Relacja napisana dla TSRock.pl. Z powodu problemów technicznych została umieszczona na blogu.
Pod względem zespołów młodych i ciekawych gdyński klub Ucho nie rozpieszcza w ostatnim czasie, oj nie rozpieszcza. Namnożyło się za dużo koncertów tych samych zespołów, i żeby tylko tych samych, ale dosłownie niemal tydzień w tydzień od marca tego roku regularnie ten sam zestaw właściwie, z drobnymi zmianami. Wychodząc z założenia, że ludzie lubią przychodzić na to, co znają, nie jest to dobre podejście. Zwłaszcza, gdy te same zespoły grają też pomiędzy kolejnymi koncertami w Uchu w gdyńskim Rockzie. W pewnym momencie robi się zwyczajnie nudno, a takie osoby jak ja nie mają już o czym pisać. Znów chwalić kapelę o której już się napisało tyle superlatyw, że robi mi się wyrzuty, że przesadzam i faworyzuje? Szukać dziury i tym razem napisać coś złego dla odmiany? A swoją drogą kto mi każe w ogóle przychodzić na kolejny koncert takich samych zespołów i jeszcze o tym pisać? Cóż, to akurat mój własny wybór. Na niektóre zespoły chodzi się po, to by zobaczyć jak rosną w siłę lub się staczają po równi pochyłej. Na inne z czystej ciekawości, a jak jeszcze zdarzy się coś nieznanego to człowiek jest cały w przysłowiowych skowronkach… I jeszcze te cholerne obsuwy… niektórzy jednak wolą punktualność… ale punktualnie to nawet autobusy i kolejki nie jeżdżą, a szkoda…
No dobrze… nie traćmy czasu na dywagacje, wszak czas czytelnika (a zwłaszcza najbardziej bodaj zainteresowanych, czyli członków zespołów) też jest cenny. Na scenie Ucha zaprezentowały się zarówno zespoły znane, uwielbiane lub szczerze przez niektórych nienawidzone jak i osobliwości w postaci… rocka chrześcijańskiego.
Do tej pierwszej grupy zaliczyć można Blue Jay Way, Ad Rem i Option Hoax, a do drugiej In Nomine Dei (I.N.D). Tym razem też wyjątkowo postarano się o oprawę dźwiękową, która jak na „małe” zespoły była perfekcyjna. Nie rzężąco, słyszalnie, nie dudniąco, innymi słowy wszystko na swoim miejscu. Złośliwcy mówili, że dźwiękowiec tym razem nie był pijany, więc lepiej słyszał, ale to w sumie nie jest wcale miłe… jest jak jest, raz lepiej a raz gorzej. I tego się trzymajmy. A zespoły? Ciężka sprawa…
Pierwsze zagrało moje ulubione Blue Jay Way i jak zwykle zaprezentowało się fantastycznie.
Już po koncercie usłyszałem jednak głosy niezadowolenia: znów BJW, chłopacy nie umieją grać, Besser jęczy i w ogóle jest straszny a Korpas wygląda jakby pieprzył się ze swoją gitarą… cóż, może niektórzy tak odbierają ten zespół, ja ich uwielbiam, a każdy ich koncert i spotkanie z muzyką chłopaków jest dla mnie przeżyciem. Tradycyjnie chłopacy zagrali takie kawałki jak „Taki sam”, ogniste „Pierdolone życie”, „Pragnę Cię”, rozwalającą „Sieć” i zawsze mocne „A niech ma” czy „Spieprzaj”. Piąty numer zatytułowany „Obce drzwi” (?) słyszałem pierwszy raz, choć zdaje się, że nie jest to wcale nowy kawałek. Siódma była ciekawa, nieco mocniejsza interpretacja „Whole Lotta Love” Led Zeppelin (kapeli wielkiej i należącej do ścisłej czołówki inspiracji BJW). Cóż, Besser Robertem Plantem nie jest, a Petecki Johnem „Bonzo” Bonhamem. Ale wersja i tak zacna. Następnie nowy, balladowy, choć niepozbawiony ostrości „Purpurowy kwiat”. Świetny tekst, rzewny układ całości, który w akustycznej wersji był bardziej wyczuwalny. Piękny to utwór. Dziesiąty utwór był kolejną nowością w postaci utworu „Drogi do nikąd”. Jak dla mnie kolejny kawałek z duszą.
Jednak największe wrażenie zrobił na mnie, nie po raz pierwszy zresztą, utwór „Ostatnie Tchnienie”. Nie wiem, który to już raz, ale znów przeszły mnie ciary po plecach… niesamowity i piękny kawałek. A na bis znienawidzony przez niektórych, a uwielbiany przez innych „Sex”.
Następnie zagrało Ad Rem. Zmiana klimatu na nieco brudniejszą muzykę, kapitalnie podkreśloną przez dźwięk. Do samego zespołu i tego jak prezentuje się na scenie po raz kolejny nie mam większych zastrzeżeń. Podobnie jak poprzednia kapela AR zaprezentowała swoje największe hiciory: „Made by Rock”, „Black Devil”, „Stąd do wolności” i wiele innych. Nie zabrakło też nowości: utwór „Stand Up” (nie jestem pewien tego tytułu…).
Na pewno nie zabrakło energii, szału spoconych ciał pod sceną. I niestety w wypadku AR pojawia się problem: słucha się muzyki chłopaków bardzo przyjemnie, ale z coraz mniejszą dozą satysfakcji, gdy słyszy się ich po raz kolejny odgrywających dosłownie i w przenośni to samo, co na każdym koncercie. Grają chyba za często, albo brakuje im jakiejś własnej tożsamości, która poniesie całość w inne rejony. BJW to jednak pomysł i klimat, AR oprócz imprezowego szału na dłuższą metę nie ma nic ciekawego do pokazania… a może to po prostu zmęczenie tym zespołem? Gdzieś w połowie koncertu wyszedłem przewietrzyć się, bo dostawałem już pomroczności jasnych z nudów…
Jako trzeci wystąpił Option Hoax. Miałem przyjemność widzieć i słyszeć ten zespół po raz drugi i już od pierwszych dźwięków płynąłem w istnym porażeniu. Jak dla mnie OH to rasowy przestrzenny sludge metal ze spokojniejszym, wysokim wokalem zamiast growlu i screamu. Choć tym razem przestrzeń uciekała w ścianę i kanonadę kolejnych gitarowych rozwiązań i perkusyjnych galopad nie zabrakło energii i dużej dawki niesamowitych melodii.
Trochę szwankowało nagłośnienie wokalu. Łukasza Remisiewicza prawie wcale momentami nie było słychać, ale muzycznie grupa pokazała się pierwszorzędnie. Zagrali zarówno takie utwory jak „The End of the History”, „Lonely Heart”, „Monoculture” czy „Walking”, jak i mniej znane utwory ze swojej twórczości. Z kolei utwór „Samsara” jakoś szybko mi wybrzmiał i nie zdążyłem sobie skonfrontować go z tym co siedzi głęboko w pamięci, ale czy przypadkiem nie był to cover warszawskiej supergrupy Indukti? Całość brzmiała potężnie i bardzo ciekawie, gdyby taki lub nawet lepszy efekt chłopacy uzyskali na płycie wielu powinno być zachwyconych, a mając jeszcze na uwadze, że Browarczyk był spocony już po drugim kawałku, można śmiało chyba powiedzieć, że nie jest to muzyka łatwa. Aby w nią dobrze wniknąć, trzeba jej czuć, a nie jestem pewien czy znaczna część przychodzącej do Ucha publiki to potrafi, pod sceną raczej było pustawo, a w samym klubie zostali chyba tylko wielbiciele mocniejszych, progresywnych brzmień i Option Hoax.
Ostatni był In Nomine Dei. Pierwszy raz zetknąłem się z tym zespołem i od razu raczej mnie odrzuciło. Cóż, trzeba przyznać, że grali interesująco, nieco tylko łagodniej od wszystkich trzech wcześniejszych grup razem wziętych, ale wciąż mocno i energetycznie.
Mocną stroną zespołu była wokalistka, która obdarzona ciekawym głosem zwracała jednak uwagę czymś innym i nie był to jej głos. To, co zwracało uwagę to kapitalne, niezwykle długie włosy. Jak pani Alina machnęła to włosy dosłownie wirowały kilka metrów za sceną, zupełnie jakby ktoś włączył na chwilę opcję trójwymiarowego obrazu.
Nie zostałem jednak do końca koncertu tej grupy, gdyż primo byłem już koszmarny i trochę znudzony schematyzmem całości, a secundo teksty o Jezusie Chrystusie, Niebie i Boskiej Miłości do człowieka i bliźniego jakoś mnie nie ruszają. Jestem katolikiem, ale jakoś nie czuje śpiewania o takich sprawach zupełnie. Nie interesuje mnie to, nie potrzebuje tego i w ogóle jakoś bez większego zachwytu. Może to dziwne, ale prędzej bym poszedł na koncert kapeli w rodzaju Behemoth czy Slayer i pośpiewał z nimi „satanistyczne, bluźniercze i zakazane” pieśni.
Podsumowując, wieczór nie należał do udanych jeśli patrzeć na skład zespołowy i repertuar.
Ale jeśli wziąć pod uwagę, jak zwykle rewelacyjne (przynajmniej dla mnie) Blue Jay Way i fantastyczne mocarne niczym walec Option Hoax to zdecydowanie był to udany koncert.
Nieco słabiej wypadł Ad Rem. Lubię chłopaków i to jak grają, ale w ostatnim czasie wszędzie ich pełno i trochę to nuży. To, samo paradoksalnie można by powiedzieć o BJW, ale akurat tej kapeli nie mam nigdy dosyć. Pomyłką był I.N.D – nie ta muzyka, nie to miejsce i nie ten czas. Gdyby zagrali na Przystanku Jezus, albo o bardziej przystępnej godzinie, tudzież wypiłbym więcej na pewno dobrze bym się bawił, w Uchu jednak zupełnie, zwłaszcza w zestawieniu z trzema pozostałymi zespołami moim zdaniem było to lekkie przegięcie.
In Domine Patri, et Fili, et Spiritus Sancti. Amen.
Strony
- Strona główna
- Wstępniak
- O Nas
- Kontakt - dla zespołów
- WAFP! 2011 - 2014
- Heavy Metal Pages 2013 - 2015
- Rock3miasto.pl
- LMF 2016 - 2019
- Polisz Jor Inglisz
- Weekend Węgierski
- Weekend Chorwacki
- Wydział Filmowy
- LUpa czy Pod LUpą?
- Wilk z zakładką
- Muzyczna Biblioteka
- Wilk Kulturalny/Książki autorskie
- Oceny
- Patronat medialny LU
- Współpraca
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TSRock.pl (Relacje). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TSRock.pl (Relacje). Pokaż wszystkie posty
środa, 3 sierpnia 2011
wtorek, 2 sierpnia 2011
Relacja Opóźniona: The Punkrock Freakshow (Ucho, 15 VII 2011)
Relacja napisana dla TSRrock.pl Z powodu problemów technicznych ukazuje się opóźniona na blogu.
Pod dziwną, kompletnie niezrozumiałą nazwą krył się koncert czterech rodzimych zespołów, w tym trzech pochodzących z Trójmiasta. Czemu nazwa dziwna i niezrozumiała? Otóż, nie były to zespoły stricte punk rockowe, a i nikt nie wyglądał na freaka (nie było żadnych nie adekwatnych zachowań, wymyślnych niecodziennych strojów ani niczego, co podchodziłoby pod słowo angielskie słowo freak – oznaczające dziwoląga, szaleńca.
Na koncercie wystąpiły następujące zespoły, a każdy reprezentował nieco inne podejście do przedstawianej muzyki: gdańska Afera, gdyński Call the Fire Brigade, warszawski Heroes get Remembered (półfinaliści programu Must be the Music) oraz sopocka formacja Timmy and the drugs (wraz z finalistą programu X Factor Williamem Malcolmem).
Afera to zespół istniejący na trójmiejskiej scenie już kilka lat, przeszedł liczne zmiany personalne i obecnie jest to grupa trzyosobowa. Klasyczny punk rock miesza się tu z popem i nie jest to mieszanka odkrywcza, choć trzeba przyznać, że bardzo sympatyczna i co najważniejsze podana dość świeżo.
I tak: „Zakaz sprzedawania bananów” o frapującej i ciągle aktualnej tematyce, czyli o niechęci do polityków, balladowa „Bez Ciebie”, która czymś mi pachniała, ale nie mogąc sobie przypomnieć czym ograniczyłem się do zauważenia, że fragment "Ja nie chcę iść spać bez Ciebie” spokojnie mógłby być zaśpiewany nieco wyżej.
Wyróżniał się też utwór dla Magd, czyli „Magda” przywołująca skojarzenia z wczesnym T. Lovem. Dopiero w tym momencie zaobserwowałem, niezwykle pasujący do tego kawałka, napis na gitarze Kefasa – „Strefa Zagrożenia” – wbrew wszelkim pozorom, skaczący Kefas wcale nie jest groźny. Przy utworze „LTWYS” (cokolwiek oznacza) łatwo można stwierdzić, że Kefas znacznie lepiej śpiewa po polsku niż po angielsku i niech tak zostanie. Ostatni był przebojowy „Romeo i Julia”. Nie wiem czy Szekspir, gdyby żył dzisiaj słuchałby punk rocka, ale myślę, że powinien być zadowolony z takiej interpretacji jego tragedii. A na początku i na bisie został zaprezentowany utwór „Spadam” – szybki, rwący do poga, co pod koniec wykorzystał do rozkręcenia imprezy znany przez wszystkich stały bywalec Ucha Cieśla (czyli słynny Brodacz).
Szczerze mówiąc nie jestem pewien tej Afery. Bo Afery wcale nie było, jest to granie sympatyczne, do posłuchania, choć trzeba to podkreślić, bez większej rewelacji. Jest jak ciągutka, smaczna, ale ciągnąca się (w tym przypadku) bez większego echa i sukcesu. Odnoszę też wrażenie, że grupa ta zostanie przez niektórych zapamiętana jako kapela jednego/dwóch numerów („Spadam” i „Romeo i Julia”). W dodatku kapitalny perkusista, który moim zdaniem ewidentnie się marnuje w punk rockowej kapeli, ma wiele do pokazania, co widać i słychać – chłopak czuje i przeżywa. Trochę szkoda mi Afery, i sam też nie chce robić Afery, ale Kefas i ekipa znajdują się w ślepej uliczce i życzę im aby jak najszybciej z niej wyszli – odnosząc sukces lub stwarzając po prostu nowy zespół – może czas Afery się skończył?
Call the Fire Brigade, czyli pięciu gorących (jak to określiła grupka dziewczyn) chłopaków z Gdyni, zagrało jako drugie. Od czasu debiutanckiego koncertu w sopockim Starym Rowerze (8 XII 2010) i nieudolnego koncertu w ramach Gitariady w Blues Clubie (11 IV 2011) zespół zdążył wydać drugą epkę i znacznie się rozwinąć.
Na ekranie pojawia się nazwa zespołu, a po chwili niczym w starym kinie następuje odliczanie. Pojawia się trzech kolesi w kolorowych bluzach dresowych (zielonej, żółtej i czerwonej) i zaczynają oni biegać i skakać po ulicy w przyspieszonym tempie, wówczas zaczyna brzmieć utwór „See Us In Your Vision”. Następnie znany z pierwszej epki „First Jim” oraz utwór „Make Your Own Symphony” (tymczasem na ekranie pokazywana jest obficie polewana impreza i co rusz przebitki do stosunku zgodnie z zasadą raz dziewczynka raz chłopaczek). Przy utworze (o przydługim tytule) „I said Some Things…” na ekranie tańczy bardzo interesująca dziewczyna w samej (i w dodatku ładnej) bieliźnie. Nowy utwór „Modern Mind” zabrzmiał przy nocnych światłach wielkiego miasta i pędzącej przez ulicę taksówkę. Jakiś taki smutniejszy i wolniejszy, choć szybkich momentów wcale nie brakowało. Potem, również znany z pierwszej płytki, „My Armored Ghost’ a następnie „Boy’s Dream of Satisfaction”. Zabrzmiały też utwory „Roses”, „Alex Broke my Shoulder” oraz „Legitimate”. Nie pamiętam już który, ale któryś z nich unosił się w przestrzeni jakby był wyjęty z twórczości grupy Amplifier. Nie wiem też gdzie w przypadku CTFB ten punk.
Granie jest bardzo melodyjne, przebojowe, mocno zbliża się do hardcore’a, choć nie jest aż tak ciężkie. Chłopaki rozwijają się i poszukują – w ich muzyce znaleźć wszak można miejsce dla rozbudowanych instrumentali i niemal progresywnych pasaży. Nieco niepasująca zbitka obrazów świetnie uzupełnia młodzieńczą energię i opowieść o studentach (bo o tym właściwie są wszystkie kawałki). Koncert CTFB bardzo mi się podobał i cóż dodać, czekam na pełnowymiarowy materiał chłopaków.
Trzeci zespół Heroes Get Remembered nie zachwycił mnie z kolei niczym. Poza tym wyróżnienie w szmatławym programie nie jest dla mnie żadnym wyznacznikiem fajności grupy i granej przezeń muzyki. W podobnych klimatach słuchałem trochę i w dodatku kapel znacznie lepszych. Hardcore zahaczający nieco konstrukcją kawałków o stoner z potężnymi riffami i łomocącą perkusją jest ciekawy, jednak w przypadku HGR po prostu nudził, nie tylko zresztą mnie, sporo ludu wyszło w tym czasie przed klub, by sobie porozmawiać, wypić piwko i zapalić papieroska. Największym problemem był moim zdaniem jednak wokal – wszyscy trzej gitarzyści śpiewali, w różny i odmienny nieco sposób, ale… jeden był kompletnie nie słyszalny, drugi miał nieciekawy głos, a trzeci najciekawszy mógłby po prostu śpiewać za wszystkich (a najlepiej gdzieś indziej). Muzycznie zespół się jeszcze jakoś bronił, perkusista (bodaj najlepszy muzyk zespołu) czuje klimat. Gdyby wyłączyć wokale to możnaby tego grania posłuchać bez znudzenia i ze względnym zainteresowaniem. Im bardziej próbowałem znaleźć jakieś pozytywy, tym trudniej było mi się nad tym skupić, niestety ale jedyne słowa, które zapalały mi się w głowie (pasujące do kontekstu „muzycznych” programów w telewizji): „Jestem na nie”.
Ostatni był Timmy and the drugs, obok CTFB najciekawsza kapela wieczoru. I choć również mająca epizod z telewizyjną szmirą to jednak reprezentująca poziom muzyczny znacznie wyższy, dojrzalszy i ciekawszy. Również tu pojawia się problem szufladki z napisem „punk rock”. Punka tu w sumie też było niewiele – bliżej jednak do gotyku a’la Bauhaus, Type o Negative, horror punka w rodzaju The Misfits, do space rocka, kraut rocka, psychodeli czy nawet nowoczesnego progresu w rodzaju Amplifiera…
Wraz z klawiszowym wejściem pierwszego utworu na ekranie pojawia się obraz z filmu „Podróż na Księżyc” Gerogesa Mielesa z 1902 przedstawiający start rakiety. Całość zaczyna narastać. Do tego bardzo ciekawy, wysoki i lekko drżący wokal i płynący unoszący się szlif muzyki.
Trzeci utwór noszący tytuł „Rise of Dead” przyniósł piekiełko pod sceną, którego naczelną postacią był naturalnie Cieśla. Wszystkie utwory były zbudowane na podobnej zasadzie, ale genialny wokal, pomysł i klimat trzymał w napięciu. Było nawet miejsce, na świetnie dopasowane, growlowane screamo. A na ekranie? Na ekranie pojawiały się jeszcze obok różnych innych obrazów, fragmenty takich filmów jak „Nosferatu” z 1922, „Dracula” z 1933 czy ze słynnego „Planu 9 z kosmosu” Eda Wooda. Gdzieś mi nawet przemknęła przed oczami okładka kultowego „Bloody Kisses” Type o Negative.
Muzycznie i pod względem dopasowania wizualizacji to właśnie ten zespół podobał mi się najbardziej – w tym graniu można się rozsmakować i zanurzyć, nie mam wątpliwości, że niemal każdy znalazłby tu coś dla siebie.
Podsumowując, był to bardzo ciekawy, długi wieczór i obfitujący we wrażenia nie tylko muzyczne. Punka w sumie było tu nie wiele, ale nie chodzi wcale o gatunkowe szuflady, tylko dobrą zabawę, a tej na pewno nie brakowało. Wiele jeszcze do zrobienia ma Afera, bo na razie tej Afery nie ma, a herosi raczej nie zostaną zapamiętani (przynajmniej przeze mnie).
CTFB prze do przodu i pożaru, który niedługo może wybuchnąć obok nich i nie ugasi go żadna straż pożarna, z kolei Timmy and the drugs – najlepszy i najciekawszy zespół koncertu – powinien wybić się poza kraj jak najszybciej, bo potencjał jest ogromny, a ich siłą jest narkotyczna wręcz energia, pomysł i własna tożsamość, której wielu zespołom wyraźnie brakuje, a tą drzemiącą w tym zespole możnaby obdarować wiele grup i jeszcze pewnie by zostało.
Pod dziwną, kompletnie niezrozumiałą nazwą krył się koncert czterech rodzimych zespołów, w tym trzech pochodzących z Trójmiasta. Czemu nazwa dziwna i niezrozumiała? Otóż, nie były to zespoły stricte punk rockowe, a i nikt nie wyglądał na freaka (nie było żadnych nie adekwatnych zachowań, wymyślnych niecodziennych strojów ani niczego, co podchodziłoby pod słowo angielskie słowo freak – oznaczające dziwoląga, szaleńca.
Na koncercie wystąpiły następujące zespoły, a każdy reprezentował nieco inne podejście do przedstawianej muzyki: gdańska Afera, gdyński Call the Fire Brigade, warszawski Heroes get Remembered (półfinaliści programu Must be the Music) oraz sopocka formacja Timmy and the drugs (wraz z finalistą programu X Factor Williamem Malcolmem).
Afera to zespół istniejący na trójmiejskiej scenie już kilka lat, przeszedł liczne zmiany personalne i obecnie jest to grupa trzyosobowa. Klasyczny punk rock miesza się tu z popem i nie jest to mieszanka odkrywcza, choć trzeba przyznać, że bardzo sympatyczna i co najważniejsze podana dość świeżo.
I tak: „Zakaz sprzedawania bananów” o frapującej i ciągle aktualnej tematyce, czyli o niechęci do polityków, balladowa „Bez Ciebie”, która czymś mi pachniała, ale nie mogąc sobie przypomnieć czym ograniczyłem się do zauważenia, że fragment "Ja nie chcę iść spać bez Ciebie” spokojnie mógłby być zaśpiewany nieco wyżej.
Wyróżniał się też utwór dla Magd, czyli „Magda” przywołująca skojarzenia z wczesnym T. Lovem. Dopiero w tym momencie zaobserwowałem, niezwykle pasujący do tego kawałka, napis na gitarze Kefasa – „Strefa Zagrożenia” – wbrew wszelkim pozorom, skaczący Kefas wcale nie jest groźny. Przy utworze „LTWYS” (cokolwiek oznacza) łatwo można stwierdzić, że Kefas znacznie lepiej śpiewa po polsku niż po angielsku i niech tak zostanie. Ostatni był przebojowy „Romeo i Julia”. Nie wiem czy Szekspir, gdyby żył dzisiaj słuchałby punk rocka, ale myślę, że powinien być zadowolony z takiej interpretacji jego tragedii. A na początku i na bisie został zaprezentowany utwór „Spadam” – szybki, rwący do poga, co pod koniec wykorzystał do rozkręcenia imprezy znany przez wszystkich stały bywalec Ucha Cieśla (czyli słynny Brodacz).
Szczerze mówiąc nie jestem pewien tej Afery. Bo Afery wcale nie było, jest to granie sympatyczne, do posłuchania, choć trzeba to podkreślić, bez większej rewelacji. Jest jak ciągutka, smaczna, ale ciągnąca się (w tym przypadku) bez większego echa i sukcesu. Odnoszę też wrażenie, że grupa ta zostanie przez niektórych zapamiętana jako kapela jednego/dwóch numerów („Spadam” i „Romeo i Julia”). W dodatku kapitalny perkusista, który moim zdaniem ewidentnie się marnuje w punk rockowej kapeli, ma wiele do pokazania, co widać i słychać – chłopak czuje i przeżywa. Trochę szkoda mi Afery, i sam też nie chce robić Afery, ale Kefas i ekipa znajdują się w ślepej uliczce i życzę im aby jak najszybciej z niej wyszli – odnosząc sukces lub stwarzając po prostu nowy zespół – może czas Afery się skończył?
Call the Fire Brigade, czyli pięciu gorących (jak to określiła grupka dziewczyn) chłopaków z Gdyni, zagrało jako drugie. Od czasu debiutanckiego koncertu w sopockim Starym Rowerze (8 XII 2010) i nieudolnego koncertu w ramach Gitariady w Blues Clubie (11 IV 2011) zespół zdążył wydać drugą epkę i znacznie się rozwinąć.
Na ekranie pojawia się nazwa zespołu, a po chwili niczym w starym kinie następuje odliczanie. Pojawia się trzech kolesi w kolorowych bluzach dresowych (zielonej, żółtej i czerwonej) i zaczynają oni biegać i skakać po ulicy w przyspieszonym tempie, wówczas zaczyna brzmieć utwór „See Us In Your Vision”. Następnie znany z pierwszej epki „First Jim” oraz utwór „Make Your Own Symphony” (tymczasem na ekranie pokazywana jest obficie polewana impreza i co rusz przebitki do stosunku zgodnie z zasadą raz dziewczynka raz chłopaczek). Przy utworze (o przydługim tytule) „I said Some Things…” na ekranie tańczy bardzo interesująca dziewczyna w samej (i w dodatku ładnej) bieliźnie. Nowy utwór „Modern Mind” zabrzmiał przy nocnych światłach wielkiego miasta i pędzącej przez ulicę taksówkę. Jakiś taki smutniejszy i wolniejszy, choć szybkich momentów wcale nie brakowało. Potem, również znany z pierwszej płytki, „My Armored Ghost’ a następnie „Boy’s Dream of Satisfaction”. Zabrzmiały też utwory „Roses”, „Alex Broke my Shoulder” oraz „Legitimate”. Nie pamiętam już który, ale któryś z nich unosił się w przestrzeni jakby był wyjęty z twórczości grupy Amplifier. Nie wiem też gdzie w przypadku CTFB ten punk.
Granie jest bardzo melodyjne, przebojowe, mocno zbliża się do hardcore’a, choć nie jest aż tak ciężkie. Chłopaki rozwijają się i poszukują – w ich muzyce znaleźć wszak można miejsce dla rozbudowanych instrumentali i niemal progresywnych pasaży. Nieco niepasująca zbitka obrazów świetnie uzupełnia młodzieńczą energię i opowieść o studentach (bo o tym właściwie są wszystkie kawałki). Koncert CTFB bardzo mi się podobał i cóż dodać, czekam na pełnowymiarowy materiał chłopaków.
Trzeci zespół Heroes Get Remembered nie zachwycił mnie z kolei niczym. Poza tym wyróżnienie w szmatławym programie nie jest dla mnie żadnym wyznacznikiem fajności grupy i granej przezeń muzyki. W podobnych klimatach słuchałem trochę i w dodatku kapel znacznie lepszych. Hardcore zahaczający nieco konstrukcją kawałków o stoner z potężnymi riffami i łomocącą perkusją jest ciekawy, jednak w przypadku HGR po prostu nudził, nie tylko zresztą mnie, sporo ludu wyszło w tym czasie przed klub, by sobie porozmawiać, wypić piwko i zapalić papieroska. Największym problemem był moim zdaniem jednak wokal – wszyscy trzej gitarzyści śpiewali, w różny i odmienny nieco sposób, ale… jeden był kompletnie nie słyszalny, drugi miał nieciekawy głos, a trzeci najciekawszy mógłby po prostu śpiewać za wszystkich (a najlepiej gdzieś indziej). Muzycznie zespół się jeszcze jakoś bronił, perkusista (bodaj najlepszy muzyk zespołu) czuje klimat. Gdyby wyłączyć wokale to możnaby tego grania posłuchać bez znudzenia i ze względnym zainteresowaniem. Im bardziej próbowałem znaleźć jakieś pozytywy, tym trudniej było mi się nad tym skupić, niestety ale jedyne słowa, które zapalały mi się w głowie (pasujące do kontekstu „muzycznych” programów w telewizji): „Jestem na nie”.
Ostatni był Timmy and the drugs, obok CTFB najciekawsza kapela wieczoru. I choć również mająca epizod z telewizyjną szmirą to jednak reprezentująca poziom muzyczny znacznie wyższy, dojrzalszy i ciekawszy. Również tu pojawia się problem szufladki z napisem „punk rock”. Punka tu w sumie też było niewiele – bliżej jednak do gotyku a’la Bauhaus, Type o Negative, horror punka w rodzaju The Misfits, do space rocka, kraut rocka, psychodeli czy nawet nowoczesnego progresu w rodzaju Amplifiera…
Wraz z klawiszowym wejściem pierwszego utworu na ekranie pojawia się obraz z filmu „Podróż na Księżyc” Gerogesa Mielesa z 1902 przedstawiający start rakiety. Całość zaczyna narastać. Do tego bardzo ciekawy, wysoki i lekko drżący wokal i płynący unoszący się szlif muzyki.
Trzeci utwór noszący tytuł „Rise of Dead” przyniósł piekiełko pod sceną, którego naczelną postacią był naturalnie Cieśla. Wszystkie utwory były zbudowane na podobnej zasadzie, ale genialny wokal, pomysł i klimat trzymał w napięciu. Było nawet miejsce, na świetnie dopasowane, growlowane screamo. A na ekranie? Na ekranie pojawiały się jeszcze obok różnych innych obrazów, fragmenty takich filmów jak „Nosferatu” z 1922, „Dracula” z 1933 czy ze słynnego „Planu 9 z kosmosu” Eda Wooda. Gdzieś mi nawet przemknęła przed oczami okładka kultowego „Bloody Kisses” Type o Negative.
Muzycznie i pod względem dopasowania wizualizacji to właśnie ten zespół podobał mi się najbardziej – w tym graniu można się rozsmakować i zanurzyć, nie mam wątpliwości, że niemal każdy znalazłby tu coś dla siebie.
Podsumowując, był to bardzo ciekawy, długi wieczór i obfitujący we wrażenia nie tylko muzyczne. Punka w sumie było tu nie wiele, ale nie chodzi wcale o gatunkowe szuflady, tylko dobrą zabawę, a tej na pewno nie brakowało. Wiele jeszcze do zrobienia ma Afera, bo na razie tej Afery nie ma, a herosi raczej nie zostaną zapamiętani (przynajmniej przeze mnie).
CTFB prze do przodu i pożaru, który niedługo może wybuchnąć obok nich i nie ugasi go żadna straż pożarna, z kolei Timmy and the drugs – najlepszy i najciekawszy zespół koncertu – powinien wybić się poza kraj jak najszybciej, bo potencjał jest ogromny, a ich siłą jest narkotyczna wręcz energia, pomysł i własna tożsamość, której wielu zespołom wyraźnie brakuje, a tą drzemiącą w tym zespole możnaby obdarować wiele grup i jeszcze pewnie by zostało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)