrzuconego do kociołka z black metalem – coś fantastycznego.
Następnie przepiękny „Beatiful Spring” zaczynający się łagodnie od orkiestry i po chwili uderzający szybszymi riffami i perkusją. Wyraźny bas i melodyjny, skoczny układ, ciekawe klawisze i chóry – znów trochę jak z BG, a trochę jak z Korpiklaani. Do tego genialny instrumentalny pasaż, który trwa niemal do końca kawałka.
Epicki, prawie dziewięciominutowy „Shield And Sword” jest piąty: - mocne wejście z ewidentnie progresywnym szlifem – skojarzenia z Prima Fear i Bathorym?. Bardzo ciekawie wypada na tym tle growl i czysty wokal Fedorova. Przy końcówce zwolnienie do bitewnego zgiełku, deszczu i szum u wiatru oraz lirycznego, spokojnego wyciszenia na akustyku. Przedostatnia jest urzekająca i uderzająca do głowy ballada alkoholowa „Trolls Strong Beer (Kpenkoe Nubo Tponneū)”, która z jednej strony kojarzy się ze wspomnianym już Korpiklaani, a z drugiej przywodzi na myśl żartobliwy ton sagi Tolkiena. Nogi po prostu same się rwą do tańca wraz z porywającym riffem, akordeonem i szybką perkusją. Jest to też jedyny utwór na płycie zaśpiewany w całości po rosyjsku.
Płytę kończy trwające niecałą minutę instrumentalne outro „The Long Way”, które z kolei odnosi nas do tolkienowskiej ostatniej wędrówki Entów pod wodzą Drzewca.
Filmowe zakończenie oparte na gitarze i delikatnych orkiestracjach to jednak początek podróży tego fantastycznego zespołu i zarazem jakby wstęp, do kolejnej płyty, które aż się prosi aby zacząć ją od mocnego pierdolnięcia.

Osobna sprawa to fantastyczne nagłośnienie – Skandynawowie potrafią wyczarować brzmienie niezwykłe i wciągające. O ile w Korpiklaani może denerwować przerost formy nad treścią i rozbuchanie wszystkich możliwych ludowych instrumentów i ornamentyki, o tyle nie sposób się nie zakochać w muzyce grupy Fangorn. Wszystko, absolutnie wszystko na tej płycie ma swoje miejsce, a dodatkowym atutem jest też jej niezwykle przystępna długość – po skończeniu obrotu, zwyczajnie można odpalić ją jeszcze raz. I naturalnie czekać na kolejną wędrówkę rosyjskich Entów…
Jestem przekonany, że płyta powinna przypaść do gustu nie tylko wielbicielom folk metalu, czy twórczości Tolkiena, ale także wszystkim tym, którzy w muzyce szukają przede wszystkim dobrej zabawy, nieskrępowanej żadnymi zbędnymi ozdobnikami czy wyznacznikami.

Ocena: 10/10

sobota, 29 października 2011

Lou Reed & Metallica - Lulu (2011)


Spodziewałem się kupy. Takiej dużej i śmierdzącej co najmniej na kilometr. Tymczasem jestem naprawdę mile zaskoczony. Brzmi to, co najmniej dziwnie, ale podczas gdy masa ludków psioczy na nowe dzieło (choć niepełnoprawne) Metallici, mi udało się album przesłuchać w całości i to cztery razy i wcale nie mam dosyć.

            Prawie półtorej godziny muzyki zawartej na płycie to wynik kolaboracji Lou Reeda (muzyka znanego choćby z Velvet Underground) i Metallici. Dwa różne światy muzyczne, zupełnie inne podejścia i osobowości. To koncept oparty na historii tancerki Lulu opisanych w sztukach teatralnych „Erdgeist” i „Die Büchse der Pandora” niemieckiego dramatopisarza Franka Wedekinda. W 1929 roku zrobiono film, w 1937 roku była opera, w 2011 roku przyszła kolej na muzyczną opowieść - trudną dla wielbicieli Metallici, ale bardzo interesującą dla tych, którzy potrafią wejść w historię, poczuć coś więcej. To, co można na niej usłyszeć to specyficzna mieszanka awangardowego rocka (w którym specjalizował się Lou Reed), muzyki noisowej, post-rocka i thrash metalu. To ostatnie wynika zwłaszcza z zaangażowania się w projekt Metallici, ale ten kto spodziewa się łojenia może się przerazić, a na pewno poczuć lekko zmieszany. Otrzymujemy bowiem dźwięki zbliżone do niedocenianych, według mnie niesłusznie, płyt „Load” i „Re-Load”, które pod względem nagrania zostały jakby przefiltrowane przez „…And Justice For All”. Płyta jest też dość długa, może nawet za długa, dlatego podzielono je na dwie płyty, które w tym wypadku można nazwać dwoma aktami.

AKT I
            „Brandenburg Gate”, które otwierają pierwszą płytę zaczynają się niezbyt ciekawie. Jakieś brzdąknięcia na gitarze i monodeklamacja Lou Reeda. Chwilę później pojawiają się ostrzejsze dźwięki gitar i perkusja, oraz znacznie ciekawiej wypadający głos Hetfielda. Pachnie Thin Lizzy i „Whiskey In the Jar” oraz Lynyrd Skynyrd „Tuesdays Gone”.
            Singlowy “The Wiev”, który już zdążył podzielić fanów Mety jest drugi i wbrew pozorom to bardzo dobry kawałek. Jeśli puścić mimo uszu monodeklamację Reeda, którą niestety trzeba znieść przez całą płytę, otrzymujemy naprawdę świetny kawałek, który mógłby znaleźć się na „…And Justice For All”. Gdyby tylko James miał większą rolę wokalną. I do tego fantastyczne, niezwykle wolne jak na Metallicę tempo, które później fantastycznie się rozwija.
            Kolejny jest „Pumping Blood” – smyczkowe wejście, uderzenia stopy i rwane riffy gitar, które znów pachną „Justice’m”. Utwór powoli się rozkręca do coraz szybszych obrotów, przerwanych akustycznym momentem z bardzo ciekawymi przejściami perkusyjnymi. W ogóle to, co wyrabia na tej płycie Lars Ulrich to coś wspaniałego – dawno nie grał tak fantastycznie, ciekawie i intrygująco. On jeszcze w ogóle potrafi dobrze bębnić? Szok. Kawałek znów narasta i następuje potężne uderzenie całości, chociaż może się wudać trochę za bardzo wymuskane i wygładzone – gdyby nie Lou Reed to można by przy nim machać kudłami.
            Następny jest „Mistress Dread” zaczyna się w tym samym momencie gdzie kończy się poprzedni: zgrzyty, które po chwili przeradzają się w dawkę naprawdę świetnych riffów i pędzącej perkusji. W tempie przypomina nawet pierwsze płyty Mety – kultowe „Ride the lighting” czy jeszcze bardziej wspaniałe opus magnum „Master Of Puppets”.
Znów marzy się o tym, aby pan Reed się zamknął – więc wsłuchujemy się w warstwę muzyczną i odlatujemy. Chwilowe zerwanie i kolejne narastające uderzenia tym razem w stylu „St. Anger” – naturalnie przefiltrowanego przez „Justice’a” i wracamy do poprzednich szybkich temp. Majstersztyk – przynajmniej pod względem instrumentalnym.
            Przedostatni w akcie pierwszym jest „Iced Honey” bardzo przebojowy jak na Metallicę kawałek gdzieś z okolicy „Load” i „Re-Load” zmieszanej z southern rockowym szlifem – jeśli ktoś pamięta te jazzująco - bluesowe klimaty i lubi do nich wracać powinien słuchając warstwy muzycznej nie poczuje się zawiedziony, nawet Hetfield swoje partie odśpiewuje w podobny sposób jak na tych płytach. Bardzo dobry kawałek.             
         Ostatnia jest pierwsza suita (z trzech) – prawie dwunastominutowy „Cheat On Me”. Najpierw elektroniczne dźwięki, wyłaniająca się z mgły gitara, delikatne smyczki, bas (!) i niezwykle wolny, senny niemal doom metalowy tonaż.
Drone’owe zagrywki gitary i kolejne monodeklamacje Reeda na wybitnie spokojnym jak na Metallicę tle, które powoli narasta do szybszych fantastycznych obrotów trwa przez kilka minut. Pulsujący rytm wygrywany przez Hammeta, Hetfielda i Ulricha , który grany coraz szybciej i szybciej jest absolutnie porywający. Bardzo bym chciał by Metallica nagrała nowy całkowicie własny materiał z tak ogromną ilością energii jak w tym kawałku. Czy nie pachnie on kapitalnym „Bleeding Me” z „Load”? Znów wyłączamy pana Reeda w świadomości i słuchamy genialnej warstwy muzycznej. Do tego Hetfield, który już dawno nie śpiewał tak fantastycznie.

AKT II
            Otwiera „Frustration” -  zgrzyty i piski, jakby szukanie w radiu stacji i następuje kolejne uderzenie gitar i perkusji, które jako żywo przypominają momenty instrumentalne z „Load” zwłaszcza z „Bleeding Me” czy „Outlaw Torn” a nawet te z płyty „…And Justice For All”. Wyjątkowo nieciekawie wypada znów pan Reed, który zaczyna działać na nerwy nawet najbardziej cierpliwym słuchaczom. Brakuje w tym utworze głosu Hetfielda i wydaje się być trochę rozwleczony ponad miarę. Jednak kiedy Metallica po kolejnym wyciszeniu przywala ponownie na finał wywołuje uśmiech na twarzy największego smutasa.
Następny jest niewiele krótszy (8’02) numer zatytułowany „Littre Dog”. Z mgły wyłaniają się dźwięki przesterowanej gitary a na nie wchodzi akustyczna gitara Lou Reeda i znów jego monologi. Szkoda, że Reed nie wysilił się choć odrobinę żeby urozmaicić swoje „wokalizy” (ciężko je nawet takowymi nazwać). Jest to najwolniejszy i najbardziej rozmydlony utwór na płycie, który nie przyspiesza ani na moment.
            Przedostatni jest „Dragon” – druga na płycie suita, trwająca nieco ponad jedenaście minut. Drone’owe riffy gitar to chyba nie jest rzecz jakiej można spodziewać się po Metallice, ale otrzymujemy coś takiego i mnie osobiście bardzo to zaskoczyło. Pozytywnie. Gdyby tylko pan Reed zamilkł… tymczasem powolne narastanie i uderza perkusja. A w tle gitary właściwie nadal grają takie doomowe, drone’owe klimaty. Nie wiem czy Metallica nasłuchała się przed nagrywaniem Omega Massif, ale tak właśnie brzmią w tym utworze. Fantastyczne i bardzo niespodziewane. Kaczkowane efekty? A czemuż by nie – takie małe urozmaicenie. W każdym razie ten kawałek byłby naprawdę kapitalny gdyby wyrzucić z niego Reeda, a tak jest zaledwie bardzo dobry, bowiem momentami może się wydać nieco nużący dla co niektórych monotonnym tonażem i długością. Ja byłem zachwycony.
            I ostatni, wieńczący opowieść  Lulu, jest trwający niemal dwadzieścia minut (19’29) „Junior Dad”. To trzecia i ostatnia suita, która nie zwalnia wcale z tempa. Najpierw orkiestrowe wejście niczym z „Also Sprach Zaratustra” Richarda Straussa, southern rockowe mruknięcia Reeda i wchodzi łagodna gitara i perkusja. Znów klimat jak z „Load”. Reed w tym kawałku wypada moim zdaniem najciekawiej i najbarwniej – a wszystko dzięki fantastycznemu bujającemu tle Metallici. Wyciszenie do smyczków i głosu Reeda a dopiero po kilku minutach powrót do bujającego tła Metallici. Cudownie i magicznie robi się na drugą połowę utworu kiedy Reed wreszcie milknie i zostaje sama muzyka, która powoli się wycisza i pojawia się wolne, senne, smyczkowe tło z początku utworu, które zanim zakończy się na dobre trwa około dziesięciu minut… odpływamy i zapadamy w wieczny sen wraz naszą bohaterką.

Podsumowując, jest to płyta trudna i zgoła odmienna od tego, co dotąd tworzyła Metallica. Nie jest płytą przełomową, ani wielką, spokojnie mogła by wcale nie powstać. Wiele osób pewnie przełamałaby się dopiero wtedy gdyby zabrakło na niej członu najważniejszego, czyli pana Lou Reeda. Ten facet jest nudny, ten facet jest męczący. Ten facet jest fantastyczny…
Przełamać Metallicę, największych metalowców świata, najbardziej bodaj zadufanych w sobie ludzi jakich nosił świat muzyczny do stworzenia czegoś tak radykalnego, minimalistycznego a jednocześnie niesamowicie emocjonalnego i pięknego? Dziwna sprawa.
Są na tej płycie momenty kapitalne i momenty rozwleczone. Najchętniej posłuchałbym samej warstwy instrumentalnej skróconej powiedzmy o połowę. I wreszcie – to nie jest materiał dla wszystkich, a na pewno dla true heavy metalowców co poza łomotem i rzężeniem nie widzą i nie słyszą innych dźwięków. Tu trzeba osób, które wejdą głębiej – usłyszą i poczują.
Mam duży szacunek dla Metallici, że potrafili nagrać coś tak niesamowitego, a zwłaszcza dla Ulricha, który dawno nie grał i nie brzmiał tak dobre i świeżo. Za wstrętną okładkę, rozwleczenie całości i paradoksalnie najsłabsze ogniwo - pana Reeda trzeba jednak obniżyć ocenę o kilka stopni w dół.

Ocena: 5,5/10

poniedziałek, 24 października 2011

Megadeth – TH1RT3EN (2011)


Nie ma chyba osoby na świecie, która nie zna Dave’a Mustaine’a i jego legendarnego już zespołu Megadeth. Po świetnym „Endgame” sprzed dwóch lat i brawurowym koncertowym „Rust In Peace” zrealizowanym z okazji dwudziestolecia tegoż albumu, przyszedł czas na wydanie nowego materiału studyjnego – trzynastego w dorobku grupy i pierwszego po powrocie do zespołu basisty Dave’a Ellefsona. Trzynasty to tytuł nowego albumu i tyleż jest utworów na płycie. Wreszcie Trzynasty czyli pechowy? W żadnym wypadku…

            Otwierający płytę „Sudden Death” powstał w niedługim czasie po premierze „Endgame” kiedy do zespołu powrócił Ellefson. Po melodyjnej charakterystycznej solówce zaczyna się utwór utrzymany w średnich tempach. Charakterystyczny wokal Mustaine’a i bas Ellefsona od pierwszych dźwięków wbija w fotel. Kolejny numer to singlowy „Public Enemy No. 1” – szybki i pędzący i przede wszystkim przywodzący na myśl klasyczne już albumy Megadeth w tym naturalnie „Rust In Peace” i równie kultowe „Peace Sells…”. „Whose Life (Is It Anyways” jest trzeci. Jest wolniejszy, taki trochę hard rockowy i zbliżający się stylistyką do „Countdown to Extinction” może nawet do znienawidzonych przez fanów eksperymentów z „Risk”. Następny jest „We The People” z mocnym, charakterystycznym dla Megadeth wejściem, radiową wstawką i znów średnie tempa zwieńczone akustycznym zejściem. Piątka nosi tytuł „Guns, Drugs & Money”. Kawałek jest szybki i bardzo melodyjny, wpadający w ucho i łatwo rozpoznawalny choć może wydawać się trochę za długi. Szósty jest „Never Dead” -  mroczne tło akustycznej gitary, delikatne uderzenia perkusji i szybkie przejście w pędzący riff i znów kłania się Megadeth z najlepszych lat. Moim zdaniem to jeden z najlepszych utworów na płycie. Nastepny, „New World Order” podobno powstał dwadzieścia lat temu, ale dopiero teraz został zarejestrowany. Szybki, melodyjny i zwarty, choć utrzymany w średnich tempach. I ma w sobie coś z tamtych lat. Kolejny faworyt. Ósemka: „Fast Lane” jest szybszy i bardzo skoczny. Znów pachnący oldskullowym Megadethem, powiedziałbym nawet, że bardziej nawet niż na „Endgame”.
            „Black Swan” jest następny i podobnie jak „Sudden Death” nie jest nowością. To nowa wersja kawałka, który znalazł się na stronie B albumu „United Abominations” z 2007 roku. Nowa wersja zaczyna się od melodyjnej solówki i wyraźnie odstaje od reszty płyty. Nie jest to zły kawałek, bynajmniej – jest po prostu lżejszy, bardziej jakby radiowy i inny niż oryginał, ale mimo to bardzo dobry. Kolejnym faworytem jest „Wrecker". Megadeth w wydaniu stoner metalowym? No prawie, szybki, bardzo melodyjny riff przetaczający się przez cały utwór, pędząca perkusja i zapach z południa przefiltrowany przez charakterystyczny dla Mustaine’a i ekipy styl. Majstersztyk z autocytatami. Jedenasty utwór, podobnie jak „New World Order” należy do starszych, niepublikowanych kawałków i dopiero teraz nagranych. „Millenium Of The Blind” zaczyna się od łagodnego akustycznego tła i solówki. Łagodny, szorstki wokal Mustaine’a i całość powoli zaczyna narastać, pojawia się perkusja i ostrzejszy riff. Kawałek ma w sobie coś z Black Sabbath z okresu Dio. Jest mrocznie i wolno. Kolejny majstersztyk.
            Przedostatni jest „Deadly Nigthshade” – bardzo dobry i szybki utwór, który jednocześnie jest takim małym potworkiem, albo pstryczkiem w nos Metallice. Czy prowadzący riff nie przypomina trochę jednego z tych, które znane już były długo przed premierą „Death Magnetic”? U Megadeth wypada jednak znacznie ciekawiej, bardziej świeżo i soczyściej. „Trzynastka” wieńczy album: akustyczne intro to zmyła. Utwór delikatnie, leniwie przyspiesza. „Trzynastka: jest balladą – wolną i smutną, która szybsze obroty osiąga w połowie. Świetny kawałek i kolejny, ostatni już faworyt.

Podsumowując, Mustaine wraz Megadeth znów udowodnił, że jest o całe lata świetlne dalej niż Metallica. Płycie może brakuje ciężkości i momentami może się wydać niespójna, ale na pewno jest jedną z lepszych w dorobku zespołu. Nie przejdzie do legendy, ani nie powali na kolana jak „Endgame”, ale też nie pozostawi złych wrażeń. Szkoda też, że nie ma ani jednego utworu, który pociągnie całość, bo choć słucha się „Trzynastki” przyjemnie to pozostawia pewne uczucie niedosytu.

Ocena: 7,5/10

piątek, 21 października 2011

Coma – Czerwony Album (2011)



Liceum. To okres nie tylko otrzymywania świadectwa dojrzałości, zawierania nowych znajomości, często przyjaźni na całe życie, ale także czas poszukiwań muzycznych, poznawania za sprawą kolegów i koleżanek nowych zespołów i stylów. To właśnie wtedy w 2005 roku, czyli w pierwszej klasie mój przyjaciel Drzewiec puścił mi utwór „Zbyszek” z „Pierwszego wyjścia z mroku” – debiutu fonograficznego Comy. Nastał rok 2006 – na dniach miała pojawić się druga płyta Comy pod zatrważająco długim tytule: „Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków”. 12 października tegoż roku wybraliśmy się razem na koncert promujący nowe wydawnictwo do gdyńskiego Ucha. Pierwszy koncert w życiu, pierwszy raz zdarte gardło od śpiewania razem z Roguckim. Spełnione znacznie później marzenie, żeby zostać wokalistą…

poniedziałek, 17 października 2011

Joe Bonamassa & Beth Hart – Don’t Explain (2011)


Bonamassa – niezwykle utalentowany, młody gitarzysta nie należy do artystów, którzy obrali sobie za cel wydawanie płyt, co jakiś czas. Ten człowiek pracuje i tworzy nieustannie od 2000 roku począwszy. W ciągu zaledwie czterech lat wydał sześć płyt: w 2009 roku powstała „The Legend of John Henry”, następnie dwupłytowa koncertówka z Royal Albert Hall, pierwsza płyta Black Country Communion to rok 2010, mniej więcej w tym samym czasie pojawiła się kolejna jego solowa płyta zatytułowana „Black Rock”. Rok następny, czyli 2011 przyniósł najpierw „Dust Blow” – następcę „Black Rock”, w kilka miesięcy później drugą płytę BCC i następnie duet z wokalistką bluesową i jazzową Beth Hart. Wszystkie z nich trzymają niezwykle wysoki poziom i dosłownie porażają wszechstronnością stylów w jakich Bonamassa się porusza. Najnowsza płyta nie stanowi większego zaskoczenia, dla tych którzy znają tez wczesne albumy tegoż gitarzysty, ale może zdumiewać po rozbuchanych ostatnich dokonaniach, zwłaszcza po dwóch BCC i tegorocznym kapitalnym „Dust Blow”. Beth Hart pojawia się zresztą na tym krążku w numerze „No love on the street”. A ich najnowsze wspólne i pełnometrażowe dzieło? Cóż, trza posłuchać:

Pierwszy numer to „Sinner’s Prayer” – wolny, spokojny ale niepokorny blues rozpisany na perkusję, pianino i fantastyczną gitarę Bonamassy. I do tego rzucający na kolana zadziorny, czarny głos Beth Hart, a przecież ona jest biała… niesamowite. Pachnie trochę Dead Weather? Tak, bo White mocno czerpał i czerpie z takich właśnie bluesów…Następny jest „Chocalate Jesus” – żartobliwy, bujający, kroczący i krótki (2’40). Skojarzenia z Niną Simone czy Billy Holiday a nawet Tiną Turner jak najbardziej wskazane. Trójka nosi tytuł „Your Heart Is As Black As Night” i została rozpięta na fortepianowym wstępie, wolnej perkusji i delikatnej gitarze i do tego orkiestracjach w tle. Przecudny utwór w bondowskim stylu gdzieś z okresu Johna Barry’ego. Zresztą na płycie Bonamassy „Dust Bowl” również znalazł się taki kawałek, tylko że znacznie szybszy. Dziwię się, że nikt mu nie jeszcze zaproponował, aby napisał utwór do kolejnej części przygód najsłynnijeszego brytyjskiego agenta. I jeszcze ta genialna Moore’owa solówka…

Cztery: „For My Friends” – jest znacznie szybsza, bardziej drapieżna, można nawet powiedzieć, że rockowa. Ostry riff gitary wsparty organami Hammonda w stylu Deep Purple (MKIII) czy Dead Weather właśnie i kapitalny wokal Beth Hart… Kolejny majstersztyk.
Piątka to numer tytułowy. Zwalniając tempo wracamy do sennych, smutnych bluesów rozpisanych na orkiestrę i perkusję. Dochodzą do kolekcji dźwięków dęciaki i jest oczywiścia gitara – czy nie pachnie Ellą Fitzgerald albo twórczością Jobima? Cudo… Szóstka to najdłuższy na płycie numer (bo aż ośmiominutowy) noszący tytuł „I’d Ratehr Go Blind”. Tu jest nieco szybciej, ale nadal wolno, sennie i naturalnie bluesowo (bardziej jednak soulowo) z orkiestracjami w tle. Kolejny wspaniały utwór, kolejna niesamowita, magiczna solówka Bonamassy… Niewiele krótszy, bo sześciominutowy jest numer siódmy – „Something’s Got A Hold On Me”. Kolejny utwór w którym pojawiają się Hammondy, a stylem przypominający rozbuchane koncertowe wykonania Niny Simone – słychać tu elementy gospel, jazzu, swingu i oczywiście bluesa – takiego trochę jak z filmu „Blues Brothers”. Niemal się widzi tańczące czarnoskóre tancerki i muzyków, którzy ruszają się w takt. 

Numer ósmy to wydany jako singiel „I’ll Take Care Of You”. Smutny, fortepianowy wstęp, bujająca perkusja i drobne, rzewne akordy gitary, orkiestracje. Znów pachnie Gary’m Moore’em… czy to hołd dla zmarłego w lutym gitarzysty? Nie mam co do tego wątpliwości… Znów pachnie utworami ze starych części Bonda – czy w szybszym momencie nie śpiewa Beth Hart niczym Shirley Bassey? A i owszem… i jeszcze do tego wszystkiego kolejna oszałamiająca solówka… Dziewiąty jest utwór zatytułowany „Well, Well” – wspaniały duet z Bonamassą zahaczający stylem o Cream i Erica Claptona (riff gitarowy, klawisze), ale utrzymany w wolnych tempach i gospelowym rytmie. Przedostatni jest prawie siedmiominutowy „Ain’t No Way” – utwór, który zapachniał mi trochę bluesowymi eksperymentami Chrisa Rea a nawet utworami Celine Dion. Jest wolno, sennie i ewidentnie jest to utwór należących do tych przytulanych, co się tańczy z partnerką na parkiecie pod błyszczącą kulą – ale wcale nie ciągnący się jak guma i nie zalatujący cukrem i sztucznymi owocami. Na koniec otrzymujemy jeszcze skróconą, radiową, ale równie dobrą wersję „I’ll Take Care Of You”.

Na płycie nie ma miejsca na utwory złe, czy na wypełniacze. Jest pięknie, magicznie i jesiennie. To właśnie taka płyta na długie chłodne wieczory. To płyta niezwykła ze względu na niesamowity wokal Beth Hart i fantastyczna gitarę Joe Bonamassy, który po raz kolejny udowadnia swojej wszechstronności i genialnego talentu. Jestem pewien, że Gary Moore, od którego Bonamassa otrzymał kiedyś gitarę w prezencie, jest dumny. Siedzi sobie w niebie, obok innych tuz bluesa i muzyki rockowej i z uśmiechem na twarzy kiwa głową przeżywając każdy dźwięk, który stworzy jego następca, a takim Bonamassa jest bez wątpienia. Zastanawiający jest fakt, skąd ten człowiek bierze pomysły, energię i siłę, żeby każda, absolutnie każda jego płyta była różnorodna i niesamowita od pierwszego do ostatniego numeru, i to w dodatku bez ani jednego chybionego czy niepotrzebnego elementu. Absolutnie porażający i bez cienia wątpliwości jeden z najpiękniejszych, jeśli nie najważniejszych albumów tego roku – roku dwóch tysięcy jesieni. Ocena: 10/10