Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blues Club. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blues Club. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 sierpnia 2021

R5/199: Żurawie (09.08.2021, Letnia Scena Blues Clubu przy ulicy Zawiszy Czarnego, Gdynia)


Choć nazwa grupy odnosi się do gdyńskich żurawi stojących w gdyńskim porcie, to śmiało można sobie pozwolić na ornitologiczną analogię, bo Żurawie pięknie się wznoszą coraz wyżej, co mnie osobiście bardzo cieszy. Wiem, że dali czadu w gdańskiej Paszczy Lwa, a ich kolejny koncert, który odbył się w poniedziałek na Letniej Scenie Blues Clubu przy ulicy Zawiszy Czarnego nawet w połowie nie oddał tego szaleństwa, o którym mogę tylko posłuchać, bo w tym czasie byłem na Sisterhood. Mimo wszystko było słychać, że to nie do końca jest ten sam zespół, który słyszałem i widziałem po raz pierwszy tuż przed pandemią w gdańskim Drizzly Grizzly...

wtorek, 3 sierpnia 2021

R4/198: Leśne Zwierzęta (2.08.2021, Scena Letnia Blues Clubu przy ulicy Zawiszy Czarnego, Gdynia)


Coś przertwało, można by rzec. A nawet drgnęło. Nieśmiało, ale drgnęło. Najwyższa pora! I nie, nie mówię w tym momencie o zespole, który zaprezentował się na Letniej Scenie Blues Cluby przy ulicy Zawiszy Czarnego w Gdyni, a raczej o tym, że w końcu są jakieś koncerty, które przynoszą trochę radochy i potrzebnej energii, a tych na pewno nie brakowało w poniedziałkowy wieczór i do tego pierwszy w tym roku sierpniowy, taki już w zasadzie jesienny, chłodny. Jak wypadły Leśne Zwierzęta?

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

R3/197: Sisterhood vol. 2 (31.07.2021, Scena Letnia Blues Clubu przy ulicy Zawiszy Czarnego, Gdynia)


Sisterhood - Braterstwo (Siostrzeństwo?) Sióstr, czyli koncert w którym główną rolę odgrywają artystki i wokalistki w różnym wieku, z różnymi głosami, osobowościami, możliwościami, charakterami i życiowymi doświadczeniami odbył się po raz drugi. Pierwsza i druga edycja odbyła się w cieniu pandemii koronawirusa, bo pierwotnie zakładano, że pierwsza edycja odbędzie się w Dzień Kobiet, 8 marca w gdyńskiej Desdemonie. Pierwszy lockdown przesunął tę imprezę na jesień, a drugi wymusił transmisję pierwszego koncertu online. Drugi z racji trwającego w marcu bieżącego roku lockdownu całego państwa wymusił z kolei przygotowanie kolejnej edycji w innym terminie, najszybszym możliwym i tym razem udało się ją przygotować na pełnię lata, plenerowo i w czasie kiedy znów wszystko - i oby jak najdłużej i już bez kolejnych ceregieli - jest otwarte lub budzi się (nadal) do życia. Na pierwszym nie miałem okazji uczestniczyć, ani oglądać, ale na drugi wybrałem się z zaciekawieniem. Co można było usłyszeć i jak wypadło drugie Święto Kobiet na Scenie Letniej gdyńskiego klubu Blues Club, w tym roku usytuowanej tuż obok Muzeum Miasta Gdyni przy ulicy Zawiszy Czarnego?

czwartek, 20 września 2018

R7/167: Nylon Maiden - Thomas Zwijsen & Anne Bakker, Scream Maker (19.09.2018, Blues Club, Gdynia)


Za oknami ostatnie podrygi lata, a tymczasem w gdyńskim Blues Clubie zaczęła się koncertowa jesień. Na Portowej zagrał bowiem holenderski wirtuoz gitary akustycznej Thomas Zwijsen, który wystąpił razem ze skrzypaczką i wokalistką Anne Bakker, a przed nimi zaprezentował się znany warszawski zespół heavy metalowy Scream Maker w akustycznej odsłonie. Co można było usłyszeć?

poniedziałek, 2 października 2017

R12/154: The Fruitcakes, Lastryko, Lonker See (30.09.2017, Blues Club/Ucho/Uboga Krewna, Gdynia)


W sobotni wieczór wybrałem się na trzy koncerty, które towarzyszyły festiwalowi aTrakcje w którego skład wchodziły spacery po Gdyni z przewodnikiem, wystawy, warsztaty i właśnie występy lokalnych zespołów. Najpierw wpadłem do Blues Clubu gdzie grało The Fruitcakes, potem udałem się do Ucha na Lastryko, a na koniec odwiedziłem kawiarnię Uboga Krewna gdzie w ogródku rozłożyło się Lonker See. Jak było?

wtorek, 10 marca 2015

R5/104: Lord & The Liar (8.03. 2015, Blues Club, Gdynia)


Wiosna coraz częściej daje o sobie znać, co skutkuje częstszymi spacerami. Dziwi mnie jednak, że na koncert tak ciekawej osoby jaką jest songwriter grający jako Lord & The Liar w Gdyni przyszło bardzo mało osób. Nie wnikajmy w liczbę. W dodatku doczepiono do jego występu bezsensowny jazzowy, czy też raczej pseudojazzowy duet i wyglądało to raczej, że Ci co przyszli byli bardziej dla tego drugiego zespołu niż dla Pawła Swiernalisa. Jak jego muzyka wypada, gdy gra solo?

wtorek, 14 maja 2013

R14/66: State Urge (12.05.2013, Blues Club, Gdynia)

Debiutancki album chłopaków “White Rock Expierence” zbiera bardzo przychylne recenzje. Rzeczywiście, słychać w nim ogromny postęp i zaangażowanie młodych muzyków. Nic dziwnego, że nie tylko podpisali kontrakt z wytwórnią Lynx, oraz, że ruszyli  w minitrasę po Polsce. W niedzielę można było ich usłyszeć w ich rodzinnym mieście, w gdyńskim Blues Clubie.

poniedziałek, 9 maja 2011

Relacja VI: Blue Jay Way (Blues Club, 8 V 2011)


Jakiś czas temu poznałem dwóch ambitnych i bardzo utalentowanych młodych gitarzystów, którzy szukali wokalisty. Spotkaliśmy się na próbie, ale doszliśmy do wniosku, że to nie jest to, odpowiadałem im jako osoba, jako wokalista już trochę mniej. Kontaktu nie zerwałem. Jakiś czas potem, jeden z nich zaproponował żebym wbijał do Ucha, bo gra zespół ich znajomych. Poszedłem z ciekawości i nie zawiodłem się. Blue Jay Way naprawdę mi się podobał. Od tamtego czasu minął prawie rok, a ja wybrałem się na ich koncert już z własnej woli. I znów mi się podobało.
Filip Arasimowicz na gitarze basowej
            Grupa powstała 1 maja 2010 roku z inicjatywy wokalisty Tomasza Bessera i gitarzysty Marcina Korpasa. Już po miesiącu gry zadebiutowali w gdyńskim Uchu na przeglądzie „LO projektor 2010”. Ich muzyka opiera się na klasycznym rocku lat 70', ale nie boją się eksperymentować z nieco cięższym brzmieniem. Poza Tomkiem i Marcinem szeregi zespołu zasilają: gitarzysta Darek Hermann, basista Filip Arasimowicz, oraz perkusista Tomek Petecki. Do największych osiągnięć Blue Jay Way zaliczyć można występy przed takimi zespołami jak Mech czy Golden Life. Wystąpili również na festiwalu Yach Film. Ich największym jak dotychczas sukcesem jest jednak wygranie pomorskich eliminacji r&r music festival.
            Rock’n’rollowe, zahaczające o cięższy hard rock instrumentalne intro było zaledwie ciszą przed burzą, potem już było potężne uderzenie kolejnych kawałków. Drugi był „Opętany”. Trzeci, fantastyczny lekko southern rockowy „Amerykański” z bardzo ciekawym riffem prowadzącym, potem taki trochę jakby wyjęty z twórczości grupy Mech utwór „A niech ma”. Kolejnym kawałkiem była „Sieć” z kapitalną linią basu i lekko drżącym, szorstkim i jednocześnie zadziornym wokalem Bessera. Wyraźnie słyszalne inspiracje zarówno Hendrixem jak i Zeppelinami, a nawet TSA i Turbo (wszystko w ramach jednego utworu).
            Następnie zwolnienie (pozorne) do ballady zatytułowanej „Uwolnij mnie” przywodzącej na myśl trochę TSA. Kolejny kawałek, którego tytułu nie usłyszałem, znów lekko southernrockowy, pochodowy z fantastycznym progresywnym rozwinięciem i solówką Korpasa oraz wyczuwalną przestrzeń niczym z Hawkwind. Zejście. Ósmy utwór pod niezwykle wymownym tytule „Spieprzaj” znów zapachniał cięższymi momentami Zeppelinów. Do tego naprawdę świetny, mocny tekst. Powiedzieć tak do byłej dziewczyny… byłoby to w każdym razie niezwykle odważne, a na pewno, co najmniej niespotykane. Besser pokazuje, że wysokie, wrzaskliwe tony nie są mu obce. I znów ballada, pod równie wymownym tytułem, „Pragnę Cię”. Znów coś tak Zeppelinowo i fantastyczny tekst. Pomyślałem sobie podówczas, że gdybym był dziewczyną (jakąkolwiek, po prostu dziewczyną), też bym zapragnął.
Blue Jay Way
            Punkowe z lekka wejście kolejnego utworu zatytułowanego „Mówisz stop” - bardzo jak na hardrockowe standardy przebojowy kawałek. Następnie znów ballada, „najnowszy kawałek”, choć tytułu nie dosłyszałem. Ballada tylko pozornie, bo liryczny trochę jakby znajomy riff w pewnym momencie wchodzi w ostrzejsze tony i tak zostaje już do końca. Sam kawałek to właściwie pędzący progresywny majstersztyk, przywodzący na myśl „51” TSA, które kiedyś Blue Jay Way nawet grało, a duszny tekst o śmierci w połączeniu z graną muzyką to absolutny majstersztyk.
Besser po utworze pyta: „Czy już się nudzicie?” Ale odmowne „nie” ze strony publiki (dość skromnej trzeba przyznać), to sygnał do dalszego grania. Utwór „Sex” (ulubiony kawałek Grześka, mojego kumpla, z którym przyszedłem na koncert) zabrzmiał znacznie potężniej niż w Uchu, a gra aktorska Bessera imitującego stosunek seksualny, tym razem ograniczyła się do zwięzłego „aaaa”.
Tomasz Besser i Filip Arasimowicz
            Potem zagrali „według niektórych nasz najbardziej rozpoznawalny kawałek” – jak to określił Besser, czyli „Taki sam”. I faktycznie jest w tym utworze coś, co sprawia, że wszędzie byś poznał, że to Blue Jay Way. Absolutnie fantastyczny i niezwykle przebojowy utwór. I ostatni zajebisty kawałek zatytułowany właśnie tak „Zajebisty”. W nim zwolnienie dla przedstawienia składu z solówką Korpasa i po zakończeniu na bis, po dłuższym zastanowieniu, raz jeszcze „Taki sam”. Skromne „Dziękuję bardzo” Bessera i to wszystko. I jest za co dziękować, ale to publika powinna dziękować chłopakom, za godzinę fantastycznych dźwięków i dosłownie, za podróż do późnych lat 70, kiedy królował hard rock, a w Polsce aż do połowy lat 80 był najlepszy okres polskiego heavy metalu.
            Poga nie było, bo nie było potrzebne. Ich słucha się z rozdziawioną gębą i z nieukrywanym zadowoleniem siedząc na czterech literach. Wszystkie dodatki są absolutnie zbędne i niepotrzebne. Jedynie grupka siedząca za mną i Grześkiem w pewnym momencie wstała i zaczęła sobie podrygiwać. Miłe, ale jeśli nie pociąga to za sobą lawinowo reszty publiki, też zupełnie niepotrzebne.


            Blue Jay Way to zespół niezwykły i konsekwentnie podążający własną drogą. Wiedzą jak chcą tworzyć, jak chcą brzmieć. Jest to granie interesujące, świeże i energetyczne, a także przebojowe. Mówią o sobie, że są supergrupą i trzeba im to przyznać, że są supergrupą. Grupą złożoną z bardzo utalentowanych muzyków i obdarzonego kongenialnym wręcz głosem Bessera, od którego wielu wokalistów młodych zespołów mogłoby brać przykład jak należy śpiewać i prezentować się na scenie.
            Jest to zespół, który zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ drzemie w nim naprawdę ogromny potencjał. I to nie tylko na skalę krajową, ale również jako świetny towar eksportowy (swoją drogą ciekawie byłoby usłyszeć anglojęzyczne wersje utworów chłopaków, bo wszystkie, i jest to naprawdę duża zaleta, są po polsku). Byłaby wielka szkoda gdyby ten zespół rozpadł się z hukiem, lub przeszedł kompletnie niezauważony. Blue Jay Way to chyba nie tylko najlepszy młody trójmiejski zespół, ale zdecydowanie jeden z najciekawszych rodzimych artystów, za którego sukcesy trzymam kciuki. I gorąco zachęcam wszystkich tych, którzy nie mieli okazji usłyszeć zespołu na żywo, aby czym prędzej to zrobili przy najbliższej okazji. Naprawdę warto.



 Specjalne podziękowania dla Grześka za pomoc przy robieniu zdjęć w trakcie koncertu.

wtorek, 15 marca 2011

Relacja II


Koncert zespołu State Urge
(Blues Club 14.03.2011)


Nie wiem, naprawdę nie wiem jak zacząć… cokolwiek napiszę będzie nieodpowiednie i niepełne, tak więc i powyższe i te słowa są po prostu złe, ale skoro początek mam za sobą, mogę napisać, że jestem absolutnie porażony i zachwycony. Trzeci koncert gdyńskiej grupy State Urge, na którym byłem powalił mnie dosłownie i w przenośni na łopatki, no może nie jakoś bardzo, ale na pewno muszę zauważyć, że postęp jest ogromny, zauważalny i słyszalny.
            Koncert odbył się w ramach kolejnej odsłony Gitariady, organizowanego cyklicznie przez Blues Club konkurso-przeglądu młodych pomorskich zespołów. Obok SU miał zagrać zespół 7’, ale podobno się rozwiązał. Trzeba przyznać, że trochę łyso, gdy zespół rozpada się w momencie, kiedy ma zaklepany koncert z szansą na laury, ale bywa i tak. Nie wiem jak pozostali artyści grający w ramach Gitariady wypadają, ale SU moim zdaniem ma ogromne szanse, aby przejść do dalszego etapu. Tak więc w ramach koncertu zagrał tylko State Urge – i naprawdę dał koncert świetny, ale od początku.
            Tym razem wybrałem się na SU z kumplem Grzegorzem Ciężkowskim, który woli jak się na niego mówi Kahun (swego czasu bębnił nawet w zespole, który razem współtworzyliśmy, ale „legendarny” Q-MaR to już niestety historia, która nie ma szans na wskrzeszenie). Jako, że byliśmy nieco wcześniej załapaliśmy się na próbę przed koncertem, co już dało mi pewne wyobrażenie, co będzie dalej. Dosłownie Hitchcockowskie trzęsienie ziemi, a potem napięcie rosło, ale nie będę wyprzedzał faktów i rozpisywał się o próbie, bo to nawet nie wypada, choć dygresja dotycząca pewnego utworu znajdzie się w dalszej części.
            Część właściwą, czyli koncert rozpoczął przemową Szymon Jachimek z kabaretu LIMO, a potem chłopaki uderzyli obowiązkowym dymem i własnym utworem „Preface”.
Silnie nasączona stylistyką Pink Floyd czy nawet Deep Purplowym szlifem kompozycja, rozpoczyna każdy koncert grupy (w każdym razie poprzedni rozpoczęła). Jest potężna, mocna i rozedrgana pod względem emocji, inaczej mówiąc niesamowita. I te kroczące klawisze… po prostu majstersztyk.
            Jako drugi był cover Jeffa Buckleya „Hallelujah” jeszcze mocniej rozpięty w przestrzeni niż poprzednim razem, jeszcze bardziej melancholijny i rozrzewniony.
Chmurne klawisze i doskonale słyszalny bas, a potem uderzenie i przepiękne solo, rosnące i świdrujące, znów przywołujące na myśl Gary’ego Moore’a, zejście w bluesową lekką i bujającą tonację i zejście do wyciszenia.
            Trzeci był cover utworu „Comfortably numb” Pink Floyd, choć mogę przysiąc, że pierwsze dźwięki zabrzmiały jak „Is there anybody out there”. Świetnie wyszedł dwugłos – szorstki wokal Krystiana Papiernika (basisty) i wyższa partia Marcina Cieślika (gitara). W ogóle należy zauważyć, że w wokalu Marcina słychać ogromny postęp – jest pewniejszy siebie, bardziej stara się modulować głos w wyższe rejestry gdzie jest to konieczne, otwierać się i oby tak dalej… Tu Grzesiek mówi, że zaczyna odpływać. Bardzo dobra, potężna i płynąca wersja, która wydała mi się nawet potężniejsza od oryginału. I do tego jeszcze wibrujące, dysharmoniczne i dysonansowe solo – niesamowite…
            Kolejny był „Heave a sigh” – autorska kompozycja SU. Łagodny, narastający klawiszowy wstęp uzupełniony delikatnymi uderzeniami talerzy, a potem płynąca, ostra jazda z perkusyjnym solem przy końcówce utworu. (Teraz to ja zacząłem odpływać).
             Następny był utwór Niny Simone „I Feeling Good” z płyty „I put a spell on you” w wersji grupy Muse (o tej grupie można przeczytać w artykule „Eklektyzm, metafizyka i piękno – Muse i Coldplay po całości”). Wykonywany już na próbie – bardzo mnie zaskoczył. Piękne wykonanie, którego nie popsuły nawet sprzężenia w mikrofonie na początku, a wysokie rejestry Cieślik wykonał kapitalnie, choć tu znów trochę tłumił w sobie głos, a szkoda – więcej życia i energii! Do rozbuchanej wersji Muse jeszcze trochę brakuje, ale i tak jest pięknie. Chwila zastanowienia ze strony zespołu i grają dalej…
            Dym spowił cały zespół mleczną mgłą, gdy zaczęli grać coś, co z początku brzmiało trochę jak Hawkwind, a trochę jak King Crimson. Pulsujące zwolnienie, a następnie narastające rozwinięcie, teraz można poznać, że to Pink Floyd, choć wcale nie jestem pewien czy na pewno, a nawet gdyby to nigdy nie pamiętam, czy jest to „Crazy on you shiny diamond” czy „Wish you were here” – jeśli już to ten pierwszy… Płynąca, melancholijna solówka i klimatyczne, coraz wolniejsze, deszczowe oniryczne schodzenie, aż do wyciszenia… pięknie. W tym momencie Grzesiek mówi, że można się tym zespołem naćpać
               Siódmy był utwór oparty na przestrzennym klawiszu i melodyjnej gitarze, coś tak trochę jakby połączenie U2 z Weather Report, King Crimson z okresu skowronków, Hawkwind i Coupla Prog z narastającym i uderzonym skończeniem. Znów pięknie…
            A na zakończenie, w ramach bisu zagrali cover „Again” Archive, który tym razem został rozimprowizowany jeszcze bardziej niż ostatnio, fantastycznie wybił się na wierzch mroczny bas i deszczowe piano. Na to nachodziła melodyjna, wibrująca gitara i narastająca perkusja. Tu też świetnie wypadł bardziej niż ostatnio uliryczniony wokal Cieślika.
Frazowanie w stylu King Crimson i przestrzenne zwolnienie, a następnie falujące unoszące się narastanie i zejście z ponownym frazowaniem aż do ostatniego uderzenia…
            Po czym Grzesiek stwierdził, że przydałoby się większe jębnięcie i więcej energii w tym wszystkim. Choć ja uważam, że jest naprawdę bardzo dobrze. Z koncertu na koncert coraz lepiej i ciekawiej. Ogromny postęp w wokalu Cieślika (więcej życia, mniej tłumienia!) i bardzo pozytywne zaskoczenie klasycznym utworem Niny Simone. Na duży plus zasługują też coraz bardziej klimatyczne interpretacje innych coverów, ekspresyjna i energetyczna gra Marcina Bocheńskiego (perkusja) oraz mocno oniryczny klawisz Michała Tarkowskiego.
Tym koncertem chłopaki udowodnili, że myślą o graniu na poważnie. Pokazali, że cover nie oznacza za każdym razem nutka w nutkę odegrania tak samo, za każdym razem jest inaczej i coraz piękniej! Coraz mocniej ściskam kciuki za chłopaków i życzę im wielu wspaniałych koncertów i wiele wygranych, moim zdaniem zasługują na zainteresowanie i przyznanie im lauru w tegorocznej Gitariadzie.
                 
* Kolejny koncert State Urge w gdyńskim klubie Ucho 17.03.2011 start o 19.
** Już wkrótce wywiad z zespołem, dokładnie jeszcze nie wiem kiedy, ale będzie na pewno.
*** Również wkrótce, a w każdym razie za niedługi czas, planuję zamieścić recenzję pierwszej płyty zespołu (płyty demo), którą jak tylko otrzymam i przesłucham porządnie, opiszę w miarę najdokładniej i starając się nie powtarzać wcześniej zawartych tez dotyczących kolejnych utworów.
**** Pozdrawiam wszystkich i zachęcam do czytania innych artykułów, nie tylko o State Urge… ;)