Koncert trójmiejskiego zespołu Pretty Scumbags z okazji premiery epki "She Said" był nie tylko świetną okazją zweryfikowania jak aktualnie wypadają chłopaki na żywo z nowym, bardzo dobrym materiałem, ale także by przeprowadzić chrzest bojowy cyfrowego rejestratora dźwięku, w który niedawno zainwestowałem. W ramach jednego z takich testów przeprowadziłem interesujący, choć krótki wywiad z członkami zespołu Pretty Scumbags. Na pytania odpowiadają: basista Dawid i perkusista Nikolas.
Strony
- Strona główna
- Wstępniak
- O Nas
- Kontakt - dla zespołów
- WAFP! 2011 - 2014
- Heavy Metal Pages 2013 - 2015
- Rock3miasto.pl
- LMF 2016 - 2019
- Polisz Jor Inglisz
- Weekend Węgierski
- Weekend Chorwacki
- Wydział Filmowy
- LUpa czy Pod LUpą?
- Wilk z zakładką
- Muzyczna Biblioteka
- Wilk Kulturalny/Książki autorskie
- Oceny
- Patronat medialny LU
- Współpraca
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pretty Scumbags. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pretty Scumbags. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 sierpnia 2012
czwartek, 30 sierpnia 2012
Pretty Scumbags - She Said EP (2012)
Miałem z chłopakami problem. I to spory. Dałem temu upust, potem szukałem dobrych stron. Było lepiej, ale nadal czegoś brakowało. Druga płyta (tym razem dłuższa) trójmiejskiego Pretty Scumbags to dobry powód, by nie tylko znów o nich napisać, ale i zauważyć ogromny postęp jaki poczynili chłopacy.
niedziela, 1 lipca 2012
R8/36: Cisza Nocna, Ad Rem, Pretty Scumbags, Crimson Splash (Ucho, Gdynia 28-06-2012)
Z planowanych czterech zespołów wystąpiły trzy. Jeden nie musiał niczego udowadniać, bo dopiero się rozkręca, drugi zaskoczył pozytywnie zmianami, trzeci zawiódł kompletnie. I rzecz dziwna – dopisało brzmienie…
Czytaj więcej...
piątek, 8 czerwca 2012
RVIII: Surf Rock
Podobnie jak w muzyce klasycznej,
również w rocku pewne nurty i gatunki szybko przeminęły wypchnięte przez inne
lub ewoluowały tak bardzo, że nie przypominały już swojego poprzednika, czy
prekursora w żaden sposób. I tak kiedy symfonie zaczynały być coraz dłuższe i
bogatsze, aż do osiągnięcia apogeum w twórczości Gustava Mahlera i Ludviga Van
Beethovena, podobnie sprawy miały się z muzyką bluesową i rockową. Nurt zwany
surf rockiem był jednym z takich gatunków, które istniały, rozwijały się i
szybko zniknęły.
sobota, 3 września 2011
Permanent Vacation Festival (Ucho, 31 VIII 2011)
Kolejne wakacje dobiegły końca, a wraz z nimi nadszedł wrzesień oraz nieuchronny powrót do szkoły. Ostatni dzień sierpnia został wykorzystany jako okazja do ich podsumowania i zasugerowanie, że wakacje tak naprawdę trwają nadal – w nas. A wszystko przy zróżnicowanych dźwiękach trójmiejskich zespołów.
Tym razem w gdyńskim Uchu wystąpiły następujące grupy: istniejący od niedawna Pomelo Taxi, zjechany przeze mnie poprzednim razem Pretty Scumbags, zawsze dobry Kiev Office, zaskakujący C4030 i zupełnie nieoczekiwanie, „prosto z Libii” przyjechał do nas solowy projekt Michała Miegonia, czyli Khaddafi.
Ten pierwszy składał się zaledwie z trzech osób – wokalistki, śpiewającego basisty i śpiewającego perkusisty. Zespół zagrał zaledwie pięć kawałków (na razie tylko tyle miał przygotowane, ale szykuje kolejne), które pachniały mi stylistycznie punkiem zmieszanym z Rage Against the Machine, reaktywowanym niedawno Illusion, momentami nawet trochę Ścianką. Utwory? Na pewno pomysłowe, energetyczne i na swój sposób minimalistyczne, czasami bardzo przestrzenne. Bardzo ciekawie wychodzi też dialog wokalny pomiędzy członkami grupy – łagodny, ale niepozabawiony pazura głos wokalistki świetnie współgrał z szorstkimi krzykami perkusisty. Jedyne do czego bym się przyczepił to, to że wszystkie utwory są po angielsku. Skoro to polski zespół, czemu nie tworzyć po polsku? Finowie mogą po fińsku a my nie? Mikołaj Rej przecież powiedział, że Polacy nie gęsi, iż swój język mają.
| Pomelo Taxi |
A tu znów ta durna moda na światowy język jakim jest angielski, no ale dobra czepiam się.
Ogólnie, gdybym miał wsiąść do takiej taksówki to zrobiłbym to w ciemno, zawiozą Cię gdzie chcesz szybko i w bardzo smaczny sposób (kto jadł pomelo, będące połączeniem pomarańczy, grejpfruta i melona, zrozumie aluzję).
Drugi wystąpił Pretty Scumbags, zespół, który już raz zjechałem i to dość ostro. Nastawiałem się, żeby tym razem znaleźć jakieś pozytywy, ale nie udało się to w pełni, niestety.
Kiedy chłopaki weszli na scenę z głośników poleciał bondowski gunbarrel z lat 60, który świetnie pasowałby do wykonywanej przez nich muzyki jako intro – gdyby tylko to oni go grali. Po chwili uderzyli swoim pierwszym kawałkiem – inspiracje latami 60 i 70 słychać bardzo wyraźnie, tylko podane w nowoczesny sposób.
Podoba mi się konstrukcja kawałków PS – ciekawe riffy, chwytliwa kompozycja, interesujący wokal i bardzo dobry perkusista. Niezwykle interesująco zespół wypadał wtedy, kiedy pojawiały się dłuższe instrumentale – dostawiłbym klawisze i skręcił w stronę Hawkwinda, albo wczesnego King Crimson. Chłopaki jednak nie ograniczają się tylko do złotego okresu muzyki rozrywkowej, ale z powodzeniem sięgają też po patenty awangardy lat 90, jak choćby w zaśpiewanym po polsku, chwała im za to, utworze „Trzy miasta”, w którym można się doszukać wpływu Pidżamy Porno, T.Lovu, czy nawet nowych grup takich jak Neony czy Neo Retros. Nie ukrywają też swoich ewidentnych inspiracji Beatlesami (nie tylko stylizowanie się wyglądem). Czy słuchając utworu zatytułowanego „Abbey Road” nie ma się poczucia, że to jakby hołd dla legendarnego studia i kultowego albumu czwórki z Liverpoolu?
| Maks Krzywkowski |
Nawet bym powiedział, że w tym kawałku wyraźnie słychać inspiracje takimi zespołami jak Muse, Coldplay czy Kings Of Leon. Gościnnie wystąpił z chłopakami (w jednym utworze zaledwie) Maks Krzywkowski, znany choćby z Timmy And the Drugs.
A co nie podoba? Nazwa. Ta jest po prostu koszmarna i przerażająca.
| Pretty Scumbags |
Wokalista ma świetny głos, ale momentami próbuje z siebie wydusić za wiele, szkoda też żeby zdarł sobie głos. Nadal śmieszy mnie gitarzysta, który gitarę ma niemal pod szyją, choć tym razem wisiała jakoś niżej. Basista garnie się do śpiewania, cały czas ruszał ustami – może dać mu drugi mikrofon? Tyleż. Mam też dziwne poczucie, że chłopaki za bardzo nie wiedzą, co właściwie chcą grać. Jeśli ma to być polski eklektyzm w rodzaju Muse, to trochę im to nie wychodzi. Życzę chłopakom żeby znaleźli swoją drogę, niszę i styl, zmienili nazwę i przede wszystkim dużo grali i nie poddawali się, bo poczynili ogromny postęp i chwała im za to.
Następnie zagrał doskonale znany w Trójmieście zespół Michała Miegonia, którego nikomu nie trzeba przedstawiać, a mianowicie Kiev Office.
| Kiev Office |
Szczerze mówiąc ten koncert był zaledwie poprawny. Set składał się niemal wyłącznie z utworów z najnowszego wydawnictwa grupy „Antona Globby” (z poprzedniej zagrali tym razem tylko „Dance through the end Of night”. I tak po przebojowym, wyjątkowo zupełnie spłaszczonych, „Dwupłatowcach” zagrali „Przygodę na Mariensztacie”, następnie „Trust Me Jonas” i „Around the Globba”, w którym to zabrakło mi chórków Asi. Kawałek ten też zabrzmiał nieco bardziej przestrzennie niż na płycie.
| Michał Miegoń |
Zaraz potem „Mężczyźni w Strojach Kosmonautów”, który już nie pachniał mi Lemem i Ijonem Tichym, ani Pirxem (coś jakoś słabiej został zagrany). W nim na szczęście nie obyło się bez gestu zwycięzcy w stylu Rocky’ego Balboa. Kolejna była „Karolina Kodeina” – też jakoś słabiej zagrana i znów bez Asi na drugim wokalu. A potem jeszcze „Anton Globba” i „Hexengrund”. Zabrakło mi jakiegokolwiek utworu śpiewanego przez Asię Kucharską.
Tak naprawdę energią kipiał tylko Krzysiek Wroński, który jak zawsze bębnił tak, że było miło patrzeć i słuchać.
Czwartym zespołem był C4030. Pod specyficzną i podobno coś znaczącą nazwą kryje się projekt łączący w swojej muzyce elementy rocka, funky, jazzu oraz muzyki żydowskiej (klezmer). Zaskoczyła mnie ta grupa, nie spodziewałem się usłyszeć tak kapitalnych dźwięków – dość łagodnych, nastawionych bardziej na instrumentale niż na wokal, z dużą ilością oryginalnych pomysłów i niesztampowego podejścia.
Ludzi w tym czasie mocno ubyło, widać ludzie takich rzeczy nie lubią słuchać, a szkoda bo grali bardzo interesująco. Denerwuje mnie ta mentalność – przychodzimy na to, co znamy i lubimy, tudzież bo grają moi znajomi, a resztę po prostu olewamy, nie poznajemy niczego innego, bo po co… nie potrafię po prostu zrozumieć kompletnie takiego podejścia.
| C4030 |
Grupie należą się duże brawa za niebanalne teksty śpiewane po polsku i korzystanie z wierszy Czesława Miłosza (a przypomnijmy aktualnie mamy Rok Miłosza).
Fantastycznie też wychodzi chłopakom łączenie klezmerskiej tradycji z lekkim, popowym nawet bym powiedział brzmieniem, melodyjnym i wpadającym w ucho.
| Basista C4030 z flecikiem |
Wiele do życzenia pozostawia wokal, który na początku wydał mi się dziwny, nie pewny i trochę niepasujący, jednak później można się przyzwyczaić i chyba trudno wyobrazić sobie innego wokalistę. Momentami była to bardzo liryczna, melancholijna i smutna muzyka, okraszona pięknymi dodatkami: flet, harmonijka.
Gdyby dodać jeszcze akordeon w ogól byłoby cudownie. Obok Pomelo Taxi, to właśnie ten zespół wypadł najciekawiej i najbardziej zachęcająco do dalszej obserwacji.
Na koniec została zalewie garstka słuchaczy. Można powiedzieć, że występ ostatniego artysty był tylko dla wybranych. Libijski dyktator przebrał się za Michała Miegonia i wyszedł na scenę w szortach, złotej peruce i czapeczce, a następnie za pomocą samplerów i tym podobnych zabawek zaczął wyczarowywać dźwięki z pogranicza techno i elektro.
| Khaddafi |
Dalej już było to, w czym Goran czuje się chyba najlepiej – miotanie się po scenie, radosne podskakiwanie i śmieszne miny. Fantastyczny klimat udzielił się chyba wszystkim, którzy również zaczęli tańczyć w rytm muzyki Khadaffiego.
| Khaddafi |
Na koniec był nawet chilloutowy kawałek oparty na motywach Gregoriana… Co tu dużo mówić, Miegoń jest geniuszem, a na pewno człowiekiem niezwykle dowcipnym i niepozbawionym humoru i autodystansu do samego siebie.
Podsumowując, był to niezwykle udany i ciekawy ostatni dzień kalendarzowych wakacji.
To prawda, że wakacje trwają nadal – w nas wszystkich, ale dla wielu nie zmieni to faktu, że następnego dnia trzeba było iść do szkoły. Kogo ten zaszczyt omija we wrześniu, nie ominie w październiku niestety. Naładowany pozytywną energią na cały kolejny miesiąc miałem ochotę zrobić tylko jedno, wyjść na ulicę i krzyczeć – zupełnie jak w piosence grupy T. Love.
wtorek, 21 czerwca 2011
Relacja XII: Another(o) Concerto (Klub Ucho, 20 VI 2011)
Kolejny koncert młodych trójmiejskich zespołów, który odbył się w gdyńskim klubie Ucho. Pozwoliłem sobie nań wyskoczyć w ramach odskoczni od znajdującego się na półmetku koszmaru każdego studenta, czyli sesji. Wystąpiły trzy nieznane mi dotychczas zespoły: Pretty Scumbags, Ad Rem i Fala Libre (posłuchałem dwóch, ten trzeci grał ostatni, ale przyznam się, że wyszedłem przed końcem, nie mam bowiem obowiązku być na każdej kapeli, nawet jeśli zapłaciłem kosmiczną kwotę siedmiu złych na wstęp… niestety jestem strasznym sknerą) i zespół, o którym obiecałem przez jakiś czas nie pisać, (bo zaczęły napływać do mnie zażalenia od wielbicieli cukrzenia), czyli Blue Jay Way, (ale słowa tym razem nie dotrzymam, a przynajmniej nie w pełni znaczenia składanej deklaracji).
Jako pierwszy wystąpił Pretty Scumbags – zespół, który powstał rok temu w wyniku rozpadu dwóch innych grup. W założeniu chłopaki grają „brytyjską” odmianę indie rocka (pierwszy raz oficjalnie używam znienawidzonej nazwy), czyli zgodnie z wyznacznikiem gatunkowym wszystko i nic. Nie oszukujmy się, indie rock to śmietnik gatunkowy, zero konkretu i własnej inwencji, wszystko już gdzieś było, a podane jeszcze raz na nowo, „odgrzane” niczym w mikrofali i tak pozostanie zimne i niestrawne.
I tak niestety, moim zdaniem jest z grupą Pretty Scumbags… w graniu chłopaków brakuje świeżości, oryginalności i polotu. Takie grupy jak (nasz) gdyński Kiev Office, czy słynne Coldplay albo Muse stanowią piękne przykłady, że z takiego mieszania wszystkiego ze sobą można stworzyć rzeczy ciekawe i interesujące. Szkoda, że chłopaki z PS tego nie potrafią. Moim zdaniem przed chłopakami jeszcze daleka i kręta droga do przejścia – wypracować własny styl, przestać kopiować innych i przede wszystkim w ramach mocno chaotycznego i wyeksploatowanego gatunku znaleźć jakiś punkt odniesienia, coś, co będzie trzymało się całości, na razie jednak to, co grają chłopaki pozostawia wiele do życzenia.
Drugi zespół - Ad Rem (na zdjęciach), przyniósł zmianę stylistyki i w pewnym stopniu też nastroju, który zrobił się dość smętny i w większości wypadków powodował migracją na dwór. Ad Rem, najdłużej istniejący z występujących tego wieczora grup (od września 2009 roku) zaprezentował się zgoła interesująco. Nie powalił mnie, nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ale też nie pozostawił złych wrażeń. Przynajmniej nie tak mocnych i krytycznych jak w przypadku PS.
Kwintet grający luźną mieszankę bluesa, hard rocka i heavy metalu ma moim zdaniem, wiele wspólnego z legendarnym Motörhead, punk rockiem i stylistyką, którą w latach 70 zwykło się nazywać hard’n’heavy lub heavy’n’roll. Muzycznie zespół zaprezentował się znacznie lepiej i ciekawiej od chłopaków z PS. Słychać, że grają dłużej i przede wszystkim czują i wiedzą co grają. Zapach inspiracji jest wyraźny, ale grupa w pewnym stopniu wypracowała swój własny styl, któremu można zarzucić małą odkrywczość i brak oryginalności, ale na pewno nie to, że w graniu tym brakuje energii.
Interesujący, ale silnie przypominający barwą głosu Lemmy’ego (szkoda, że próbuje go kopiować, mógłby spokojnie wypracować własną stylistykę) wokalista po każdym utworze pytał publiczność: „Może być?”. No, może być, ale szczerze mówiąc spodziewałem się ze strony Ad Rem czegoś lepszego i ciekawszego. Na pewno jest spory potencjał w tej grupie, który przy drobnych modyfikacjach stylistycznych i wokalnych może sporo zyskać, grając tak jak teraz nie przetrwają za długo wygryzieni przez ciekawszą konkurencję (Psychollywood) lub rozpadną się z hukiem, czego wcale nie życzę. W każdym razie trzymam kciuki za chłopaków i liczę na ich rozwój i postępy w graniu.
Jako trzeci zagrali chłopaki z Blue Jay Way. Laureaci tegorocznej Gitariady, którzy (przy ostrej konkurencji i werdyktem surowego, ale sprawiedliwego jury) zdobyli zacne IV miejsce zagrali kolejny dobry koncert. W każdym razie mi jak zwykle bardzo się podobali, naprawdę nie mam nic do zarzucenia. Koncert BJW tym razem niemal zakończył się technicznym skandalem, kiedy to padł bas Filipa Arasimowicza, ale szybka interwencja obsługi Ucha przyczyniła się do pożyczenia basu od którejś z kapel, dzięki czemu koncert mógł zostać zakończony (pewnie nie do końca tak jak planowali, ale czasem tak bywa – perfidia rzeczy martwych). W tym czasie reszta zespołu broniła honoru jammowaniem i improwizacją, co wcale nie wyszło im źle. Raz jest lepiej a raz gorzej, tym razem trafiło, a szkoda, na tą drugą opcję. I jeszcze jedna uwaga odnośnie mojego ulubionego kawałka, utworu „Ostatnie tchnienie” – znów czułem jak po plecach przechodzą mnie ciarki… kawałek jest absolutnie kapitalny. Co z tego, że oparty na koncepcie „51” TSA (Tomek Besser śpiewał ten utwór w nieistniejącej już grupie Drifter), skoro jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych i najciekawszych ich utworów i za każdym razem wywołuje u mnie takie emocje…
Podsumowując: jedna zła kapela (kasacja albo radykalne zmiany), jedna dobra kapela (czas na drobną reformę), jedna świetna kapela (tym razem z problemami niezależnymi od nich) i jedna, na której nie zostałem – to dobry wynik, wieczór udany, choć mógł być bardziej. Za zespoły, nawet Pretty Scumbags, trzymam kciuki i liczę na dalszy ich rozwój.
Jako pierwszy wystąpił Pretty Scumbags – zespół, który powstał rok temu w wyniku rozpadu dwóch innych grup. W założeniu chłopaki grają „brytyjską” odmianę indie rocka (pierwszy raz oficjalnie używam znienawidzonej nazwy), czyli zgodnie z wyznacznikiem gatunkowym wszystko i nic. Nie oszukujmy się, indie rock to śmietnik gatunkowy, zero konkretu i własnej inwencji, wszystko już gdzieś było, a podane jeszcze raz na nowo, „odgrzane” niczym w mikrofali i tak pozostanie zimne i niestrawne.
I tak niestety, moim zdaniem jest z grupą Pretty Scumbags… w graniu chłopaków brakuje świeżości, oryginalności i polotu. Takie grupy jak (nasz) gdyński Kiev Office, czy słynne Coldplay albo Muse stanowią piękne przykłady, że z takiego mieszania wszystkiego ze sobą można stworzyć rzeczy ciekawe i interesujące. Szkoda, że chłopaki z PS tego nie potrafią. Moim zdaniem przed chłopakami jeszcze daleka i kręta droga do przejścia – wypracować własny styl, przestać kopiować innych i przede wszystkim w ramach mocno chaotycznego i wyeksploatowanego gatunku znaleźć jakiś punkt odniesienia, coś, co będzie trzymało się całości, na razie jednak to, co grają chłopaki pozostawia wiele do życzenia.
Drugi zespół - Ad Rem (na zdjęciach), przyniósł zmianę stylistyki i w pewnym stopniu też nastroju, który zrobił się dość smętny i w większości wypadków powodował migracją na dwór. Ad Rem, najdłużej istniejący z występujących tego wieczora grup (od września 2009 roku) zaprezentował się zgoła interesująco. Nie powalił mnie, nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ale też nie pozostawił złych wrażeń. Przynajmniej nie tak mocnych i krytycznych jak w przypadku PS.
Kwintet grający luźną mieszankę bluesa, hard rocka i heavy metalu ma moim zdaniem, wiele wspólnego z legendarnym Motörhead, punk rockiem i stylistyką, którą w latach 70 zwykło się nazywać hard’n’heavy lub heavy’n’roll. Muzycznie zespół zaprezentował się znacznie lepiej i ciekawiej od chłopaków z PS. Słychać, że grają dłużej i przede wszystkim czują i wiedzą co grają. Zapach inspiracji jest wyraźny, ale grupa w pewnym stopniu wypracowała swój własny styl, któremu można zarzucić małą odkrywczość i brak oryginalności, ale na pewno nie to, że w graniu tym brakuje energii.
Interesujący, ale silnie przypominający barwą głosu Lemmy’ego (szkoda, że próbuje go kopiować, mógłby spokojnie wypracować własną stylistykę) wokalista po każdym utworze pytał publiczność: „Może być?”. No, może być, ale szczerze mówiąc spodziewałem się ze strony Ad Rem czegoś lepszego i ciekawszego. Na pewno jest spory potencjał w tej grupie, który przy drobnych modyfikacjach stylistycznych i wokalnych może sporo zyskać, grając tak jak teraz nie przetrwają za długo wygryzieni przez ciekawszą konkurencję (Psychollywood) lub rozpadną się z hukiem, czego wcale nie życzę. W każdym razie trzymam kciuki za chłopaków i liczę na ich rozwój i postępy w graniu.
Jako trzeci zagrali chłopaki z Blue Jay Way. Laureaci tegorocznej Gitariady, którzy (przy ostrej konkurencji i werdyktem surowego, ale sprawiedliwego jury) zdobyli zacne IV miejsce zagrali kolejny dobry koncert. W każdym razie mi jak zwykle bardzo się podobali, naprawdę nie mam nic do zarzucenia. Koncert BJW tym razem niemal zakończył się technicznym skandalem, kiedy to padł bas Filipa Arasimowicza, ale szybka interwencja obsługi Ucha przyczyniła się do pożyczenia basu od którejś z kapel, dzięki czemu koncert mógł zostać zakończony (pewnie nie do końca tak jak planowali, ale czasem tak bywa – perfidia rzeczy martwych). W tym czasie reszta zespołu broniła honoru jammowaniem i improwizacją, co wcale nie wyszło im źle. Raz jest lepiej a raz gorzej, tym razem trafiło, a szkoda, na tą drugą opcję. I jeszcze jedna uwaga odnośnie mojego ulubionego kawałka, utworu „Ostatnie tchnienie” – znów czułem jak po plecach przechodzą mnie ciarki… kawałek jest absolutnie kapitalny. Co z tego, że oparty na koncepcie „51” TSA (Tomek Besser śpiewał ten utwór w nieistniejącej już grupie Drifter), skoro jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych i najciekawszych ich utworów i za każdym razem wywołuje u mnie takie emocje…
Podsumowując: jedna zła kapela (kasacja albo radykalne zmiany), jedna dobra kapela (czas na drobną reformę), jedna świetna kapela (tym razem z problemami niezależnymi od nich) i jedna, na której nie zostałem – to dobry wynik, wieczór udany, choć mógł być bardziej. Za zespoły, nawet Pretty Scumbags, trzymam kciuki i liczę na dalszy ich rozwój.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



