Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blue Jay Way. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blue Jay Way. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 grudnia 2012

Lupus Winter Fest II (17.01.2013, Hi-Fi, Gdańsk)


Dokładnie 17 stycznia 2011 roku na łamach bloga LupusUnleashed znalazł się pierwszy wpis, a w rok później (18.02.2012 w gdańskim klubie Infinium) z miesięcznym poślizgiem z przyczyn technicznych odbyła się pierwsza edycja Festu. W ciągu tych dwóch lat wydarzyło się wiele dobrego, przeprowadziłem kilka ciekawych wywiadów i przesłuchałem masę świetnych płyt. Podobnie jak w zeszłym roku pragnę zaprosić wszystkich na koncert będący hołdem dla Was - słuchaczy i czytelników, ale także dla zespołów.  

Z tej okazji 17 stycznia 2013 roku w gdańskim klubie Hi-Fi odbędzie się druga odsłona LupusWinterFest - specjalnego koncertu z okazji dwóch lat istnienia bloga. W poprzednim hasłem przewodnim była różnorodność naszego trójmiejskiego środowiska muzycznego, w tym roku postawiłem na gatunek jakim jest szeroko pojęty heavy metal, związku z tym wystąpią następujące trójmiejskie zespoły: Sinsinate, Hateseed, Stealer i Carnage.

czwartek, 24 listopada 2011

RXXVI: Blue Jay Way, Mandalor, Shadowsight (23 XI 2011, Ucho, Gdynia)

Trójmiasto wzbogaciło się o kolejny bardzo ciekawy zespół. Obok grup, które konsekwentnie budują swoją reputację i należą niewątpliwie do najważniejszych młodych zespołów Trójmiasta, zaprezentował się pierwszy raz zespół Mandalor. Ciężko stwierdzić, kto był największą gwiazdą tego koncertu – wszystkie pokazały klasę i zagrały bardzo dobrze. No, ale zacznijmy od początku.

Filip Arasimowicz
Najpierw wystąpił zespół, który poniżej pewnego poziomu nie zejdzie chyba nigdy. Blue Jay Way zaprezentował utwory znane chyba już wszystkim, jak również zupełne nowości. Na początek „Zabójcze maszyny” – jeden z najświeższych kawałków, a później obok hitów jakimi są „A niech ma”, „Pierdolone życie”, „Amerykański” czy „Pragnę Cię” również inne nowości: „Utopijny świat” i bardzo interesujące ostre „Cztery Ściany”. 
Tomek Besser
Nie zabrakło też zawsze fantastycznego utworu „Ostatnie tchnienie” – przy którym nie mogło się obyć bez ciarek na plecach - co jest takiego w tym utworze? Nie wiem, ale należy do moich najbardziej ulubionych utworów BJW, obok „A niech ma” i dawno nie granego już „Opętanego”. Zagrali trzynaście numerów, jako ostatni wybrzmiał „Rock’n’roll” po czym udostępnili scenę chłopakom z Mandalora.


O tym drugim zespole trzeba napisać nieco więcej. Mandalor powstał z inicjatywy gitarzysty Piotra Ryżyńskiego i perkusisty Damiana Ciupińskiego. 
W październiku 2010 roku do duetu dołączył drugi gitarzysta – Dominik Niklas. Przez jakiś czas wokalistą zespołu był Mateusz Styk, jednak ten odszedł z zespołu, by dołączyć do Babiaków.
Piotr Ryżyński

Nieco później do Mandalora dołączył basista – Michał Geratowski. Z nowym wokalistą jednak Mandalor miał większy problem i szukali go ponad trzy miesiące i w końcu stanowisko gardłowego objął Oskar Charuta. Minęły cztery miesiące i Mandalor postanowił pokazać się na żywo. Nazwa grupy to z kolei gra słowna – odnosząca się zarówno do Mandalorian z Gwiezdnych Wojen, ale również do słowa „mandala” pochodzącego z religii hinduskiej, które jest odpowiednikiem chrześcijańskich ikon. Samo słowo oznacza zaś zdrowie, szczęście. Nie da się Mandalora jednoznacznie zaszufladkować, bowiem to, co chłopaki grają, wymyka się wszelkim klasyfikacjom – i bardzo dobrze, bo wcale nie miałem zamiaru przymierzać się do ustalania stylu. Nie oto przecież chodzi, żeby z góry wrzucać kapelę do worka z etykietką. Jak mówi gitarzysta grupy Piotr Ryżyński: Gramy co nam wpadnie do ucha i dobrze nam idzie. Nie ma w tych słowach ani krzty przekory, bo faktycznie dobrze im idzie. Ich granie to luźna mieszanka post-metalu z hard rockiem, punkiem, popem a nawet rapem. Gdzieś przemykają nawet stoner i groove metalowe skojarzenia – w każdym razie jest energetycznie, brudno i ciekawie.
Michał Geratowski

Mandalor zaprezentował zaledwie osiem kawałków – wszystkie jednak były ich własnymi kompozycjami, co już pokazuje zespół w bardzo dobrym świetle, że nie brali na warsztat żadnych coverów, tylko od razu uderzyli własnym pełnym setem. Trzy utwory zasługują na szczególne zauważenie, a przynajmniej mi właśnie one najbardziej wbiły się w pamięć. Pierwszy z nich to znany już niektórym z wrzuty bardzo interesujący „Pasożyt” – szybki, pędzący riff, chwytliwa melodia i świetny tekst. Rys lat 70 i 80 przywołujący polskie legendy takie jak TSA czy Turbo – rewelacja. Bardzo podobał mi się „Plan B” – równie przebojowy i szybki, momentami zbliżający się do punk rocka potraktowanego pustynnym niskim brzmieniem. Mateusz Fudala - gitarzysta zespołu Call The Fire Brigade powiedział mi niedawno, że u nas w Trójmieście powoli robi się zagłębie stonerowego grania. I coś w tym jest, Mandalor bowiem daleko do takiego grania nie ma, a na pewno gdzieś w kategoriach stoneru mieści.

Damian Ciupiński
Oskar Charuta
Dominik Niklas














Ciekawą odskocznią był nieco lżejszy utwór „Adrenalina”, w którym tekst został… zarapowany. On również bardzo dobrze zabrzmiał. Cóż jeszcze… duży plus za polskie teksty, bardzo dobra gra Ciupińskiego na perce, interesujący i sprawny wokal Oskara – więcej zadziorności i pewności siebie nie zaszkodzi i małe zastrzeżenie do postawy Dominika Niklasa – więcej ruchu, stać jak kołek przez cały czas, podczas gdy gitarzysta, basista i wokalista są w ruchu trochę nie wypada, no ale czepiam się.
Mandalor wszak debiutował – więc stres i spina swoje zrobiła, ale nie zmienia to faktu, że dali bardzo dobry, interesujący koncert. Trzymam kciuki za Ryżego i jego Mandalora – o tej kapeli pewnie będzie jeszcze głośno, a Blue Jay Way powinno mieć się na baczności, pojawił się poważny konkurent!

Ostatni zagrał zespół Shadowsight, który powrócił po kilku miesiącach milczenia w nowym, aczkolwiek tymczasowym składzie. Na perkusji wystąpił gościnnie Damian Ciupiński (gratulacje za wytrzymanie dwóch pełnych setów bębnienia) oraz basista Miłosz Gasiuk.
Miłosz Gasiuk
Na zgranie się zespół miał niecały miesiąc i ograniczony czas prób. 
(Patrząc od lewej) "Fiefiur" i Michał
Sądzę jednak, że wyszedł z tego fantu obronną ręką. Czy też raczej rękami. Na początek potężny „Nemesis”, następnie ani na moment nie zwalniający tempa „Marauders”, zaraz po nich melodyjny i pachnący Iron Maiden „Where The Eagles Fly”, nie zabrakło też zaśpiewanego przez "Fiefiura" (gitarzystę i współzałożyciela grupy) przebojowego i odśpiewanego razem z publicznością „Marco Polo” i utworów z najnowszej epki zespołu w tym również bardzo dobrego numeru „The Valley of Elah” inspirowanego biblijną przypowieścią o Dawidzie i Goliacie. Koncert zakończył numer „Pirates of the West”. Pomiędzy kolejnymi utworami zostały również zaprezentowane solówki – gitarowa Michała Marcinkowskiego oraz perkusyjna Ciupińskiego.

Finito koncertu Shadowsight
Shadowsight brzmiał mocno i wciągająco – tłum pod sceną bawił się naprawdę dobrze i w sumie się nie dziwię, bo chłopaki zagrali chyba najlepszy koncert w swojej karierze. Mimo pewnych niedociągnięć, pomyłek i problemów, do których przyznał się sam Marcinkowski, zespół pokazał klasę – jak powinien wyglądać dobry koncert oraz wraz z kolegami z pozostałych dwóch zespołów, że trójmiejska, wciąż jeszcze undergroundowa, scena muzyczna ma się dobrze i co najważniejsze rośnie w siłę.

Na koniec powinny być podsumowania, ale wszystko zostało już powiedziane. Cóż zatem? Tym razem mały apel do wszystkich producentów, wytwórni i tych, którzy są w stanie underground zmienić w mainstream (lub przynajmniej sprawić, że o tych – i innych zacnych – zespołach będzie głośniej również w kraju, a może nawet za granicą, a nie tylko w Trójmieście). Całkiem możliwe, że i tacy się znajdą pośród tych kilku, kilkunastu osób, które wchodzą na tego bloga i go czytają, za co serdecznie w imieniu swoim i wszystkich opisywanych (lokalnych i naszych mniej znanych krajowych zespołów) serdecznie dziękuje. Te trójmiejskie kapele udowodniły i jeszcze nieraz udowodnią, że są zespoły, które warto i trzeba wspierać, pomóc im się przebić. Jest ogromny potencjał i masa świetnych, ciekawych pomysłów – ciągle jednak brakuje kogoś, kto obróci stagnację, jaka od lat panuje w naszym kraju na korzyść tych zespołów. I nie tylko tych. Trójmiejskiej sceny muzycznej w ogóle. Im więcej się będzie o nich mówić, pisać i słuchać tym większe szanse będą miały na wybicie się. Te słowa, na moim blogu, to zaledwie mały krok, aby to zmienić, duży dopiero nastąpi, jeśli pomożemy im. Wystarczy chcieć, a czasem odrobina chęci może zdziałać więcej właśnie dla nich. Mały ruch pozwoli im przetrwać, a to jest najważniejsze nie tylko dla nich, ale i dla wszystkich, którzy cenią dobrą muzykę i zabawę na koncertach. Zarówno my fani, słuchacze, koledzy i koleżanki zaangażowanych w te projekty osób, ale również wszyscy Ci, którzy mają środki i kontakty, jesteśmy zdolni by poruszyć machinę, która choć sprawna, wymaga naoliwienia i wymiany części. Do dzieła!

środa, 3 sierpnia 2011

Relacja opóźniona II: Nudy w Uchu (21 VII 2011, Klub Ucho)

Relacja napisana dla TSRock.pl. Z powodu problemów technicznych została umieszczona na blogu.

Pod względem zespołów młodych i ciekawych gdyński klub Ucho nie rozpieszcza w ostatnim czasie, oj nie rozpieszcza. Namnożyło się za dużo koncertów tych samych zespołów, i żeby tylko tych samych, ale dosłownie niemal tydzień w tydzień od marca tego roku regularnie ten sam zestaw właściwie, z drobnymi zmianami. Wychodząc z założenia, że ludzie lubią przychodzić na to, co znają, nie jest to dobre podejście. Zwłaszcza, gdy te same zespoły grają też pomiędzy kolejnymi koncertami w Uchu w gdyńskim Rockzie. W pewnym momencie robi się zwyczajnie nudno, a takie osoby jak ja nie mają już o czym pisać. Znów chwalić kapelę o której już się napisało tyle superlatyw, że robi mi się wyrzuty, że przesadzam i faworyzuje? Szukać dziury i tym razem napisać coś złego dla odmiany? A swoją drogą kto mi każe w ogóle przychodzić na kolejny koncert takich samych zespołów i jeszcze o tym pisać? Cóż, to akurat mój własny wybór. Na niektóre zespoły chodzi się po, to by zobaczyć jak rosną w siłę lub się staczają po równi pochyłej. Na inne z czystej ciekawości, a jak jeszcze zdarzy się coś nieznanego to człowiek jest cały w przysłowiowych skowronkach… I jeszcze te cholerne obsuwy… niektórzy jednak wolą punktualność… ale punktualnie to nawet autobusy i kolejki nie jeżdżą, a szkoda…

No dobrze… nie traćmy czasu na dywagacje, wszak czas czytelnika (a zwłaszcza najbardziej bodaj zainteresowanych, czyli członków zespołów) też jest cenny. Na scenie Ucha zaprezentowały się zarówno zespoły znane, uwielbiane lub szczerze przez niektórych nienawidzone jak i osobliwości w postaci… rocka chrześcijańskiego.
Do tej pierwszej grupy zaliczyć można Blue Jay Way, Ad Rem i Option Hoax, a do drugiej In Nomine Dei (I.N.D). Tym razem też wyjątkowo postarano się o oprawę dźwiękową, która jak na „małe” zespoły była perfekcyjna. Nie rzężąco, słyszalnie, nie dudniąco, innymi słowy wszystko na swoim miejscu. Złośliwcy mówili, że dźwiękowiec tym razem nie był pijany, więc lepiej słyszał, ale to w sumie nie jest wcale miłe… jest jak jest, raz lepiej a raz gorzej. I tego się trzymajmy. A zespoły? Ciężka sprawa…

Pierwsze zagrało moje ulubione Blue Jay Way i jak zwykle zaprezentowało się fantastycznie.
Już po koncercie usłyszałem jednak głosy niezadowolenia: znów BJW, chłopacy nie umieją grać, Besser jęczy i w ogóle jest straszny a Korpas wygląda jakby pieprzył się ze swoją gitarą… cóż, może niektórzy tak odbierają ten zespół, ja ich uwielbiam, a każdy ich koncert i spotkanie z muzyką chłopaków jest dla mnie przeżyciem. Tradycyjnie chłopacy zagrali takie kawałki jak „Taki sam”, ogniste „Pierdolone życie”, „Pragnę Cię”, rozwalającą „Sieć” i zawsze mocne „A niech ma” czy „Spieprzaj”. Piąty numer zatytułowany „Obce drzwi” (?) słyszałem pierwszy raz, choć zdaje się, że nie jest to wcale nowy kawałek. Siódma była ciekawa, nieco mocniejsza interpretacja „Whole Lotta Love” Led Zeppelin (kapeli wielkiej i należącej do ścisłej czołówki inspiracji BJW). Cóż, Besser Robertem Plantem nie jest, a Petecki Johnem „Bonzo” Bonhamem. Ale wersja i tak zacna. Następnie nowy, balladowy, choć niepozbawiony ostrości „Purpurowy kwiat”. Świetny tekst, rzewny układ całości, który w akustycznej wersji był bardziej wyczuwalny. Piękny to utwór. Dziesiąty utwór był kolejną nowością w postaci utworu „Drogi do nikąd”. Jak dla mnie kolejny kawałek z duszą.
Jednak największe wrażenie zrobił na mnie, nie po raz pierwszy zresztą, utwór „Ostatnie Tchnienie”. Nie wiem, który to już raz, ale znów przeszły mnie ciary po plecach… niesamowity i piękny kawałek. A na bis znienawidzony przez niektórych, a uwielbiany przez innych „Sex”.

Następnie zagrało Ad Rem. Zmiana klimatu na nieco brudniejszą muzykę, kapitalnie podkreśloną przez dźwięk. Do samego zespołu i tego jak prezentuje się na scenie po raz kolejny nie mam większych zastrzeżeń. Podobnie jak poprzednia kapela AR zaprezentowała swoje największe hiciory: „Made by Rock”, „Black Devil”, „Stąd do wolności” i wiele innych. Nie zabrakło też nowości: utwór „Stand Up” (nie jestem pewien tego tytułu…).
Na pewno nie zabrakło energii, szału spoconych ciał pod sceną. I niestety w wypadku AR pojawia się problem: słucha się muzyki chłopaków bardzo przyjemnie, ale z coraz mniejszą dozą satysfakcji, gdy słyszy się ich po raz kolejny odgrywających dosłownie i w przenośni to samo, co na każdym koncercie. Grają chyba za często, albo brakuje im jakiejś własnej tożsamości, która poniesie całość w inne rejony. BJW to jednak pomysł i klimat, AR oprócz imprezowego szału na dłuższą metę nie ma nic ciekawego do pokazania… a może to po prostu zmęczenie tym zespołem? Gdzieś w połowie koncertu wyszedłem przewietrzyć się, bo dostawałem już pomroczności jasnych z nudów…

Jako trzeci wystąpił Option Hoax. Miałem przyjemność widzieć i słyszeć ten zespół po raz drugi i już od pierwszych dźwięków płynąłem w istnym porażeniu. Jak dla mnie OH to rasowy przestrzenny sludge metal ze spokojniejszym, wysokim wokalem zamiast growlu i screamu. Choć tym razem przestrzeń uciekała w ścianę i kanonadę kolejnych gitarowych rozwiązań i perkusyjnych galopad nie zabrakło energii i dużej dawki niesamowitych melodii.
Trochę szwankowało nagłośnienie wokalu. Łukasza Remisiewicza prawie wcale momentami nie było słychać, ale muzycznie grupa pokazała się pierwszorzędnie. Zagrali zarówno takie utwory jak „The End of the History”, „Lonely Heart”, „Monoculture” czy „Walking”, jak i mniej znane utwory ze swojej twórczości. Z kolei utwór „Samsara” jakoś szybko mi wybrzmiał i nie zdążyłem sobie skonfrontować go z tym co siedzi głęboko w pamięci, ale czy przypadkiem nie był to cover warszawskiej supergrupy Indukti? Całość brzmiała potężnie i bardzo ciekawie, gdyby taki lub nawet lepszy efekt chłopacy uzyskali na płycie wielu powinno być zachwyconych, a mając jeszcze na uwadze, że Browarczyk był spocony już po drugim kawałku, można śmiało chyba powiedzieć, że nie jest to muzyka łatwa. Aby w nią dobrze wniknąć, trzeba jej czuć, a nie jestem pewien czy znaczna część przychodzącej do Ucha publiki to potrafi, pod sceną raczej było pustawo, a w samym klubie zostali chyba tylko wielbiciele mocniejszych, progresywnych brzmień i Option Hoax.

Ostatni był In Nomine Dei. Pierwszy raz zetknąłem się z tym zespołem i od razu raczej mnie odrzuciło. Cóż, trzeba przyznać, że grali interesująco, nieco tylko łagodniej od wszystkich trzech wcześniejszych grup razem wziętych, ale wciąż mocno i energetycznie.
Mocną stroną zespołu była wokalistka, która obdarzona ciekawym głosem zwracała jednak uwagę czymś innym i nie był to jej głos. To, co zwracało uwagę to kapitalne, niezwykle długie włosy. Jak pani Alina machnęła to włosy dosłownie wirowały kilka metrów za sceną, zupełnie jakby ktoś włączył na chwilę opcję trójwymiarowego obrazu.
Nie zostałem jednak do końca koncertu tej grupy, gdyż primo byłem już koszmarny i trochę znudzony schematyzmem całości, a secundo teksty o Jezusie Chrystusie, Niebie i Boskiej Miłości do człowieka i bliźniego jakoś mnie nie ruszają. Jestem katolikiem, ale jakoś nie czuje śpiewania o takich sprawach zupełnie. Nie interesuje mnie to, nie potrzebuje tego i w ogóle jakoś bez większego zachwytu. Może to dziwne, ale prędzej bym poszedł na koncert kapeli w rodzaju Behemoth czy Slayer i pośpiewał z nimi „satanistyczne, bluźniercze i zakazane” pieśni.

Podsumowując, wieczór nie należał do udanych jeśli patrzeć na skład zespołowy i repertuar.
Ale jeśli wziąć pod uwagę, jak zwykle rewelacyjne (przynajmniej dla mnie) Blue Jay Way i fantastyczne mocarne niczym walec Option Hoax to zdecydowanie był to udany koncert.
Nieco słabiej wypadł Ad Rem. Lubię chłopaków i to jak grają, ale w ostatnim czasie wszędzie ich pełno i trochę to nuży. To, samo paradoksalnie można by powiedzieć o BJW, ale akurat tej kapeli nie mam nigdy dosyć. Pomyłką był I.N.D – nie ta muzyka, nie to miejsce i nie ten czas. Gdyby zagrali na Przystanku Jezus, albo o bardziej przystępnej godzinie, tudzież wypiłbym więcej na pewno dobrze bym się bawił, w Uchu jednak zupełnie, zwłaszcza w zestawieniu z trzema pozostałymi zespołami moim zdaniem było to lekkie przegięcie.
In Domine Patri, et Fili, et Spiritus Sancti. Amen.

wtorek, 21 czerwca 2011

Relacja XII: Another(o) Concerto (Klub Ucho, 20 VI 2011)

Kolejny koncert młodych trójmiejskich zespołów, który odbył się w gdyńskim klubie Ucho. Pozwoliłem sobie nań wyskoczyć w ramach odskoczni od znajdującego się na półmetku koszmaru każdego studenta, czyli sesji. Wystąpiły trzy nieznane mi dotychczas zespoły: Pretty Scumbags, Ad Rem i Fala Libre (posłuchałem dwóch, ten trzeci grał ostatni, ale przyznam się, że wyszedłem przed końcem, nie mam bowiem obowiązku być na każdej kapeli, nawet jeśli zapłaciłem kosmiczną kwotę siedmiu złych na wstęp… niestety jestem strasznym sknerą) i zespół, o którym obiecałem przez jakiś czas nie pisać, (bo zaczęły napływać do mnie zażalenia od wielbicieli cukrzenia), czyli Blue Jay Way, (ale słowa tym razem nie dotrzymam, a przynajmniej nie w pełni znaczenia składanej deklaracji).

Jako pierwszy wystąpił Pretty Scumbags – zespół, który powstał rok temu w wyniku rozpadu dwóch innych grup. W założeniu chłopaki grają „brytyjską” odmianę indie rocka (pierwszy raz oficjalnie używam znienawidzonej nazwy), czyli zgodnie z wyznacznikiem gatunkowym wszystko i nic. Nie oszukujmy się, indie rock to śmietnik gatunkowy, zero konkretu i własnej inwencji, wszystko już gdzieś było, a podane jeszcze raz na nowo, „odgrzane” niczym w mikrofali i tak pozostanie zimne i niestrawne.
I tak niestety, moim zdaniem jest z grupą Pretty Scumbags… w graniu chłopaków brakuje świeżości, oryginalności i polotu. Takie grupy jak (nasz) gdyński Kiev Office, czy słynne Coldplay albo Muse stanowią piękne przykłady, że z takiego mieszania wszystkiego ze sobą można stworzyć rzeczy ciekawe i interesujące. Szkoda, że chłopaki z PS tego nie potrafią. Moim zdaniem przed chłopakami jeszcze daleka i kręta droga do przejścia – wypracować własny styl, przestać kopiować innych i przede wszystkim w ramach mocno chaotycznego i wyeksploatowanego gatunku znaleźć jakiś punkt odniesienia, coś, co będzie trzymało się całości, na razie jednak to, co grają chłopaki pozostawia wiele do życzenia.


Drugi zespół - Ad Rem (na zdjęciach), przyniósł zmianę stylistyki i w pewnym stopniu też nastroju, który zrobił się dość smętny i w większości wypadków powodował migracją na dwór. Ad Rem, najdłużej istniejący z występujących tego wieczora grup (od września 2009 roku) zaprezentował się zgoła interesująco. Nie powalił mnie, nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ale też nie pozostawił złych wrażeń. Przynajmniej nie tak mocnych i krytycznych jak w przypadku PS.


Kwintet grający luźną mieszankę bluesa, hard rocka i heavy metalu ma moim zdaniem, wiele wspólnego z legendarnym Motörhead, punk rockiem i stylistyką, którą w latach 70 zwykło się nazywać hard’n’heavy lub heavy’n’roll. Muzycznie zespół zaprezentował się znacznie lepiej i ciekawiej od chłopaków z PS. Słychać, że grają dłużej i przede wszystkim czują i wiedzą co grają. Zapach inspiracji jest wyraźny, ale grupa w pewnym stopniu wypracowała swój własny styl, któremu można zarzucić małą odkrywczość i brak oryginalności, ale na pewno nie to, że w graniu tym brakuje energii.


Interesujący, ale silnie przypominający barwą głosu Lemmy’ego (szkoda, że próbuje go kopiować, mógłby spokojnie wypracować własną stylistykę) wokalista po każdym utworze pytał publiczność: „Może być?”. No, może być, ale szczerze mówiąc spodziewałem się ze strony Ad Rem czegoś lepszego i ciekawszego. Na pewno jest spory potencjał w tej grupie, który przy drobnych modyfikacjach stylistycznych i wokalnych może sporo zyskać, grając tak jak teraz nie przetrwają za długo wygryzieni przez ciekawszą konkurencję (Psychollywood) lub rozpadną się z hukiem, czego wcale nie życzę. W każdym razie trzymam kciuki za chłopaków i liczę na ich rozwój i postępy w graniu.

Jako trzeci zagrali chłopaki z Blue Jay Way. Laureaci tegorocznej Gitariady, którzy (przy ostrej konkurencji i werdyktem surowego, ale sprawiedliwego jury) zdobyli zacne IV miejsce zagrali kolejny dobry koncert. W każdym razie mi jak zwykle bardzo się podobali, naprawdę nie mam nic do zarzucenia. Koncert BJW tym razem niemal zakończył się technicznym skandalem, kiedy to padł bas Filipa Arasimowicza, ale szybka interwencja obsługi Ucha przyczyniła się do pożyczenia basu od którejś z kapel, dzięki czemu koncert mógł zostać zakończony (pewnie nie do końca tak jak planowali, ale czasem tak bywa – perfidia rzeczy martwych). W tym czasie reszta zespołu broniła honoru jammowaniem i improwizacją, co wcale nie wyszło im źle. Raz jest lepiej a raz gorzej, tym razem trafiło, a szkoda, na tą drugą opcję. I jeszcze jedna uwaga odnośnie mojego ulubionego kawałka, utworu „Ostatnie tchnienie” – znów czułem jak po plecach przechodzą mnie ciarki… kawałek jest absolutnie kapitalny. Co z tego, że oparty na koncepcie „51” TSA (Tomek Besser śpiewał ten utwór w nieistniejącej już grupie Drifter), skoro jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych i najciekawszych ich utworów i za każdym razem wywołuje u mnie takie emocje…

Podsumowując: jedna zła kapela (kasacja albo radykalne zmiany), jedna dobra kapela (czas na drobną reformę), jedna świetna kapela (tym razem z problemami niezależnymi od nich) i jedna, na której nie zostałem – to dobry wynik, wieczór udany, choć mógł być bardziej. Za zespoły, nawet Pretty Scumbags, trzymam kciuki i liczę na dalszy ich rozwój.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Relacja XI: Blue Jay Way (Klub Rockz, Gdynia, 9 VI 2011)

Gdyński klub Rockz, dawna Anawa, słynie z małych koncertów, w czasie których prezentują się lokalne młode zespoły, rzadziej większe, znaczące grupy, żeby wymienić choćby Enej czy Lipali. Tym razem odbył się koncert grup Blue Jay Way i Riverhead. Obie grupy pochodzą z Gdyni, lecz reprezentują nieco inne podejście do muzyki. BJW znane jest ze swojego fantastycznego podejścia do hard rocka w stylu lat 70, Riverhead zaś z bluesowych interpretacji standardów. Pierwsza na dniach ma wydać debiutancką epkę, a drugi nie tak dawno prezentował się też na Gdynia Blues Festiwal, organizowanym przez gdyński Blues Club. Pierwsza to jeden z moich najbardziej ulubionych i z uwagą śledzonych w ostatnim czasie grup, a drugi wywołujący raczej mieszane uczucia, który sobie po prostu podarowałem.


BJW grało jako pierwsze, a potem na scenie zaczął się rozstawiać Riverhead. Jednak skoro Riverhead nie słuchałem i nie podoba mi się granie tego zespołu (grają dobrze, wokal też jest bardzo sympatyczny, szkoda tylko, że grają standardy), przejdźmy do wrażeń z jak zwykle bardzo dobrego koncertu BJW. Zanim jednak to uczynię, chcę zauważyć pewien istotny fakt. To, że o niektórych zespołach pisze częściej, o innych rzadziej lub wcale, o niczym nie świadczy, to nie jest żadna faworyzacja czy coś w tym rodzaju, czasami tak po prostu jest. O jednych zespołach pisze się częściej i z ogromną satysfakcją, a o innych rzadziej lub wcale, bo niekoniecznie na to zasługują, choćby właśnie z faktu nie podchodzenie do gustu czy nie bywania na każdym koncercie. Na BJW bywam często, bo ich po prostu lubię.
Chłopaki zastanawiają się też, czy moje liczne wynurzenia i zachwyty nad ich graniem nie są „troszkę naciągane” czy „pocukrzone” na potrzeby takowego pisania czy dlatego, że ich znam (od pewnego czasu również osobiście) i chcę się przypodobać. Otóż śpieszę donieść, co podkreśliłem też chłopakom, że nie są. Zwykłem mówić i pisać to, co myślę, a myślę zwłaszcza o tym, co naprawdę mi się podoba. BJW podoba mi się właśnie w taki sposób. Gdyby coś mi nie pasowało w bieżącym czasie, lub w przyszłości na pewno bym o tym napisał, lub o tym napiszę. Tak jak z tym „utworkiem-potworkiem” po tytułem „Nic” (również zaprzyjaźnionej ze mną) grupy Blind Crows, który od jakiegoś czasu wieńczy ich koncerty. Nie podobał mi się on i szczerze mówiąc, choć po ostatnim koncercie w Parku Oruńskim (w Gdańsku), którego nie opisałem, jest duża i znacząca poprawa, nadal nie podoba. Za co również w tym miejscu, bo zrobiłem to już osobiście, przepraszam Agnieszkę – perkusistkę zespołu. Ale tak właśnie już czasami jest. Jedne rzeczy się podobają, a inne nie. Tyleż. Przejdźmy do najważniejszego tematu tej relacji, czyli do koncertu Blue Jay Way.


W wyjątkowo spartańskich warunkach, jakie reprezentuje Rockz (strasznie mała scena, beznadziejna akustyka pomieszczenia, niezbyt dobre nagłośnienie i kiepskie oświetlenie) BJW zagrało odrobinę gorszy koncert niż ostatnio, ale tylko ze względu na kwestie techniczne, które były za mocno podkręcone, bucząco-rzeżące, czyli należące do tych z rodzaju „mały zespół=gorsze nagłośnienie” – takiego podejścia nie znoszę. Nie mam porównania, czy tak jest na każdym koncercie w Rockzie, a zwłaszcza na tzw. większych koncertach, bo rzadko bywam w tym klubie, choćby z tego względu, że mają marny według mnie repertuar, a perełki dosłownie graniczą ze świętem, lub przysłowiowym cudem.
Wracając do BJW, koncert rozpoczęła kompozycja „A niech ma”. Zaraz potem chłopaki zagrali „Sieć”. Jeden z moich ulubionych utworów tym razem przykuł moją uwagę, mimo marnego nagłośnienia, kapitalną techniką gry Tomka Peteckiego. Z miejsca gdzie przysiadłem miałem na niego świetny widok i muszę zauważyć, że chłopak naprawdę ma talent i bez wątpienia jest jednym z lepszych młodych perkusistów, jakich słyszałem
(i widziałem na żywo). Następnie zagrali balladę, której tytułu nie dosłyszałem, z racji ewidentnych braków nagłośnieniowych, które w wyniku dudnienia, trochę nierównomiernie odbijało dźwięk, przez co czasami to, co Tomek Besser mówił do mikrofonu lub do niego śpiewał ginęło gdzieś w eterze. Pewnie taka specyfika klubu…


Następnie zabrzmiało „Pierdolone życie”, a zaraz po nim fantastyczne i również moje ulubione „Pragnę Cię” i jeden z pierwszych usłyszanych przeze mnie kawałków BJW - „Sex”. W tym miejscu Besser oznajmia, że jest to ich dwudziesty koncert.
A ktoś obok mnie ze zdziwieniem rzucił: „Dopiero?”. Cóż, może i dopiero, ale w ciągu roku istnienia zyskać sobie wierną i ciągle rosnącą publiczność, i z koncertu na koncert grać coraz lepiej i coraz bardziej obiecująco, a w dodatku zostać finalistami tegorocznej Gitariady… uważam, że to spore osiągnięcie.


Siódmym utworem, który zagrali było „Spieprzaj” z nieco dłuższym gitarowym środkiem i zaimprowizowanym zabawianiem publiczności z racji zepsucia się krzesełka przy perkusji (dobrze, że akurat w tym numerze), a następnie mój absolutny faworyt, zagrany bodajże po raz trzeci w karierze BJW, „Moje ostatnie tchnienie” – fantastyczna i przejmująca ballada o śmierci. Następnie zagrali „Opętanego” i na bis zabrzmiał jeszcze kawałek „Taki sam”.

Podsumowując, wyszedłem z koncertu zadowolony. Już podkreśliłem to wcześniej, ale powtórzę to i tutaj, a mianowicie, że BJW z koncertu na koncert jest coraz lepsze.
Z nimi jest jak ze starym winem, im dłużej leżakuje i dojrzewa, tym lepsze. I liczę na to, że nie jest to tylko tymczasowa tendencja wzrostowa, bo chłopaków stać na dużo i kolejnymi koncertami, nawet w spartańskich warunkach Rockza, potwierdzają swoją klasę.
To, co robią, to jak grają, jest przepełnione pasją i zaangażowaniem, które widać i słychać.
Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, że gdy słyszę wokal Bessera przechodzą mnie dosłownie i w przenośni ciary na plecach… (a przecież jestem do licha heteroseksualnym facetem). Był to mój (dopiero) czwarty koncert BJW (i żałuję, że dopiero), ale wcale nie mam chłopaków dosyć, bo słucham ich z ogromną przyjemnością i satysfakcją. Nie jestem jakimś (zidiociałym) jurorem w kretyńskim programie nadawanym w paśmie największej oglądalności, ani (jeszcze) żadnym wielkim autorytetem muzycznym (jak redaktor Kaczkowski), ale jestem (po raz kolejny) na tak. Bez cukrzenia i „dopisków, bo tak wypada”, czy aby się przypodobać. Naprawdę.
I wiecie, co jeszcze? Jestem z nich dumny. Jestem dumny z tego, że na moich oczach (i w moich uszach), czy też raczej naszych, rodzi się legenda - Legenda grupy Blue Jay Way…

piątek, 20 maja 2011

Relacja VIII: Europejski Dzień Młodzieży (Ucho, 18 V 2011)

1.
W Trójmieście i jego okolicach jest wiele dobrych i bardzo dobrych młodych, często jeszcze nieznanych zespołów, które zasługują na większą uwagę i zainteresowanie. Tego typu imprezy, jak ta zorganizowana przez Ucho, w ramach Europejskiego Tygodnia Młodzieży, to świetna okazja, aby przyjrzeć się i przysłuchać takim właśnie zespołom. Część z nich naprawdę obiecująca i interesująca, a niektóre, jak na razie, niestety nie. Ale nie wyprzedzając zbytnio faktów, przejdźmy do sedna sprawy, czyli samych zespołów.
O zespołach, które występowały w Uchu tego wieczoru, wiem niewiele, a właściwie to nic. Większość z nich powstać musiała niedawno, a nawet jak istnieją dłużej to wszelkie informacje o nich są bardzo oszczędnie dawkowane. Wyjątkiem jest Blue Jay Way, najbardziej chyba znana kapela wieczoru i doceniona największą frekwencją pod sceną i najprzedniejszą zabawą. Pozostałe grupy cieszyły się mniejszym zainteresowaniem, a część nawet nie została jakoś specjalnie uraczona uwagą słuchaczy.
Jako pierwszy wystąpił zespół Deuce, który jeśli dobrze zrozumiałem to skład międzynarodowy (gitarzysta chyba jest Brytyjczykiem, a reszta to Polacy). Podobno też grają ze sobą od zaledwie dwóch tygodni. Jak na zespół o tak krótkim stażu zaprezentowali się zgoła interesująco, mimo, że materiał oparty był niemal wyłącznie na coverach Red Hot Chilli Peppers i Radiohead. Niektóre utwory pachniały mi Coldplay’em, a jedynie dwa, jeśli się nie mylę, własne utwory zespołu brzmiały trochę Zeppelinowato.
Trzech muzyków zespołu – gitarzysta, basista i perkusista zgrani byli świetnie, całość brzmiała bardzo sympatycznie, łagodnie, trochę funkowo, ale i momentami bardzo zadziornie. Trochę odstawał od całości wokalista grupy, który ma ciekawą barwę, ale trochę tak jakby z jednej strony za bardzo próbował kogoś naśladować, a z drugiej jakby nie do końca był pewien swoich możliwości. Świetnie wokalista wypadł w utworze, który zagrał solo na gitarze akustycznej i w ostatnim kawałku, najostrzejszym chyba utworze tego zespołu i drugim, jeśli się nie mylę, autorskim, który z jednej strony brzmiał troszkę Zeppelinowato, a z drugiej jak Deep Purple, a mianowicie zaśpiewał w nim najpewniej, bardziej zadziornie i trochę tak Plantowsko.
Drugi zespół, który rozstawił się na scenie to Old Garage z Pucka. O nich też wiem niewiele, a szkoda bo bardzo mnie zainteresował już na etapie ustawiania dźwięku w czasie próby. Zagrany wówczas „Oni zaraz przyjdą tu” Tadeusza Nalepy, choć tylko we fragmencie zaledwie, przedstawiał się nieco ostrzej niż oryginał, a wokalista zaśpiewał go troszkę bardziej zadziornie od Nalepy.
Częściowo zaprezentowali chłopaki materiał własny, a częściowo bardzo intrygująco zinterpretowane covery - klasyki zarówno polskich, jak i zagranicznych wykonawców. Wykazali się też sympatycznym poczuciem humoru, którego publika chyba nie podchwyciła. I tak obok „Whiskey in the jar” (z cytatem z wersji Metallici) czy nieco szybszego i bardziej agresywnego wokalnie „I want it all” Queen, zostały zaprezentowane: świetna, nieco ostrzejsza wersja i rozplanowana na dwa głosy (gitarzysta z iście psychodeliczną gitarą też bowiem śpiewał) „Tańcz głupia, tańcz” Lady Pank, wymęczony „Wehikuł czasu” Dżemu i faworyt publiczności - kultowe „Całuj mnie” grupy Piersi.
Z własnych utworów zaprezentował Old Garage między innymi bardzo interesujący kawałek „Droga do chwały”, który ma promować debiutancką płytę zespołu i sympatyczny, z naprawdę niebanalnym tekstem, utwór „Garbus Blues”.
Trzeci wystąpił zespół Radio. O tym zespole również wiem niewiele, ze skąpych informacji na myspacie wyciągnąłem jedynie skład grupy, który prezentuje się następująco:
Magdalena Sentkowska na gitarze rytmicznej i wokalu, Łukasz Skierka na gitarze solowej, Krzysztof Prona na gitarze basowej i Cezary Płaszczyński na perkusji. Zespół miał bardzo interesujące brzmienie i zaskakująco dobry wokal. Muszę bowiem podkreślić, co robiłem już nie raz nie dwa, że za damskimi wokalami zbytnio nie przepadam. Magda ma jednak bardzo interesujący, mocny, trochę męski głos, który momentami niepotrzebnie jest psuty zaśpiewami i wyciągnięciami.
Trochę szkoda, że materiał zaprezentowany przez Radio składał się (niemal?) wyłącznie z coverów – nie przypominam sobie w każdym razie zapowiedzi ani jednego własnego utworu kapeli.
I tak został między innymi zagrany (spóźniony, bo zlot był trzy dni temu) kawałek dla motocyklistów, czyli „Harley mój” Dżemu (wyróżniający się ciekawą interpretacją wokalną) czy kawałek „Nadzieja”, który płynnie przeszedł w „Sweet Home Alabama” Lynyrd Skynyrd (trochę niepotrzebnie, moim zdaniem, przyśpieszony).
Czwartym zespołem, który wystąpił był Blue Jay Way, który, jak podkreśliłem już nieco wcześniej, wzbudził największe zainteresowanie i zebrał najliczniejszą publikę. Najsłynniejszy z grających tego wieczoru w Uchu zespołów, zaprezentował set złożony wyłącznie z własnych utworów.
Nie zabrakło więc takich kawałków jak „A niech ma” (zagrany ostrzej niż w Blues Clubie parę dni wcześniej), „Pierdolone życie” (ze świetnym solo Marcina Korpasa), fantastycznego utworu „Sieć”, „Pragnę Cię”, „Opętany”, „Spieprzaj”, „Taki sam” czy „Sexu” zagranego na bis. Rewelacyjnie wypadł, zagrany po raz drugi w karierze BJW, nowy kawałek zespołu zatytułowany „Ostatnie tchnienie” – mój absolutny faworyt: progresywny szlif, przejmujący, smutny tekst… po prostu majstersztyk. Nie zabrakło również poga, które dla niektórych jest istotne, choć bynajmniej nie najważniejsze (ani niebędące żadnym istotnym wyznacznikiem).
BJW skończyło grać i zeszło ze sceny i w klubie zrobiło się pustawo, choć to wcale nie był koniec koncertów.
Niestety dobre zespoły już zagrały, pozostałe dwa nie zachwycały, a zwyczajnie i po prostu nudziły. Na ostatniej kapeli już nie zostałem, bo już nie miałem siły ani ochoty, chociaż paradoksalnie ostatnia grupa, mogła być bardzo ciekawym zespołem.

2.
Zaraz po BJW na scenie pojawił się piąty zespół: Blackout (niemający jednak nic wspólnego z grupą o tej samej nazwie z lat 70). Grupa zagrała częściowo własny, a częściowo składający się z coverów set, który dłużył się niemiłosiernie, zresztą nie tylko mi, mojemu kumplowi Grześkowi oraz pewnej grupce z wyraźnie niezadowolonymi minami siedzącymi sobie przy jednym ze stolików i porozumiewawczo kiwającymi głowami, że to nie jest to. Jeśli chodzi o same pomysły, riffy i niektóre melodie to mogło być interesująco, wszystko psuł nużący i bardzo zły damski wokal (kompletnie nie wyrazisty, mdły i nijaki). „Przysypiacie” – mówi wokalistka w pewnym momencie. –„Specjalnie dla przysypiających kawałek "Obudź się”. Cóż, ludzie wyraźnie przysypiali, bo po prostu było nudno i strasznie się większości to granie dłużyło. I chyba się niestety nie obudzili(śmy). A już kompletnym błędem, porażką i nieporozumieniem było wołające o pomstę do nieba odegranie „My Generation” The Who… niepotrzebnie przyśpieszone, wymęczone wokalnie i po prostu po całości pokaleczone… gdyby aktualny skład legendarnej grupy to usłyszał osobiście wywlókłby cały zespół poza klub…
Na bis chcieli zagrać „Whisky” Dżemu (czego bym już chyba nie zdzierżył – jedna rozwleczona wersja w wykonaniu grupy White Room na zlocie motocyklów w Gołuniu zdecydowanie wystarczy), ale zespół szybko zrezygnował z tych zamiarów i z jakichkolwiek bisów.
Przedostatni był zgoła interesujący Box of scoffers (szkoda, że tylko pozornie). Pokładałem w tym zespole bowiem spore nadzieje, ale niestety srogo się zawiodłem. Bluesowe utwory tej grupy osadzone jedynie na jednej gitarze, basie i perce były rozwleczone i monotonne, zagrane bez większego polotu. Niczym nie wyróżniał się też wokal, który śpiewał słabo i niepewnie, choć barwa, warto to odnotować, ciekawa i dość oryginalna. Kiedy muzycy grali dłuższe fragmenty instrumentalne, wokalista z kolei nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić. Gdyby dać mu harmonijkę ustną, ożywiłoby to nie tylko całe granie, ale również nie musiałby czekać smętnie na swoją kolej, tudzież przyklękać. Nie byłoby zupełnie tragicznie i bardzo chciałem znaleźć jakieś atuty dla tego zespołu, ale ostatni utwór niestety przekreślił tę opcję.
Wyraźnie zapachniał mi ostatni utwór brytyjską grupą The Brew (którą nie tak dawno wszak po raz drugi widziałem na żywo). Główny motyw tegoż utworu był wyraźnie zerżnięty (i to nuta w nutę; tylko wolniej i nudniej) z jednego z utworów The Brew właśnie (z przekory tylko nie podam którego, ale potwierdziłem swoje obawy pytając o ten „zapach” osoby, którą widziałem na obu koncertach brytyjskiej grupy, a zatem również znającej te dźwięki niemal na pamięć, a obecnej i na tym koncercie, a wcześniej nawet grającej na scenie). Można, ale żeby chociaż tylko pachniało, ale niestety dla mnie to było po prostu przegięcie.
Ostatni miał grać punkowy zespół o bardzo intrygującej i dwuznacznej nazwie i adekwatnej do reprezentowanego stylu (punk rock), a mianowicie The Cute Ass.
Niestety nie usłyszałem już tego zespołu, ponieważ byłem wyraźnie już zmęczony dwoma poprzednimi kapelami. Poza tym zbliżała się już słuszna pora, a wcześnie rano trza było wstać na uczelnię. Bardzo byłem ciekaw tej punkowej kapelki, jednak skutecznie zniechęcony do dalszego słuchania opuściłem klub wraz z moim kumplem. Mam nadzieję, że jeszcze będę mógł usłyszeć ten zespół, bo nazwa jest absolutnie kapitalna i bardzo, bardzo zachęcająca.

Podsumowując, wieczór spędzony w Uchu uważam za bardzo udany. Zespoły, które wystąpiły w ramach tego małego przeglądu wypadły (w większości) interesująco i intrygująco. Bardzo obiecujący był pierwszy zespół (Deuce), który mam nadzieję jeszcze usłyszeć. I w ogóle trzymam kciuki za chłopaków – potencjał jest w tej grupie spory: pozostaje jedynie kwestia popracowania nad stylem i większą ilością własnych kawałków, a także dopracowania wokali. Interesująco wypadł zespół Radio, który nie wywarł na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ale nie pozostawił też złych wrażeń. To bardzo dobry zgrany skład, z naprawdę ciekawą wokalistką (i przy tym ładną). Szkoda tylko, że to cover band…
Moim zdecydowanym faworytem jest Old Garage. Autorskiego materiału na razie było mało, ale zaprezentowane przez grupę utwory pozostawiają pozytywne wrażenia i zachęcają do śledzenia dalszej drogi tego zespołu. Z chęcią wybiorę się na kolejny koncert tej grupy i posłucham ich debiutu, jeśli tylko uda mi się na niego trafić. Na dwa zespoły (Blackout i Box of Scoffers), które niezbyt mi przypadły do gustu, choć życzę im jak najlepiej i przepraszam za dość mocną krytykę i chłodne przyjęcie, na razie spuszczam zasłonę milczenia, z nadzieją jednak, że jak trafię na nie ponownie, zaskoczą mnie zmianami i czymś ciekawszym. Szkoda bowiem zupełnie zjeżdżać i przekreślać te zespoły, ale niestety na dzień dzisiejszy jest słabo i niezbyt ciekawie. I na koniec podsumowania: Blue Jay Way - zupełnie inna bajka i o tym wie zapewne coraz więcej ludzi, co widać po wciąż rosnącej frekwencji i zainteresowaniu tą grupą. A zapewniam, że jest czym się zainteresować. Z niecierpliwością czekam na debiutancki materiał BJW i trzymam kciuki za ich dalszy rozwój.

Za wszelkie informacje o zespołach, które zagrały (oprócz BJW, z nimi bowiem jestem na bieżąco) będę bardzo wdzięczny. Pozdro.

poniedziałek, 9 maja 2011

Relacja VI: Blue Jay Way (Blues Club, 8 V 2011)


Jakiś czas temu poznałem dwóch ambitnych i bardzo utalentowanych młodych gitarzystów, którzy szukali wokalisty. Spotkaliśmy się na próbie, ale doszliśmy do wniosku, że to nie jest to, odpowiadałem im jako osoba, jako wokalista już trochę mniej. Kontaktu nie zerwałem. Jakiś czas potem, jeden z nich zaproponował żebym wbijał do Ucha, bo gra zespół ich znajomych. Poszedłem z ciekawości i nie zawiodłem się. Blue Jay Way naprawdę mi się podobał. Od tamtego czasu minął prawie rok, a ja wybrałem się na ich koncert już z własnej woli. I znów mi się podobało.
Filip Arasimowicz na gitarze basowej
            Grupa powstała 1 maja 2010 roku z inicjatywy wokalisty Tomasza Bessera i gitarzysty Marcina Korpasa. Już po miesiącu gry zadebiutowali w gdyńskim Uchu na przeglądzie „LO projektor 2010”. Ich muzyka opiera się na klasycznym rocku lat 70', ale nie boją się eksperymentować z nieco cięższym brzmieniem. Poza Tomkiem i Marcinem szeregi zespołu zasilają: gitarzysta Darek Hermann, basista Filip Arasimowicz, oraz perkusista Tomek Petecki. Do największych osiągnięć Blue Jay Way zaliczyć można występy przed takimi zespołami jak Mech czy Golden Life. Wystąpili również na festiwalu Yach Film. Ich największym jak dotychczas sukcesem jest jednak wygranie pomorskich eliminacji r&r music festival.
            Rock’n’rollowe, zahaczające o cięższy hard rock instrumentalne intro było zaledwie ciszą przed burzą, potem już było potężne uderzenie kolejnych kawałków. Drugi był „Opętany”. Trzeci, fantastyczny lekko southern rockowy „Amerykański” z bardzo ciekawym riffem prowadzącym, potem taki trochę jakby wyjęty z twórczości grupy Mech utwór „A niech ma”. Kolejnym kawałkiem była „Sieć” z kapitalną linią basu i lekko drżącym, szorstkim i jednocześnie zadziornym wokalem Bessera. Wyraźnie słyszalne inspiracje zarówno Hendrixem jak i Zeppelinami, a nawet TSA i Turbo (wszystko w ramach jednego utworu).
            Następnie zwolnienie (pozorne) do ballady zatytułowanej „Uwolnij mnie” przywodzącej na myśl trochę TSA. Kolejny kawałek, którego tytułu nie usłyszałem, znów lekko southernrockowy, pochodowy z fantastycznym progresywnym rozwinięciem i solówką Korpasa oraz wyczuwalną przestrzeń niczym z Hawkwind. Zejście. Ósmy utwór pod niezwykle wymownym tytule „Spieprzaj” znów zapachniał cięższymi momentami Zeppelinów. Do tego naprawdę świetny, mocny tekst. Powiedzieć tak do byłej dziewczyny… byłoby to w każdym razie niezwykle odważne, a na pewno, co najmniej niespotykane. Besser pokazuje, że wysokie, wrzaskliwe tony nie są mu obce. I znów ballada, pod równie wymownym tytułem, „Pragnę Cię”. Znów coś tak Zeppelinowo i fantastyczny tekst. Pomyślałem sobie podówczas, że gdybym był dziewczyną (jakąkolwiek, po prostu dziewczyną), też bym zapragnął.
Blue Jay Way
            Punkowe z lekka wejście kolejnego utworu zatytułowanego „Mówisz stop” - bardzo jak na hardrockowe standardy przebojowy kawałek. Następnie znów ballada, „najnowszy kawałek”, choć tytułu nie dosłyszałem. Ballada tylko pozornie, bo liryczny trochę jakby znajomy riff w pewnym momencie wchodzi w ostrzejsze tony i tak zostaje już do końca. Sam kawałek to właściwie pędzący progresywny majstersztyk, przywodzący na myśl „51” TSA, które kiedyś Blue Jay Way nawet grało, a duszny tekst o śmierci w połączeniu z graną muzyką to absolutny majstersztyk.
Besser po utworze pyta: „Czy już się nudzicie?” Ale odmowne „nie” ze strony publiki (dość skromnej trzeba przyznać), to sygnał do dalszego grania. Utwór „Sex” (ulubiony kawałek Grześka, mojego kumpla, z którym przyszedłem na koncert) zabrzmiał znacznie potężniej niż w Uchu, a gra aktorska Bessera imitującego stosunek seksualny, tym razem ograniczyła się do zwięzłego „aaaa”.
Tomasz Besser i Filip Arasimowicz
            Potem zagrali „według niektórych nasz najbardziej rozpoznawalny kawałek” – jak to określił Besser, czyli „Taki sam”. I faktycznie jest w tym utworze coś, co sprawia, że wszędzie byś poznał, że to Blue Jay Way. Absolutnie fantastyczny i niezwykle przebojowy utwór. I ostatni zajebisty kawałek zatytułowany właśnie tak „Zajebisty”. W nim zwolnienie dla przedstawienia składu z solówką Korpasa i po zakończeniu na bis, po dłuższym zastanowieniu, raz jeszcze „Taki sam”. Skromne „Dziękuję bardzo” Bessera i to wszystko. I jest za co dziękować, ale to publika powinna dziękować chłopakom, za godzinę fantastycznych dźwięków i dosłownie, za podróż do późnych lat 70, kiedy królował hard rock, a w Polsce aż do połowy lat 80 był najlepszy okres polskiego heavy metalu.
            Poga nie było, bo nie było potrzebne. Ich słucha się z rozdziawioną gębą i z nieukrywanym zadowoleniem siedząc na czterech literach. Wszystkie dodatki są absolutnie zbędne i niepotrzebne. Jedynie grupka siedząca za mną i Grześkiem w pewnym momencie wstała i zaczęła sobie podrygiwać. Miłe, ale jeśli nie pociąga to za sobą lawinowo reszty publiki, też zupełnie niepotrzebne.


            Blue Jay Way to zespół niezwykły i konsekwentnie podążający własną drogą. Wiedzą jak chcą tworzyć, jak chcą brzmieć. Jest to granie interesujące, świeże i energetyczne, a także przebojowe. Mówią o sobie, że są supergrupą i trzeba im to przyznać, że są supergrupą. Grupą złożoną z bardzo utalentowanych muzyków i obdarzonego kongenialnym wręcz głosem Bessera, od którego wielu wokalistów młodych zespołów mogłoby brać przykład jak należy śpiewać i prezentować się na scenie.
            Jest to zespół, który zasługuje na szczególną uwagę, ponieważ drzemie w nim naprawdę ogromny potencjał. I to nie tylko na skalę krajową, ale również jako świetny towar eksportowy (swoją drogą ciekawie byłoby usłyszeć anglojęzyczne wersje utworów chłopaków, bo wszystkie, i jest to naprawdę duża zaleta, są po polsku). Byłaby wielka szkoda gdyby ten zespół rozpadł się z hukiem, lub przeszedł kompletnie niezauważony. Blue Jay Way to chyba nie tylko najlepszy młody trójmiejski zespół, ale zdecydowanie jeden z najciekawszych rodzimych artystów, za którego sukcesy trzymam kciuki. I gorąco zachęcam wszystkich tych, którzy nie mieli okazji usłyszeć zespołu na żywo, aby czym prędzej to zrobili przy najbliższej okazji. Naprawdę warto.



 Specjalne podziękowania dla Grześka za pomoc przy robieniu zdjęć w trakcie koncertu.