Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Queensryche. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Queensryche. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 marca 2025

Z wilczego notatnika #4

 

Ten rok chyba zapisze się w historii jako rok imb ze znanymi zespołami lub franczyzami. Po mało śmiesznym tytule nowej płyty Behemotha i problemie ze sztuczną inteligencją oraz ponownym wykorzystywaniu grafik u Dream Theater, przejęciu przez Amazon MGM praw do Jamesa Bonda, przyszedł czas na imbę związaną z Queensrÿche. W drugim temacie tygodnia spekuluję, co czeka fanów agenta 007 w nowej erze i w najbliższych latach...

poniedziałek, 24 października 2022

Tydzień 17-23.10.2022: Queensrÿche, The Halo Effect


 

Kolejny tydzień i kolejne teksty, które ukazały się najpierw na facebooku - zgodnie z nową formułą. Tym razem dwa zupełnie odmienne od siebie zespoły, ale oba sięgające po patenty znane i lubiane, a jednocześnie odświeżające swoje brzmienie. Queensrÿche po raz czwarty z Toddem La Torrem przy mikrofonie i supergrupa The Halo Effect złożona z byłych członków formacji In Flames przypominają, że nostalgia nie musi oznaczać odcinania kuponów, a często w połączeniu ze współczesnym brzmieniem daje bardzo ciekawe rezultaty.

 

środa, 10 lutego 2021

Todd La Torre - Rejoice in the Suffering (2021)


Jednym z najmocniejszych i najlepszych albumów tego roku z całą pewnością jest najnowszy, debiutancki solowy album obecnego wokalisty grupy Queensrÿche, Todda La Torre'a. Takie stwierdzenie na początku roku może dziwić, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie jest, tym bardziej, że La Torre nagrał naprawdę solidny krążek. Czemu już teraz jest to płyta, która powinna znaleźć się w podsumowaniach?

czwartek, 7 marca 2019

Queensrÿche - The Verdict (2019)


Queensrÿche z Toddem La Torrem przy mikrofonie uderza po raz trzeci i jest nie tylko ich najlepsza płyta od czasu wyrzucenia Geoffa Tate'a, ale także najlepszy album od dwudziestu pięciu lat, czyli od czasu "Promised Land". Co znalazło się na piętnastym, a właściwie szesnastym (jeśli liczyć "Frequency Unknown" efemerycznej wersji Queensrÿche Geoffa Tate'a zanim ten został zmuszony do zmiany nazwy*) krążku amerykańskiej legendy?

wtorek, 28 sierpnia 2018

LUminiscencje: Queensrÿche​ - Empire (1990)


Czas na kolejne LUminiscencje,w których tym razem sprawdzimy jak po latach wypada czwarty album Queensrÿche​, któremu 20 sierpnia stuknęło dokładnie dwadzieścia osiem lat. Obok konceptualnego "Operation: Mindcrime" jest to najważniejszy, jeden z najbardziej cenionych i prawdopodobnie ostatni tak dobry, a przede wszystkim tak równy album amerykańskiej formacji, która wyznaczała kierunek rozwoju metalu progresywnego we wczesnych latach istnienia tego gatunku.

czwartek, 25 stycznia 2018

LUminiscencje: Queensrÿche - Operation: Mindcrime (1988)


Trzeci album grupy Queensrÿche w maju skończy równe trzydzieści lat, a do dziś jest to krążek niezwykły pod względem pomysłowości, formuły i konceptu. Przełomowy nie tylko dla amerykańskiego zespołu, ale także dla gatunku, później określanego mianem metalu progresywnego, ale także dla powstania grupy Dream Theater, a następnie mającego wpływ na nagranie także konceptualnej i będącej duchowym spadkobiercą tejże, płyty wspomnianego DT czyli "Metropolis Pt. II: Scenes From A Memory". Jak słucha się dzisiaj pierwszej części "Operacji: Myślozbrodnia"*?

czwartek, 5 października 2017

LUminiscencje: Dream Theater - When Dream And Day Unite (1989)














Niektóre debiuty jeszcze nie prezentują pełnego potencjału zespołu, który staje się legendą. Wreszcie są takie płyty i debiuty, które bardzo brzydko się starzeją. Jedną z takich płyt jest wydany już pod nazwą Dream Theater debiut zespołu, który powstał jako The Majesty. W tych LUminiscencjach przyjrzymy się płycie, która zaczęła podróż bogów progresywnego metalu i która jeszcze nie zwiastowała rewolucji jaką mieli zaserwować panowie na dwóch kolejnych przełomowych dla gatunku i dla siebie albumach...

wtorek, 10 listopada 2015

Queensrÿche vs. Operation: Mindcrime (2015)

Spod stacji benzynowej z pełnym bakiem odjedzie tylko jeden zespół. Czy już wiecie który?*

Dwa lata temu rozłam w grupie Queensrÿche przyczynił się do powstania dwóch zespołów o tej samej nazwie. Szybko też okazało się, że taki obrót spraw nie jest na rękę oryginalnej grupie w której za mikrofonem stanął La Torre. Po sądowej batalii były i wieloletni wokalista Geoff Tate zmuszony został do zmiany szyldu - padło na nazwę zaczerpniętą z kultowego albumu macierzystej formacji, do którego wykonywania również uzyskał prawa. Tak też się złożyło, że podobnie jak dwa lata temu, oba postanowiły wypuścić w tym roku swoje nowe płyty. Która z nich zasługuje na uwagę, a która nie?

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Sandstone - Delta Viridian (2013)




Brytyjski Sandstone wydał cztery albumy studyjne, znane mi są trzy. Wliczając ten najnowszy. Hard rock i heavy metal z dużą dawką melodii i progresywnych naleciałości. Miejscami, a zwłaszcza wokalem, nawiązujący do DragonForce’a zespół, który gra bardzo porządnie, nie jest znany szerokiej publiczności. Czy słusznie?

wtorek, 2 lipca 2013

Queensrÿche - Queensrÿche (2013)


Akt drugi tegorocznej bitwy o tytuł lepszego Queensrÿche. Tym razem to prawdziwe, ale z nowym wokalistą, Toddem La Torrem, który zastąpił Geoffa Tate'a, a który kilka miesięcy temu wypuścił debiutancki album swojej wersji Queensrÿche, czyli "Frequency Unknown". Oryginalny zespół z La Torrem nagrał jednakże album solidniejszy. Nie do końca przypominający to, do czego nas Queensrÿche przyzwyczaiło, ale jak na nowy początek historii jest co najmniej nieźle...

niedziela, 28 kwietnia 2013

Geoff Tate's Queensrÿche - Frequency Unknown (2013)




Powstanie drugiego Queensrÿche, równoległego do oryginalnego, już z La Torrem, było do przewidzenia. Powstały w atmosferze skandalu trzynasty, czy też raczej w tym przypadku pierwszy (zależnie od przyjętej perspektywy), album nowej grupy Geoffa Tate'a z nazwą... Queensrÿche. Przez jednych jest mieszany z błotem, a przez jednych nawet, miejscami, chwalony. Jak jest naprawdę? Ten punkt widzenia u każdego będzie wyglądał inaczej, u mnie jednak nie wygląda najlepiej...

sobota, 14 lipca 2012

WNS XI: Nowe Queensryche

Nowe Quuensryche - w środku La Torre, nowy wokalista grupy.
  
Niniejszy artykuł stanowi zbiór wynurzeń na temat zmian w Queensryche, jeśli zamierzasz mnie obsmarować po jego lekturze za chaos, potencjalne powtarzanie się czy bełkot, to nie czytaj wcale. Stanowi rodzaj oczyszczenia z nawarstwienia szoku i jednoczesnego podniecenia zaistniałą sytuacją. Konstruktywna polemika i zdanie innych są jednak mile widziane.

Nietypowe "W niewielu słowach", bowiem tym razem nie będzie opisywania żadnych płyt w skrócie, ani nawet pisać w skrócie nie będę. Czas na dłuższą polemikę z samym sobą i tym co się wyrabia w legendarnym Queensryche. Podobno radykalna zmiana nastąpiła już jakiś czas temu (około tygodnia temu lub więcej), do mnie dotarła dopiero teraz - jestem załamany, jestem zachwycony... i zły sam na siebie...

piątek, 17 czerwca 2011

Queensrÿche – Dedicated to Chaos (2011)


Po kongenialnym i przełomowym, a dla wielu kultowym, koncept albumie „Operation: Mindcrime” z 1988 roku i fantastycznym „Empire” z 1990 (przypomnianym w zeszłym roku świetną dwupłytową rocznicową reedycją zawierającą utwory niepublikowane i zapis koncertu promującego „Empire”) Queensrÿche postawiło sobie poprzeczkę bardzo wysoko i przez wiele lat nie było w stanie jej przeskoczyć. Późniejsze płyty były coraz bardziej chaotyczne, eksperymentalne i stanowiące dziwną mieszankę elektroniki, metalu i zaczynały odpychać nudą aniżeli zapadać w pamięć. Cień szansy na zmianę przyniósł album z 2006 roku, czyli wydanie zgoła niepotrzebnej, monumentalnej kontynuacji opowieści Nicka. „Operation: Mindcrime II” stanowiła jej zwieńczenie i finał (z fantastycznym, gościnnym występem Ronniego Jamesa Dio, w roli tajemniczego Doktora X). 

Mogła stanowić idealny kompromis między dawnym a nowym Queensrÿche, piękne pożegnanie z fanami i hołd dla nich. Tak się nie stało. W 2007 roku wydano koszmarną płytę zatytułowaną „Take Cover” (o zawartości wskazanej przez tytuł). Czarę goryczy z kolei dopełnił wydany w 2009 roku dziesiąty, bardzo słaby album zatytułowany „American Soldier” – będący spóźnionym konceptem osnutym wokół traumy żołnierza walczącego z terroryzmem po roku 2001 w Iraku. Pod koniec 2010 roku Queensrÿche ogłosiło podpisanie kontraktu z Roadrunnerem opiewającym na wydanie kolejnego, jedenastego już albumu.

Album ten, pod znamiennym i prowokującym tytułem, właśnie ujrzał światło dzienne i nie wyważa żadnych drzwi, nie jest też w żadnej mierze płytą przełomową ani odkrywczą. Swoje Queensrÿche już wymyśliło. Czym zatem jest nowy album? Jest zbiorem dwunastu, w wersji rozszerzonej szesnastu (!) utworów. Utrzymanych w charakterystycznej stylistyce grupy? Niezupełnie… nastąpiły bowiem (kolejne) dość radykalne zmiany…

Płytę otwiera świetny „Get Started” zupełnie niebrzmiący jak dawne Queensrÿche. Gdyby nie charakterystyczny głos Geoff’a Tate’a i jak zwykle wyciągnięty na wierzch bas powiedziałbym, że to jakiś utwór Deep Purple z okresu składu MK III.
Drugi jest „Hot Spot Junkie” – kapitalny riff i jakby taneczna struktura. Powiedziałbym nawet, że to taki dyskotekowy kawałek, idealny do poskakania.
Trójka to słabiutkie, najgorsze na płycie i zupełnie niepotrzebne „Get It Bad”. Czwarty jest „Around the World” (nie wiem czemu to ten sam kawałek co poprzedni, więc albo zaszła pomyłka albo to efekt zamierzony…) Płyta spokojnie by się mogła bez nich obejść i do tego byłaby krótsza. Piąty z kolei jest znów odrobinę Deep Purplowy, a odrobinę nawet Queenowy, rewelacyjny „Higher” z fantastycznymi saksofonowymi solówkami. 

Szóstka, nosi tytuł „Retail Therapy”. Rewelacyjny riff rozpoczynający, który w refrenie dryfuje w stronę punk rocka. Po prostu majstersztyk. Siedem: „At the edge” – deszczowe fortepianowe intro i mroczne tony gitary, uderzenie perkusji i… dalej jest to potężny, ciężki i bardzo przestrzenny absolutnie fantastyczny utwór. Z kolejną saksofonową solówką… Ten kawałek spokojnie mógłby znaleźć się na „Empire”. Ósemka to wyłaniający się deszczowy, jazzujący balladowy i bardzo smutny „Broken”. Dziewiątka to przestrzenne, powolne, melancholijne i znów trochę jazzujące „Hard Times”. Dziesiątka to mroczny, cięższy i utrzymany w pochodowej tonacji „Drive”. Z jednej strony zapachniał mi Hawkwindem, a z drugiej zimno falowym gotyckim punk rockiem w rodzaju Bauhaus czy XIII Stoleti. Może nawet coś z wczesnego U2 albo eksperymentów Queen. Niezwykły i intrygujący to utwór. W podobnej tonacji jest „I Belive” (numer jedenasty), tyle, że wolniejszy, bardziej balladowy i wyraźnie pachnący space rockiem. Rewelacja.
Dwanaście: „Luvnu” – szybszy, i bardzo przebojowy, lekko narastający. Bardzo Znów taki trochę nie Queensrÿchowy… Trzynastka to „Wot We Do” (pisownia oryginalna) – wolniejszy, płynący, znów trochę taki taneczny, znów saksofon i przestrzeń…

Czternaście: „I Take You” - znów trochę cięższy utwór, ale utrzymany w pochodowej tonacji. I do tego krótkie, ale ciekawe solo, tym razem gitarowe. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się na „Empire”, może nawet na „Promised Land” (1994).
Piętnastka nosi tytuł „The Lie”. Znów szybszy, ostrzejszy i pochodowy. Pachnie Beatlesami? Może to dziwne, ale tak właśnie, pachnie Beatlesami w wersji heavy metalowej. Rewelacja. Finałowa szesnastka: „Big Noize” – wolne, narastające unoszące się w przestrzeni wejście. I w takiej właśnie ambientowo - space rockowej tonacji zostajemy już do końca.

Podsumowując, jest to album zaskakujący. Charakterystyczny styl grupy został zachowany i poszerzony o hard rockowe i jazzowe inspiracje, ale nowy bardziej przestrzenny dźwięk całość uwypuklił. Jest to zmiana radykalna, ale zdecydowanie wychodząca płycie na dobre. Zabawa ze stylistyką, odniesienia i ukłon w stronę bardziej alternatywnego grania. Nowa płyta skutecznie, moim zdaniem, zmywa niesmak po „American Soldier” i wcześniejszych słabszych dokonaniach Queensrÿche. Wielu pewnie zszokuje, jeszcze innych zachwyci, możliwe, że innych zaciekawi do posłuchania wcześniejszych albumów…
Dla mnie jest to nie tylko jeden z najciekawszych albumów tego roku, ale także jeden z najlepszych albumów tego zespołu. Queensrÿche po prostu wróciło z bardzo dobrym i niezwykłym albumem. Dedykacja dla chaosu? Tak naprawdę to dedykacja dla fanów. Ode mnie mocne 9/10. Polecam zagorzałym fanom, ciekawym i wszystkim, którzy z jakiś powodów nie zetknęli się jeszcze z tym zespołem. Naprawdę warto!

Rekapitulacja: Kończący pewien okres historii grupy Queensrÿche album, a mianowicie okres równi pochyłej po świetnym wzlocie albumami "Operation:Mindcrime" i "Empire", a następnie bardzo dobrym przeinterpretowaniem formuły na "Promised Land" i "Hear In the Now Frontier", pozostawia wiele do życzenia. Ów trzeci etap zakończył się wyrzuceniem oryginalnego wokalisty Geoffa Tate'a i zastąpienia go Toddem La Torre. Sam w sobie nie jest złym wydawnictwem, ale mając jednak w pamięci tamte płyty i wiedząc, że Queensrÿche stać na znacznie więcej, na pewno lepszego materiału, okazuje się, że jednak do naszych rąk, a właściwie uszu, wpadł bubel. Album jest niespójny, zwłaszcza w wersji rozszerzonej, i mimo kilku niezłych pomysłów i rozwiązań kompozycyjnych, nawet nawiązań stylistycznych, nie jest na tyle interesujący jakby się mogło wydawać. Choć niemal dwa lata temu twierdziłem, że jest kapitalny, dziś wiem, że się myliłem. Pisali w komentarzach, umieszczając gdzieś linka do tego tekstu, że "słoń mi na ucho nadepnął", może to było także nieco zbyt drastyczne określenie. Bo nie nadepnął, wówczas ten album wydawał mi się naprawdę dobry, ale preferencje i gusta się jednak zmieniają, i po tym okresie, zmieniłem też swój stosunek do tego "Dedicated to Chaos". Na pewno, wypada go znać, choćby nawet po to, żeby się za głowę złapać, ale raczej nie będzie się do niego wracać za często, zdecydowanie wracając do ich zupełnie pierwszych, następnie dwóch najważniejszych i dwóch kolejnych, które różnie przesuwają granicę między okresami. Ocena: 4/10 [27 IV 2013]