Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rockz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rockz. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 sierpnia 2011

Relacja po fińsku: Driller, Bob Malmström, Profane Omen (Rockz, 29 VIII 2011)


Jak mówi znane powiedzenie: Polak – Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki. W przypadku koncertu, który odbył się w ostatni poniedziałek sierpnia (i zarazem wakacji) w gdyńskim Rockzie, należałoby jednak powiedzieć: Polak – Fin dwa bratanki i do grania i do szklanki. Rzadko też ma okazje się gościć w Polsce, a zwłaszcza w Trójmieście i w klubie innym niż Ucho, zespoły zagraniczne, zwłaszcza te nieznane szerokiej publiczności, młode i istniejące od niedawna. Grupy fińskie zagrały razem z gdyńskim Drillerem i był to ich jedyny występ w Polsce – wydarzenie zatem nietuzinkowe.
Zanim powiem jak przebiegł koncert i wyłuszczę swoje spostrzeżenia, należy powiedzieć słów kilka o naszych fińskich gościach, czyli o grupie Bob Malmström i zespole Profane Omen.

Ten pierwszy powstał w 2010 roku jako reakcja na standardy i system, zgodnie z założeniami punkowymi. Nie chodzi jednak muzykom o biedę, zło i jaki system jest niesprawiedliwy, a o założenia wypływające z czystej radości życia, pozytywnego myślenia i hedonizmu.
Czego życzą swoim potencjalnym słuchaczom i fanom? Niech deszcz Don Perignion leje się z nieba, piękne dziewczyny tańczą przed Wami, wypasione bryki mkną ulicami prowadzone przez Was, a nie obok Was, a dobra materialne nigdy się nie kończą. – czytamy na stronie internetowej. – Jesteśmy jedynymi i niekwestionowanymi twórcami i królami borgarcore („burżuazyjny” core – gatunek muzyczny będący odmianą muzyki core’owej wymyślony przez Finów propagujący hedonistyczny, wystawny i bogaty tryb życia, często nowobogacki).
Celem zespołu jest stworzenie lepszego jutra, takiego w którym każdy uśmiecha się, z byle powodu. Ten niezwykle radosny i spontaniczny zespół składa się z czterech pozytywnie zakręconych muzyków: wokalisty Carolusa Aminoffa, basisty Carla Johana Langenskiölda, gitarzysty Olofa Palména i perkusisty Wilhelma Wahlroosa. Ubierają się w eleganckie garnitury (gitarzysta i wokalista), basista wygląda jak kapitan superluksusowego statku pasażerskiego (z rodzaju tych, które przybijają od czasu do czasu do Nabrzeża Prezydenckiego) a perkusista nosi drogie spodnie i eleganckie sweterki. Wszyscy czterej zarażają optymizmem i nieskończoną energią i radością życia.

Drugi powstał w 1999 roku z inicjatywy gitarzysty Janne Tolonena, perkusisty Länä Varjola, basisty Jukka Keisala i gitarzysty Bönde Pöllänen. Do zespołu dołączył wokalista Jules Näveri. Grający melodyjny heavy metal zespół nagrał w 2000 roku demo zatytułowane po prostu „Profane Omen”, a pod koniec tego samego roku kolejne „Bittersweet Omen”. W tym samym czasie odchodzi z grupy Pöllänen, który zostaje zastąpiony przez Williami Kurki’ego.
Początek 2001 roku przynosi trzecie demo zatytułowane „Fuck the Beast”, również w tym roku pojawia się kolejne wydawnictwo „Load Of Lead”. Z końcem roku 2001 z grupy odchodzą fundatorzy Tolonen i Varloja, którzy zostali zastąpieni przez perkusistę Mika Tanttu i gitarzystę Anti Kokkonen’a. Latem 2002 roku wydają swój pierwszy oficjalny materiał – epkę „Label Of Black”. Latem 2003 roku dochodzi do kolejnej zmiany w składzie: odchodzi dotychczasowy basista, a jego miejsce zajmuje Tompa Saarenketo, a w 2005 zaś zespół rozstaje się z perkusistą Tanttu, którego zastąpił Samuli Mikkonen. W tym składzie grupa gra do dnia dzisiejszego.
W sierpniu 2006 roku zespół nagrywa swój debiutancki album „Beaten Into Submission”. W 2009 powstaje kolejny album „Inherit the Void, a w międzyczasie zostaje wydana kompilacja utworów z dymówek i epek pod zbiorczym tytułem „The Past”. Premiera trzeciego pełnowymiarowego krążka grupy Profane Omen „Destroy” według strony internetowej to 28 września.

Koncert? Ciekawa sprawa w sumie. Pierwszy grał „nasz” Driller. Jakiś czas temu dość mocno pojechałem po tym zespole i chyba trochę niesłusznie. Gdyby ktoś mnie zapytał jak zagrali chłopacy z Drillera na pewno nie powiedziałbym, że tak samo jak zawsze (w domyśle chujowo). To, co pokazali na tym koncercie przerasta po prostu wszelkie pojęcie. Ten zespół dopiero na tym koncercie brzmiał i to nie jak podrzędny, garażowy zespół, który dorwał się do grania, tylko jak czołg, który bezlitośnie miażdży na swojej drodze wszystko, co napotka.
Częściowo nagłośnieni sprzętem własnym, a częściowo fińskim pokazali chłopacy pełnię swoich możliwości. Pokazali też Finom, że my Polacy tez gramy zajebistą muzykę.
Perkusja grała, gitary grały, nawet wokal wypadł jakoś zupełnie inaczej, nader ciekawiej niż poprzednio. Utwory? Własne i covery, jak zawsze, ale zagrane ostrzej, ciężej i mocniej – i w dodatku bardzo przyjemnie dla ucha. Odtwórcze? Na pewno, ale podane świeżo i przystępnie – Driller to kapitalny zespół do rozkręcania towarzycha pod sceną, po prostu do świetnej zabawy i niepozbawiony energii.

Drugim zespołem, który zagrał tego wieczora był Bob Malmström. Występ, poprzedzony fińskim hymnem narodowym, rozpoczęły potężne uderzenia riffów gitarowych i łomot perkusji. Hedonistyczna i energetyczna muzyka Finów wlewała się do uszu świetnym (ewidentnie fińskim – niesamowitym, magicznym i klarownym) brzmieniem.
O czym były (i są) piosenki nie wiem, fińskiego nie znam, ale nawiązali (zwłaszcza fantastyczny, naturalnie growlujący i screamujący, wokalista) kapitalną interakcję z publicznością, zwłaszcza z tymi, którzy pod sceną oddawali się pogowaniu. Każdy utwór był krótko omówiony i przedstawiony, a my odpłacaliśmy uczeniem Finów „polskich” słów w rodzaju: „napierdalać” i „kurwa” – piękny przykład doprawdy. Carolus z nieukrywaną radością jednak wypowiadał słowo „kurwa”, a na „napierdalać” odpowiedział ze zdziwieniem łamaną angielszczyzną: Napierdalać? I don’t really know what does it mean, but all right. (Napierdalać? Naprawdę nie wiem, co mają te słowa oznaczać, ale niech będzie). I napierdalali równo, że aż miło. Niezwykle energetyczna i zaprawdę hedonistyczna dawka ciężkich brzmień Finów dobiegła końca (utwory króciuchne, ale intensywne). Bardzo sympatycznie się mi gadało z Carolusem i kupiłem nawet ich debiutancki album, składający się z trzech numerów i bagatela tylko ośmiu minut (! - pięknie wydana płytka z małą, ale równie intensywną dawką muzyki – pełnowymiarowa w każdym razie może nie jest, ale cieszy równie wspaniale jak koncert grupy i stanowi obok wspomnień super pamiątkę). Jako pierwsi mieliśmy też okazję usłyszeć najnowszy kawałek grupy "Tala svenska eller dö".

Jako trzeci, a zarazem ostatni wystąpił Profane Omen. Grający specyficzną mieszankę death, black, groove i thrash metalu zespół szczerze mówiąc nie powalił mnie. Brzmiał rewelacyjnie i to, co było grane również było bardzo przyjemne dla ucha, ale było kompletnie nie odkrywcze. Wszystko już gdzieś było. Nie, nie było nudne, tylko po prostu skądś znane.
Najbardziej podobał mi się wokal Julesa Näveri’ego, który dysponuje niezwykłą skalą głosu – od łagodnych, spokojnych i szeptanych wokaliz po najróżniejsze odmiany growlu i screamu. Również i on podchwycił w mig słowo „kurwa”, które nawet przetłumaczył na fiński (w słowniku znalazłem słowo „huora”, ale kumpel twierdzi, że to było coś na „p”).

Wieczór był to niezwykły i magiczny. Był to chyba jeden z najwspanialszych koncertów w moim życiu, a na pewno jeden z najlepszych w tym roku. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Driller. Ten zespół tak właśnie powinien brzmieć i życzę im, aby dobrą tendencję udało się utrzymać (a obawiam się, że na kolejnym koncercie znów wyjdzie słabizna). Strasznie mnie denerwuje jednak zielone światło i dym, jakim Driller okrasza swoje występy - kompletnie nic nie widać, ale skoro to część scenicznego wizerunku, niech będzie. Zainteresował i poraził Bob Malmström, Profane Omen z kolei nie, ale nie pozostawił jakiś totalnie negatywnych wrażeń. Oba są warte uwagi dla wszystkich ciekawych nie tyle nowości, ile kolejnych świetnych zespołów z mroźnej Skandynawii. Ja jednak pewnie z niecierpliwością będę śledził karierę Malmströma.
Zadziwił mnie też fakt, że w tak małym klubie jakim jest Rockz, w którym zwykle jest tak marny dźwięk, wszystko brzmiało potężnie i soczyście. Kapitalnie też z klimatem, a zwłaszcza z twórczością Profane Omen współgrały powieszone na ścianach intrygujące, mroczne prace malarskie.
Cóż jeszcze? Więcej takich fantastycznych koncertów, więcej niespodzianek w postaci zespołów z zza granicy (nie tylko z północy) i jeśli w Rockzie, to tylko tak nagłośnionych, jak w ów deszczowy, mroczny, ale i radosny poniedziałek.

Wypowiedzi w tłumaczeniu własnym. Jeśli słowa są zmienione, ogólny sens został zachowany.

niedziela, 3 lipca 2011

Relacja XVI: Rock Nation vol. I (Rockz, Gdynia 30 VI 2011)

Kolejny koncert w gdyńskim Rockzie i po raz kolejny pozytywne wrażenia. Dobrze spędzony wieczór, nie tyle z grupą znajomych, ile przy dobrych zespołach to chyba najlepsze, co może się przydarzyć na koniec miesiąca, dobry początek nowego i prawie koniec tygodnia.
Trzy zespoły i trzy różne style, dwa z Gdyni i jeden z Gdańska. Z czego we dwóch grają osoby z którymi miałem styczność przy okazji szukaniu lub składaniu zespołu w którym mógłbym udzielać się wokalnie, niestety z żadnym skutkiem, choćby z tego względu, że wówczas jeszcze było dość nędznie. Ale to nie jest akurat ważne, nieważne też jakie to osoby, to pozostanie moją małą tajemnicą, bo najważniejsze są zespoły, które zagrały tego wieczora.
A zagrały takie zespoły jak: Option Hoax, Ad Rem i Dry.

Option Hoax


Zespół powstał w grudniu 2009 roku po rozpadzie Comanches Scream z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Łukasza Remisiewicza oraz gitarzysty Krzyśka Drzewieckiego. W kwietniu 2010 roku do zespołu dołączył basista Paweł Piwowarski, z nim i Krzyśkiem na perkusji zagrali dwa koncerty, ale z powodów artystycznych rozstają się z Pawłem, a jego miejsce zajął Szymon Browarczyk (ex – The Dionysos). W lipcu 2010 roku zespół znajduje perkusistę Oskara Handzlika, który po jakimś czasie opuścił zespół i został zastąpiony Rafałem Kozerą, a ten Kubą Jastrzembskim.
Zespół gra luźną mieszankę chwytliwego, melodyjnego rocka z brzmieniami alternatywy i metalu oraz post – rocka.

Tytułu pierwszego numeru nie dosłyszałem, ale zabrzmiał jak odrobinę łagodniejsza wersja sludge metalu w rodzaju grupy Kyuss z dość wysokim wokalem zamiast growlów.
Z kolei w utworze "The end of history”, który został zaprezentowany jako trzeci, odniosłem wrażenie inspiracji takimi grupami jak Pagan’s Mind czy Dreamscape. Potężne wejście oparte na ciężkich riffach i uderzeniach perkusji, a potem delikatne zwolnienie do mrocznego pochodowego tonu w klimatach space metalu (gatunku, który reprezentuje grupa Amplifier).
Rewelacyjny utwór, szkoda tylko, że krótki. Zabrakło rozimprowizowanych dłuższych instrumentali, które ubarwiłyby znacznie i tak bardzo ciekawy utwór.
Bardzo podobał mi się też przebojowy „Lonely Heart" z fantastycznym wibrującym basem. Ciekawie został też zaprezentowany cover utworu „Imagine” Johnna Lennona z lekko fałszującym wokalem (specjalnie jak sądzę, taki żarcik) i mocniejszym, pochodowym szlifie.
Gdzieś dało się nawet wyczuć zimno falowe podejście, które zapewne wcale nie jest takie odległe zespołowi, jeśli na basie gra Browarczyk.
Ostatni utwór (z jedenastu, które zaprezentowało Option Hoax) nosił tytuł „Walking” o ewidentnie progresywnej budowie – najpierw wolno i łagodnie a momentami odrobinę szybciej. Bujający, a jednocześnie jakiś taki dziwnie smutny.

To, co prezentuje Option Hoax nie jest specjalnie odkrywcze i nie wyważa grupa żadnych drzwi, ale nie można zaprzeczyć, że słucha się ich bardzo przyjemnie.
Ogromne brawa należą się grającemu na gitarze i śpiewającemu Łukaszowi Remisiewiczowi, który z powodu choroby porusza się na wózku. Mimo tej przeciwności bardzo ciekawie gra na gitarze i dobrze śpiewa – gratulacje za charyzmę i po prostu duży szacunek.
Niewiele osób stać na takie poświęcenie i oddanie się pasji mimo przeciwności na jakie się natrafiło niezależnie od siebie. Co do grania – dobrą i ciekawą drogą dla Option Hoax byłoby skręcenie w stronę stylistyki Amplifier, grupy która łączy ciężkie metalowe brzmienia z przestrzennym dźwiękiem, klimatem i czystym, dość wysokim wokalem.

Ad Rem


Grupę tę widziałem wcale nie tak dawno w Uchu. Miałem dość mieszane uczucia. W wypadku koncertu w Rockzie, który słynie z małej sceny i dość fatalnej akustyki (choć zdarzają się koncerty nagłośnione bardzo dobrze), zespół wypadł znacznie ciekawiej. Bardziej brudne i garażowe brzmienie znacznie lepiej wyszło w małym pomieszczeniu niż na dużej scenie Ucha.


Pierwszy utwór, którego niestety nie znam z tytułu, który stylistyczne zahacza gdzieś o stary klasyczny punk rock zapachniał mi kawałkiem „Już idziemy spać” zespołu WC.
Następnie został zagrany fantastyczny „Black Devil”. Bardzo ciekawie wypadł też utwór „A ty na pewno wiesz” odśpiewany razem z publicznością. Ad Rem zaprezentowało też utwór, o który fani zespołu się dopytywali, bo taki fajny, a dawno nie był grany, czyli „Papierowy motyl”. Nieco wolniejszy od pozostałych utworów zespołu, nie wywarł na mnie wrażenia. Nie zauważyłem nadzwyczajnej fajności tego kawałka, no ale słyszałem go pierwszy raz, może trza usłyszeć go więcej razy, żeby wyczuć to „coś”. Kapitalnie wypadły utwory „Stąd do wolności” i pędzący „Bez winy”. Przedostatni był utwór „do skakania”, czyli „Stać nas na więcej” i na koniec był jeszcze jeden szybszy kawałek.


Koncert grupy Ad Rem w Rockzie zdecydowanie bardziej się mi podobał niż ten z Ucha.
Tym koncertem udowodnili też chłopaki, że są zespołem ciekawym i konsekwentnie szukającym swojego brzmienia. Duży plus dla Mateusza, wokalisty zespołu, za to, że nie pytał się już publiczności po każdym kawałku: „Może być?” i za zdecydowaną poprawę stylistyki wokalu, który już tak bardzo nie przypominał mi Lemmy’go.
Jest to też zespół, przy którym można świetnie się bawić bo utwory, zwłaszcza te szybkie są dosłownie przesycone nieposkromioną energią i zapałem do fantastycznej zabawy. I oby tak dalej!

Dry


Początki zespołu sięgają marca 2009 roku. Styl grupy to połączenie rocka z lat 70 i 80 z funkiem, bluesem z naciskiem na hard rock. To, co wyróżnia zespół to zapomniane już trochę brzmienie organów Hammonda (niestety nie jest to model B5, tylko XK3).


Cóż, wiele słyszałem o tym zespole, o tym jaka to fantastyczna kapela i jaką kapitalną atmosferę potrafi zrobić. Niestety z mojego punktu widzenia wcale tak niesamowicie i ciekawie nie jest. Organy Hammonda niewątpliwie brzmią cudownie i dodają utworom zespołu niezwykłej energii, gdzieś dzięki temu czuć w powietrzu powiew dawnego Deep Purple. Również groteskowe, zdystansowane czy też raczej trochę kabaretowe podejście do grania wypada intrygująco – wokalista noszący dresowy kombinezon i dosłownie uprawiający gimnastykę nie tylko na scenie, ale i poza nią i rzucający dowcipne teksty w rodzaju: „Ubrałem kombinezon jak Elvis. A teraz słuchaj tego szajsu, ziom” czy „Dziękuję wszystkim za ten ekskluzywny wieczór w wyselekcjonowanym i tak doborowym towarzystwie”. No to jest ciekawe. Nie da się ukryć, że aktorstwo wokalisty jest przednie i moim zdaniem obok klawiszy chyba najciekawsze z całości.
Gitara Adama Neubauera ma też bardzo ładne, soczyste brzmienie. I właściwie na tym się kończy, bo utwory jak dla mnie są kopią choćby właśnie dawnego Deep Purple (z okresu MK 2 i MK 3). Zupełnie brakuje tutaj świeżości, własnego pomysłu, wszystko już gdzieś było, taki utwór „Haszysz” zawiera przecież tony klawiszy ewidentnie wyjęte z Deep Purplowych pasaży koncertowych z choćby kawałka „Space Truckin’”. Szkoda, bardzo szkoda.

Dry nie powalił mnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to zespół zły. Jest to bardzo dobry zespół, tylko bez własnej tożsamości i pomysłu. Odgrzewa to, czego już się nie da odgrzać, a przynajmniej nie w takiej formie. Uważam też, że klawiszowiec się w tym zespole po prostu marnuje - słychać, że chłopak grać potrafi i wyraźnie inspiruje się stylem Lorda, ale niestety w Dry ma mało do pokazania, gdzieś indziej rozwinąłby skrzydła mocniej, tymczasem jest według mnie najciekawszym instrumentalistą w zespole. Nie bardzo też jakoś mam ochotę by ponownie zetknąć się z tą grupą.

niedziela, 26 czerwca 2011

Relacja XIV: Tone Shot Metal Fest Vol. I (Klub Rockz, 25 VI 2011)

„Apetyt rośnie w miarę jedzenia” – to powiedzenie zna każdy, zauważyłem jednak, że powinno się powiedzieć: „Zainteresowanie rośnie w miarę bywania”. Dotyczy to nie tylko mojego bloga, ale także młodych zespołów, które dotąd z niewiadomych powodów nie zdążyły się wybić, zaistnieć bardziej niż lokalnie. Im więcej się będzie pisało i promowało młode grupy, im więcej będą grać, tym większe są bowiem szanse, że zainteresowanie ich graniem urośnie do podpisania kontraktów ze światowymi labelami produkcyjnymi, a nawet koncertów obok największych sław gatunku w jakim się obracają.
Wychodząc z takiego założenia, nie tylko z czystej ciekawości, ale również z chęci posłuchania bardziej ekstremalnych odmian muzyki metalowej, wybrałem się do gdyńskiego Rockza. Nie zawiodłem się. Cztery zespoły, cztery nieco inne podejścia i tylko jeden, który moim zdaniem odstawał od całości. I do tego jeszcze trzy zespoły, które jak przystało na prawidła gatunku, rozwaliły mnie i dosłownie zmiotły z powierzchni ziemi.

1. Influence


Grupa powstała w październiku 2008 roku w Goleniowie, miejscowości pod Szczecinem. Muzycy łączą w swojej muzyce techniczny death metal z elementami progresji. Zespół ma fantastyczne podejście marketingowe zakładające organizowanie koncertów w kraju i za granicą na zasadzie tak zwanej wymiany, zarówno z grupami polskimi, jak i zagranicznymi.
To zespół otwarty na współpracę i nie zamykający się w sztywnych regułach gatunkowych, grający z pasją i z pomysłem na rozwój zarówno swojego, jak i innych zespołów.
Jak to w regułach gatunku bywa, tytuł utworu jest odpowiednio przedstawiony, a zatem wycharczany i nie do usłyszenia (na pewno nie przy pierwszym zetknięciu i to w dodatku koncertowym). Z tej oto przyczyny trzeba się skupić na warstwie muzycznej.
Obok bardzo dobrych melodii i ciekawych riffów, na plus trzeba zaznaczyć świetny growlowany wokal i bas, który najczęściej ginie pomiędzy gitarami, jednak tu był idealnie słyszalny i co najważniejsze grał swoje, a nie tylko powtarzał to, co grają gitary.
Żałuję, że nie mogę opisać konkretnych utworów, nie tylko dlatego, że nie udało mi się uchwycić tytułów poszczególnych kawałków, ale również dlatego, że zespół zagrał najkrócej ze wszystkich kapel wieczora. Było to raptem sześć utworów, ale pod każdym względem dopracowanych i brzmiących bardzo ciekawie i mocno. Szkoda, że grali tak krótko, całość występu grupy Influence nie trwała chyba nawet pół godziny…

2. Sincretic


Zgodnie z nazwą gdański zespół skupia w sobie różnorodne podejście do granej muzyki i zróżnicowany growlowany wokal. Znajdziemy to zarówno elementy melodyjnego death metalu, jak również tradycyjnego, technicznego death metalu, a nawet elementy wyraźnie zbliżające się do muzyki progresywnej. Podobnie jak w przypadku Influence, tytuły kawałków były niezwykle trudne do uchwycenia, więc jeśli je uchwyciłem, to podaję je tak jak usłyszałem.
Pierwszy kawałek z rosnącym wejściem i po chwili mocne uderzenie z kapitalnym growlem uzupełnionym ciekawym screamo. Drugi kawałek o podobnej konstrukcji z fantastycznym „szeptanym” zwolnieniem. Zaraz potem wokalista oznajmuje, że „przyjechali tutaj rozpierdolić tę budę”. Naturalnie, do rozpierdolenia budy nie doszło, ale na pewno moc i niesamowita energia zawarta w kompozycjach grupy mogłaby klub rozwalić, ograniczenia wynikające z „dobrego zachowania” jednak do tego nie dopuściły. Niewątpliwie słuchacza takie granie może rozwalić w kontekście zadowolenia z słuchanej muzyki, i muszę przyznać, że bardzo mi się ten zespół spodobał. Fantastycznie wypadł wibrujący i narastający z każdą sekundą „No eyes at the day”. Po prostu miazga. Duży plus należy się grupie Sincretic za utwory po polsku. „Po czasach ciemności przychodzi światło. Utwór nosi tytuł: „Bóg Ciemności. Światło.” – powiedział wokalista i nastąpiło klimatyczne wolne, akustyczne wejście, jednak to była zmyła, zaraz nastąpiło przepiękne przypierdolnięcie na całego. Utwór zapachniał mi niektórymi dokonaniami naszych innych (już słynnych) polskich kapel takich jak Vader, Kat czy nawet Frontside. Drugi polskojęzyczny utwór nosił z kolei tytuł „Na płomieni stos” i opowiadał o tym, że „wszystko co dobre, prawe i sprawiedliwe spłonie na stosie”. Znów była moc. Gdyby pod sceną było pogo, a przy takim graniu powinno być, rozpętałoby się prawdziwe piekło. Naszła mnie wtedy też refleksja, że z przyjemnością usłyszałbym „Lucifera” Tadeusza Micińskiego w wykonaniu grupy Sincretic (moim zdaniem wersja Behemotha straszliwie zniekształca piękno tego niesamowitego wiersza, jest nudna i pozbawiona potęgi, a w dodatku okrojona – utwór ma przecież dwie części…).
Kolejne utwory z kolei skojarzyły mi się z twórczością Dark Tranquillity – jakiś taki wolniejszy i melodyjny, bardziej progresywny szlif, z którego ta grupa słynie dał się usłyszeć zwłaszcza po słowach wokalisty: „Koniec z napierdalaniem, nawet Szatan musiał odpocząć”.


Co wcale nie znaczy, że był to koniec koncertu, wtedy właśnie nastąpiło kolejne pierdolnięcie. Utwór „The sound of our scream” i kapitalny utwór „G.O.D” (thrashowe frazowanie i sieka) zwieńczyły występ zespołu. Fantastyczny występ, fantastycznego zespołu.
Zabrakło mi jedynie wstawek z czystymi wokalami (nie musi ich być wiele, tak tylko dla kontrastu) i ewentualnie chórków, które z powodzeniem mogliby wykonać bardzo dobrzy gitarzyści grupy.

3. Driller

Najmniej pasujący do całości zespół, powstał w Gdyni w 2009 roku z inicjatywy braci Wojtka (wokal, bas) i Marcina (wokal wspierający i gitara) Andrzejewskich. Z początku miał to być projekt w klimatach rock’n’rolla, jednak okazało się, że do ich muzyki zakradły się elementy thrash metalu. Wraz z perkusistą Tomaszem Dembkiem rozpoczynają intensywną działalność koncertową. W styczniu 2010 roku widziałem tę grupę w Uchu na koncercie WOŚPu (na tym samym co pierwszy raz widziałem Hurricane), nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć.
W kwietniu tego samego roku do zespołu dołącza drugi gitarzysta – Rafał Mołocznik i zostaje nagrana debiutancka płyta „Hell Trucker”, która zbiera pozytywne opinie, a sam zespół został nawet przyrównany do Slayera (!). Aktualnie zespół pracuje nad nowym materiałem.


Driller anno domini 2011 to zespół znacznie ciekawszy niż półtora roku temu z kilku względów. Przede wszystkim: drugi gitarzysta, który fantastycznie uzupełnia utwory i wypełnia lukę brzmieniową, która w wypadku takiego grania jest bardzo słyszalna gdy jest jeden gitarzysta i (niestety wciąż jeszcze słabo słyszalny) bas.
Drugi powód inności to brzmienie właśnie, jest dojrzalsze, mocniejsze i bardziej przemyślane.
Jest też istotny problem z tym zespołem, a mianowicie niezbyt konsekwentne podchodzenie do kwestii gatunkowych (z jednej strony dobrze, z drugiej źle), gra się bowiem albo cięższego rock’n’rolla albo thrash metal, łączenie dwóch bardzo odmiennych stylów chyba jeszcze nikomu nie udało się w pełni dobrze. Nie można jednak wykluczyć, że jest to granie energetyczne, ciężkie i z dużą dawką tak zwanych jaj.


Dużą wadą jest także, moim zdaniem, koszmarny wokal Wojtka – suchy, bez wyczucia i na jedno kopyto, zupełnie nie pasujący do grania. Nie podoba mi się tez ciągle powtarzana fraza „napierdalamy” – skoro wszyscy słyszą, że napierdalają to, po cholerę to powtarzać? Jest to wokal meczący i jest nie do odróżnienia w każdym utworze (zupełnie jakby pod różnymi kawałkami był ten sam tekst i linia wokalna, a przecież tak nie jest).
Perkusista: pod względem technicznym nie można niczego zarzucić - gra, czy też raczej łomocze swoje, ale w porównaniu z perkusistą poprzedniej kapeli nie potrafi zupełnie zbudować klimatu. Z kolei obaj gitarzyści, według mnie, marnują się w tym zespole…
Driller zaprezentował obok swoich własnych kompozycji (te thrashowe zapachniały nawet Sepulturą okresu środkowego, wczesnym Soulflyem, czy nawet solowym projektem Derricka Greena kongenialną grupą Musica Diablo) własne interpretacje „Ace of Spades” Motörhead (zacna wersja, ale czemu naśladować Lemmy’ego? Można zaśpiewać to po swojemu przecież) czy słynne „Blood Rain” Slayera, coverowane choćby przez Vadera.

Drillerowi brakuje, moim zdaniem, oryginalności i własnej tożsamości, wszystko bowiem już gdzieś było, a odgrzewany kotlet nie jest najlepszym rozwiązaniem. „Polski Slayer” – no można tak powiedzieć, ale sądzę, że jest to jeszcze trochę górnolotne określenie. Przed tym zespołem jeszcze sporo „drążenia” i poszukiwania własnej drogi, ale jestem przekonany, że droga, którą wybiorą w najbliższym czasie zaprowadzi zespół ku lepszemu, na razie jest ogromny postęp w stosunku do roku poprzedniego, ale wciąż nie jest to do końca to, czego by się oczekiwało po zespole łączącym metal z rock’n’rollem i przyrównywanym do Slayera właśnie…

4. Manslaughter


Początki tego gdyńskiego zespołu sięgają 2007 roku, kiedy to zespół powstał z inicjatywy gitarzysty Carriona i perkusisty Mary’ego. Rok później dołączył do nich drugi gitarzysta Grall a w sopockim Long Train Studio (obecnie Music Saloon) zostaje zarejestrowany debiutancki materiał na tak zwane potrzeby własne. Nieco później do grupy dołącza basista Ponchek i wokalista Sinner. W pełnym składzie, w roku 2009 roku zespół nagrywa oficjalną debiutancką płytę pod tytułem „Prelude to Sonic Destruction”. Obecnie zespół szuka wytwórni muzycznej i przygotowuje materiał na drugie wydawnictwo, które planowane jest na ten rok.

Manslaughter od razu rozpoczęło z grubej rury huśtającymi ciężkimi riffami i bardzo interesującym, „szczekanym” growlem. I tym razem nie dosłyszałem tytułu, ale już pierwszy zaprezentowany utwór mnie zainteresował, a dalej było tylko ciekawiej. Większość utworów, które zagrała grupa były ich autorskimi kompozycjami, o dość wolnej ale ostrej, miażdżącej konstrukcji. Zgodnie z nazwą zespół dosłownie zarzyna kapitalnymi pomysłami i rozwiązaniami podejmowanymi w kolejnych kawałkach.
Właśnie muzyka w Manslaughterze podoba mi się najbardziej, wokal podobał mi się trochę mniej, z początku bowiem wydawał się trochę drażniący, ale z łatwością przyzwyczaiłem się do niego w trakcie koncertu. Nie obyło się bez coverów, zagranych znacznie ciężej niż oryginały i trzeba przyznać, że bardzo, bardzo interesująco. I tak obok utworu grupy Sodom został zagrany kawałek Testamentu (który z podobnymi brzmieniami wszak eksperymentował w ostatnich latach).
Niestety z racji niezrozumiale wypowiadanych tytułów, również i tu nie jestem w stanie określić szczególniej konkretnych kawałków, ale wszystkie bez wyjątku zostały zaprezentowane miażdżąco i z ogromną dawką mocy i szatańskiej wręcz energii.
Absolutnie rewelacyjny koncert i absolutnie rewelacyjny zespół, uważam nawet, że najciekawszy z wszystkich, które zaprezentowały się tego wieczora w Rockzie.


Podsumowując, był to koncert niesamowity i przedstawił zespoły znakomite i bardzo interesujące, konsekwentnie „wyrąbujące” sobie drogę do czegoś więcej niż zaściankowego grania po małych klubach (a takim niestety jest Rockz), które mają szanse na zaistnienie i wybicie poza obręb naszego kraju i koszmarnie słabo rozwiniętego rynku muzycznego.
Z death metalem jest jak z bluesem – tę muzykę trzeba poczuć, aby zrozumieć. Trzy zespoły (Influence, Sincretic i Manslaughter) zdecydowanie czują i rozumieją to granie, są w stanie pociągnąć energią płynącą ze sceny do rewelacyjnej zabawy. I tylko jeden odstawał od całości (bardziej stylistycznie, aniżeli umiejętnościami), ale zawsze jednak. Trochę szkoda.
I tak: Influence przy ciekawym podejściu do grania ma kapitalny pomysł na promowanie siebie i innych zespołów. Sincretic łącząc skrajne inspiracje tworzy muzykę ze świetnymi tekstami i niebanalnym przekazem (co w death metalu wcale nie jest takie oczywiste).
Driller ma przed sobą jeszcze długą drogę i wiele do zmienienia, ale jest to grupa, która jest w stanie się wybić dzięki determinacji, wytrwaniu i charyzmie, której nie można grupie zaprzeczyć. I wreszcie Manslaughter… wiem jedno, o tym zespole będzie jeszcze głośno.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Relacja XI: Blue Jay Way (Klub Rockz, Gdynia, 9 VI 2011)

Gdyński klub Rockz, dawna Anawa, słynie z małych koncertów, w czasie których prezentują się lokalne młode zespoły, rzadziej większe, znaczące grupy, żeby wymienić choćby Enej czy Lipali. Tym razem odbył się koncert grup Blue Jay Way i Riverhead. Obie grupy pochodzą z Gdyni, lecz reprezentują nieco inne podejście do muzyki. BJW znane jest ze swojego fantastycznego podejścia do hard rocka w stylu lat 70, Riverhead zaś z bluesowych interpretacji standardów. Pierwsza na dniach ma wydać debiutancką epkę, a drugi nie tak dawno prezentował się też na Gdynia Blues Festiwal, organizowanym przez gdyński Blues Club. Pierwsza to jeden z moich najbardziej ulubionych i z uwagą śledzonych w ostatnim czasie grup, a drugi wywołujący raczej mieszane uczucia, który sobie po prostu podarowałem.


BJW grało jako pierwsze, a potem na scenie zaczął się rozstawiać Riverhead. Jednak skoro Riverhead nie słuchałem i nie podoba mi się granie tego zespołu (grają dobrze, wokal też jest bardzo sympatyczny, szkoda tylko, że grają standardy), przejdźmy do wrażeń z jak zwykle bardzo dobrego koncertu BJW. Zanim jednak to uczynię, chcę zauważyć pewien istotny fakt. To, że o niektórych zespołach pisze częściej, o innych rzadziej lub wcale, o niczym nie świadczy, to nie jest żadna faworyzacja czy coś w tym rodzaju, czasami tak po prostu jest. O jednych zespołach pisze się częściej i z ogromną satysfakcją, a o innych rzadziej lub wcale, bo niekoniecznie na to zasługują, choćby właśnie z faktu nie podchodzenie do gustu czy nie bywania na każdym koncercie. Na BJW bywam często, bo ich po prostu lubię.
Chłopaki zastanawiają się też, czy moje liczne wynurzenia i zachwyty nad ich graniem nie są „troszkę naciągane” czy „pocukrzone” na potrzeby takowego pisania czy dlatego, że ich znam (od pewnego czasu również osobiście) i chcę się przypodobać. Otóż śpieszę donieść, co podkreśliłem też chłopakom, że nie są. Zwykłem mówić i pisać to, co myślę, a myślę zwłaszcza o tym, co naprawdę mi się podoba. BJW podoba mi się właśnie w taki sposób. Gdyby coś mi nie pasowało w bieżącym czasie, lub w przyszłości na pewno bym o tym napisał, lub o tym napiszę. Tak jak z tym „utworkiem-potworkiem” po tytułem „Nic” (również zaprzyjaźnionej ze mną) grupy Blind Crows, który od jakiegoś czasu wieńczy ich koncerty. Nie podobał mi się on i szczerze mówiąc, choć po ostatnim koncercie w Parku Oruńskim (w Gdańsku), którego nie opisałem, jest duża i znacząca poprawa, nadal nie podoba. Za co również w tym miejscu, bo zrobiłem to już osobiście, przepraszam Agnieszkę – perkusistkę zespołu. Ale tak właśnie już czasami jest. Jedne rzeczy się podobają, a inne nie. Tyleż. Przejdźmy do najważniejszego tematu tej relacji, czyli do koncertu Blue Jay Way.


W wyjątkowo spartańskich warunkach, jakie reprezentuje Rockz (strasznie mała scena, beznadziejna akustyka pomieszczenia, niezbyt dobre nagłośnienie i kiepskie oświetlenie) BJW zagrało odrobinę gorszy koncert niż ostatnio, ale tylko ze względu na kwestie techniczne, które były za mocno podkręcone, bucząco-rzeżące, czyli należące do tych z rodzaju „mały zespół=gorsze nagłośnienie” – takiego podejścia nie znoszę. Nie mam porównania, czy tak jest na każdym koncercie w Rockzie, a zwłaszcza na tzw. większych koncertach, bo rzadko bywam w tym klubie, choćby z tego względu, że mają marny według mnie repertuar, a perełki dosłownie graniczą ze świętem, lub przysłowiowym cudem.
Wracając do BJW, koncert rozpoczęła kompozycja „A niech ma”. Zaraz potem chłopaki zagrali „Sieć”. Jeden z moich ulubionych utworów tym razem przykuł moją uwagę, mimo marnego nagłośnienia, kapitalną techniką gry Tomka Peteckiego. Z miejsca gdzie przysiadłem miałem na niego świetny widok i muszę zauważyć, że chłopak naprawdę ma talent i bez wątpienia jest jednym z lepszych młodych perkusistów, jakich słyszałem
(i widziałem na żywo). Następnie zagrali balladę, której tytułu nie dosłyszałem, z racji ewidentnych braków nagłośnieniowych, które w wyniku dudnienia, trochę nierównomiernie odbijało dźwięk, przez co czasami to, co Tomek Besser mówił do mikrofonu lub do niego śpiewał ginęło gdzieś w eterze. Pewnie taka specyfika klubu…


Następnie zabrzmiało „Pierdolone życie”, a zaraz po nim fantastyczne i również moje ulubione „Pragnę Cię” i jeden z pierwszych usłyszanych przeze mnie kawałków BJW - „Sex”. W tym miejscu Besser oznajmia, że jest to ich dwudziesty koncert.
A ktoś obok mnie ze zdziwieniem rzucił: „Dopiero?”. Cóż, może i dopiero, ale w ciągu roku istnienia zyskać sobie wierną i ciągle rosnącą publiczność, i z koncertu na koncert grać coraz lepiej i coraz bardziej obiecująco, a w dodatku zostać finalistami tegorocznej Gitariady… uważam, że to spore osiągnięcie.


Siódmym utworem, który zagrali było „Spieprzaj” z nieco dłuższym gitarowym środkiem i zaimprowizowanym zabawianiem publiczności z racji zepsucia się krzesełka przy perkusji (dobrze, że akurat w tym numerze), a następnie mój absolutny faworyt, zagrany bodajże po raz trzeci w karierze BJW, „Moje ostatnie tchnienie” – fantastyczna i przejmująca ballada o śmierci. Następnie zagrali „Opętanego” i na bis zabrzmiał jeszcze kawałek „Taki sam”.

Podsumowując, wyszedłem z koncertu zadowolony. Już podkreśliłem to wcześniej, ale powtórzę to i tutaj, a mianowicie, że BJW z koncertu na koncert jest coraz lepsze.
Z nimi jest jak ze starym winem, im dłużej leżakuje i dojrzewa, tym lepsze. I liczę na to, że nie jest to tylko tymczasowa tendencja wzrostowa, bo chłopaków stać na dużo i kolejnymi koncertami, nawet w spartańskich warunkach Rockza, potwierdzają swoją klasę.
To, co robią, to jak grają, jest przepełnione pasją i zaangażowaniem, które widać i słychać.
Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, że gdy słyszę wokal Bessera przechodzą mnie dosłownie i w przenośni ciary na plecach… (a przecież jestem do licha heteroseksualnym facetem). Był to mój (dopiero) czwarty koncert BJW (i żałuję, że dopiero), ale wcale nie mam chłopaków dosyć, bo słucham ich z ogromną przyjemnością i satysfakcją. Nie jestem jakimś (zidiociałym) jurorem w kretyńskim programie nadawanym w paśmie największej oglądalności, ani (jeszcze) żadnym wielkim autorytetem muzycznym (jak redaktor Kaczkowski), ale jestem (po raz kolejny) na tak. Bez cukrzenia i „dopisków, bo tak wypada”, czy aby się przypodobać. Naprawdę.
I wiecie, co jeszcze? Jestem z nich dumny. Jestem dumny z tego, że na moich oczach (i w moich uszach), czy też raczej naszych, rodzi się legenda - Legenda grupy Blue Jay Way…