Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blind rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blind rock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 listopada 2011

RXXVII: Blind Crows (25 XI 2011, Cruiseriders Sopot Club, Gdynia)

W nowym gdyńskim klubie Cruiseridersów w Gdyni Grabówku przy ulicy Osada Kolejowa 2, którego otwarcie nastąpi na początku przyszłego roku, odbyła się impreza Andrzejkowa, w ramach której zagrał gdański zespół Blind Crows, który miał okazję już występować pod szyldem Cruiseriders 14 maja na Zlocie Motocyklowym w Gołuniu.
Blind Crows A.D XI 2011

Blind Crows po raz pierwszy zaprezentowało się w nowym, czteroosobowym składzie, czyli Zim Zum na gitarze basowej, Kitek na wokalu, Frodo na gitarze oraz Mańka na perkusji.
Zim Zum i Frodo w akcji

Współzałożyciel i gitarzysta grupy Kleryk nie występuje już od jakiegoś czasu w zespole, co przyczyniło się do sporych zmian stylistycznych. Określany przez muzyków jako Blind Rock styl ewoluował i przybrał nowy, bardziej agresywny wizerunek. Wśród zaprezentowanych przez Wrony utworów znalazły się zarówno doskonale znane już publiczności takie kawałki jak: „Droga”, „Kłamca”, „Pająk” czy „Dodzia w Wejherowie”. Nie zabrakło również utworu Mańki - pod tytułem "Nic".
Mańka w utworze "Nic"

Nie zabrakło także coverów, które zespół traktuje jako własne, pełnoprawne utwory, a mianowicie „Kibla” z Formacji Nieżywych Schabuff oraz utworu „Biegać, skakać” znanego z „Poradnika młodego zielarza” z filmu „Podróże Pana Kleksa”, którego ostrzejsza rockowa wersja może się bardziej spodobać niż oryginał wszystkim fanom mocniejszego przywalenia. Blind Crows zagrało również dwie nowe kompozycje zatytułowane „Żmija” i „Kurczak”. Podobnie jak w Gołuniu, i tym razem dopisała frekwencja. Zadowoleni słuchacze, w tym także motocykliści, dopytywali się kiedy i gdzie następny koncert.
Frodo



Blind Crows jest bowiem zespołem, który nastawiony jest przede wszystkim na dobrą zabawę, a nie szerzenie głębokiego przesłania. Niewątpliwie zatem trafił w gusta obecnych podczas otwarcia klubu, jak również po prostu – gdyńskiej publiczności.

Uwagę przykuwał również Kitek, który zmieniwszy nieco swój dotychczasowy wizerunek fantastycznie wpisywał się w klimat kawałków i z jeszcze bardziej zadziornym niż dotychczas wokalem, łączył agresję z ruchem, którym mógłby zarazić każdego nawet najbardziej bezruchowego i statycznego człowieka. Obecnie niewiele młodych zespołów jest w stanie odważyć się na coś takiego. Warto też odnotować, że podobnie jak w Gołuniu, koncert i otwarcie klubu uświetniła ładna tancerka.
Kitek

Niewątpliwie, ten koncert Wron był inny niż dotychczasowe i niewątpliwie należy do ich najbardziej udanych występów. Wszyscy Ci, którzy dotychczas nie mieli okazji ich usłyszeć, a mają ochotę na odskocznię i powiew świeżości powinni wybrać się na ich kolejny występ.
Trójmiejscy motocykliści, jak również wszyscy sympatycy ryczących mechanicznych ogierów już wkrótce będą mieli swój mały, własny zakątek. Cruiseriders'om życzę wszystkiego najlepszego – rośnięcia w siłę członków, powiększania ilości koni mechanicznych i równie udanych imprez jak, ta która miała miejsce w ostatni piątek.




Spisał: Kahun
Poprawki: Lupus

wtorek, 17 maja 2011

Relacja VII: Zlot motocyklowy (Gołuń 14 – 15 V 2011)


1. Jazda do Gołunia (po czesku jizda)

Z początku miałem jechać do Gołunia z moim kolegą Marcinem „Klerykiem” Kowalewskim z zespołu Blind Crows, ale okazało się, że nie zmieszczę się do jego samochodu, toteż zostało ustalone, że jadę z Michałem Kołczyńskim - basistą grupy Hurricane (która podobnie jak Wrony, miała wystąpić na zlocie motocyklowym w Gołuniu, obok Manijoce, Mietek Blues Band i White Room). Z Gdyni pojechaliśmy wpierw do Gdańska, by zabrać z stamtąd perkusistę zespołu Jarka Chmielewskiego oraz gitarzystę Jacka Zaorskiego. Ściśnięci w małym samochodzie, bo jechała z nami też żona Jarka, Sylwia, wyruszyliśmy w drogę do Gołunia.
W trakcie jazdy przy dźwiękach ciężkiej metalowej muzyki najróżniejszego typu, rozmawiając i śmiejąc się do rozpuku, nie obyło się bez małych problemów z dojazdem, jednak udało się dojechać na czas i przede wszystkim w jednym kawałku, w specyficznej, ale bardzo sympatycznej atmosferze.
Na miejscu byliśmy przed siedemnastą. Okazało się, że Manijoce nie będzie, więc wkrótce potem na scenie zaczął się rozkładać Hurricane. Drugi gitarzysta i wokalista grupy, Kamil Opaliński już był na miejscu, gdyż przyjechał z Klerykiem i częścią sprzętu.
Wraz ze składem Wron przyjechał też ich znajomy, Kefas - gitarzysta i wokalista, gdańskiej grupy Afera.

Motocykliści, również już byli na miejscu, bowiem przyjechali znacznie wcześniej w uroczystej paradzie, której niestety nie widziałem. Widok potężnych, pięknych maszyn i setek mężczyzn (i kilku kobiet) w skórach w różnym wieku, robi wrażenie, a także momentami, wywołuje przerażenie. Co niektórzy motocykliści po kilku piwkach wyjeżdżali sobie bowiem, poza ośrodek i próbowali wykonywać skomplikowane ewolucje, co dla niektórych mogło nie skończyć się zbyt dobrze, ale na szczęście do żadnego wypadku nie doszło.

2. Huragany - Szatany

Jako się rzekło pierwszy wystąpił Hurricane. Zespół powstał w 2007 roku z inicjatywy gitarzysty Jacka Zaorskiego i niebędącego już w zespole, drugiego gitarzysty Kamila Janulewicza. Po kilku drobnych roszadach na przestrzeni lat, w składzie grupy grają: Jacek Zaorski na gitarze, Michał Kołczyński na basie, Kamil Opaliński na gitarze i wokalu oraz perkusista Jarek Chmielewski. Grupę tę widziałem raz, na WOŚPie w styczniu 2010 roku i nie zapamiętałem jej jakoś specjalnie. W pamięć wbiło mi się tylko, że mój kumpel kupił od nich połamany talerz. Basista Hurricane’a na wspomnienie tego wydarzenia, uśmiechnął się znacząco i zapytał: „Pewnie wyklepał i teraz na nim gra?”, na odpowiedź, że powiesił sobie na ścianie, uśmiechnął się jeszcze szerzej: „Heh, te nasze koślawe podpisy”. – „Zaraz się zmyły, bo śnieg padał jak wracaliśmy” – dodałem. –„A szkoda, hehe… miła pamiątka w każdym razie, jak sądzę.” – odparł. –„I kupiony w szczytnym celu.”
A koncert na zlocie? Trzeba przyznać, że udany. I to nawet bardzo. Głównie za sprawą, jak na imprezę plenerową, wyjątkowo dobrego dźwięku. Zazwyczaj coś buczy i szumi, jest źle z tym dźwiękiem, nawet jak gra jakaś większa kapela. Tym razem jednak, można było zaszyć się w pokoju i jeszcze wszystkie dźwięki dochodziły idealnie słyszalne (o czym później).


Grający luźną mieszankę melodyjnego groove metalu z metalcorem, Hurricane zagrał dość krótki set, bo grali niecałe czterdzieści minut, a miało się nawet wrażenie, że grali jeszcze krócej, a szkoda, bo grali bardzo przyjemnie i ciekawie. Bardzo podobało mi się wejście w drugim utworze o francuskojęzycznym tytule, oraz rewelacyjny „Out of Mind”.
Fantastycznie wypadł też utwór „Wake up from the dream” brzmiący jak wyjęty z twórczości późnego Testamentu zmieszany z progresywnym szlifem na końcówce i szybką, tylko krótką, solówką. Nie rozumiem też, czemu ten kawałek zagrali na koniec.
Niektórzy twierdzili, że bas był dobrze słyszalny, ja niestety basu nie słyszałem prawie wcale, choć stałem kilka metrów od sceny wraz z Kefasem i całym składem Wron.
Kefas skwitował Hurricane jednym słowem: „Szatany”. I coś w tym jest…, ale o tym również później…
Bardzo podobała mi się wyrazista gra Chmielewskiego na bębnach. Choć, niektórzy mówili mi potem, że stopa była trochę zbyt głośno, uważam, że obok ciekawych riffów i pomysłów, to Jarek wypadł najbardziej interesująco. Nie, żeby pozostali ustępowali mu umiejętnościami czy stylem gry, pod tym względem są zgrani świetnie i nie ma co do tego wątpliwości. Po prostu, właśnie on przykuł moją szczególną uwagę, jeśli chodzi o grę, zwłaszcza technikę.
Mam wątpliwości co do wokalu, o czym poinformowałem chłopaków. Nie jest zły, nic z tych rzeczy. Jednak odnoszę wrażenie, że do tego typu grania przydałby się bardziej drapieżny, agresywniejszy wokal w rodzaj Dimebaga z Pantery, zbliżający się nawet do growlu, tymczasem Kamil śpiewa moim zdaniem, trochę za czysto. Kamil przyznał mi rację, że nie do końca z tym wokalem u niego jest tak, jakby się chciało żeby było.

Idiotycznie wypadł koleś, który zapowiadał Hurricane’a i co chwilę rzucał „słynny zespół, słynny zespół” – jak katarynka powtarzał w kółko to samo. Nie wiem, czy Hurricane jest takim słynnym zespołem… wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że nie jest jeszcze znany na tyle szeroko, żeby mówić o nim słynny. I jeszcze na koniec, kiedy skończyli grać rzucił, że „to będzie mega gwiazda”. Nie wiem czemu „mega” i czemu „gwiazda”, ale słowa te nie były, jak sądzę, wypowiedziane serio.
Hurricane to zespół bardzo dobry i obiecujący, wyraźnie szukający własnej ścieżki w mocno już wytartych muzycznych szlakach, ale robiący to z dużą ilością energii i indywidualnego, świeżego podejścia. Kiedyś Hurricane może i będzie zespołem znanym i słynnym, ale „mega gwiazdą” raczej nie będzie, to nie Madonna, ani Lady Gaga. Takie zespoły jak Hurricane, mega gwiazdami nie zostają, chyba, że mamy na myśli kapele- legendy w rodzaju Led Zeppelin, Deep Purple, The Who, Metallici, wspomnianej Pantery czy Dream Theater, a do czegoś takiego dla Hurricane’a jeszcze spory kawałek drogi do przebycia i koncertów do zagrania. Tymczasem pozostaje jednym z kilku, bardzo obiecujących trójmiejskich zespołów.

3. Ślepe Wrony

Koncert Wron poprzedziło rozdanie nagród motocyklistom (jakieś konkursy, loterie), obowiązkowe pokazanie dupy (Kefas nieco wcześniej powiedział tak: „Na zlocie motocyklowym musi być pokazana dupa”), więc dupę jakiś motocyklista pokazał oraz opowieść o „najtwardszych motocyklowych dupskach” z… Wadowic. I wreszcie na scenę wyszedł Blind Crows, który nie tak dawno rozstał się ze swoim dotychczasowym perkusistą Piotrem Paluchem. Za perkusją po raz pierwszy zasiadła Agnieszka Mania, nowa członkini zespołu, która przeszła chrzest bojowy po miesiącu zaledwie od momentu dołączenia do Wron.
W czasie ostatnich przymiarek zabrzmiał wstęp „Stalowej Pięści” (czyli legendarnych „Wyciszeń” ;P ), a następnie „Blind intro”, które płynnie przeszło w moją ulubioną „Drogę”. Następnie zagrali „Plons”, „Nie uciekaj” i „Auto”. Pod sceną zbiera się coraz więcej zainteresowanych motocyklistów, którzy przy „Dodzi w Wejherowie” zaczęli tańczyć, obyło się zatem bez (obowiązkowych dla niektórych) kozaków. Następnie zabrzmiał świetny „Kłamca” w nowej bardziej drapieżnej odsłonie i cover piosenki z „Pana Kleksa”. Lirycznie zaczynający się „Pająk” poprzedzony krótkim zapalniczkowym wejściem Kitka, a potem publika zupełnie oszalała.

Przy „Bartku Ś” publika się na chwilę rozrzedziła. Ten utwór też zyskał nową aranżację – intrygujące narastające wejście osadzone na basie oraz szybsze tempo w refrenie, a także wyraźnie zaakcentowany został drugi wokal należący do Kleryka. Wreszcie brzmi on pewnie i nie jest skrywany, jak miało to miejsce dotychczas. Kolejnym utworem był rewelacyjny „Zaginiony”, który dzięki nowemu progresywnemu szlifowi zrobił się agresywniejszy i wyraźnie ciekawszy od wcześniejszych wersji. I do tego fantastyczne, melodyjne solo Kleryka na gryfie, szkoda tylko, że takie krótkie.
Ostatnim utworem był nowy kawałek Wron, zatytułowany „Nic”, w którym przez pierwszą połowę Kitek śpiewa wraz z Agnieszką, która podeszła specjalnie do mikrofonu, zaaranżowany jedynie na gitary, a na koniec wróciła za perkusję. Cóż, miły akcent na wyróżnienie nowego członka tj. członkini, ale jak dla mnie ten utwór był (i chyba zostanie) małym zgrzytem, takim potworkiem (każdy zespół pewnie ma swojego utworka-potworka).


I na bis, jeszcze raz „Droga” przy której jakiś grubas wpierdzielił się na scenę i dobierał się, jednak bez powodzenia, do mikrofonu.
Znacząca zmiana nastąpiła właśnie w kwestii perkusji, która jest wyważona, odpowiednio agresywna lub wyciszona, szybka lub wolna, narastająca w odpowiednich momentach. W porównaniu do Palucha, który łomotał i siłował się z perkusją, jakby grając na odwal, Mania jest znacznie lepsza. Już na tym koncercie, (swoim debiucie, za co ogromne brawa), pokazała, że idealnie nadaje się do Wron. Gra naprawdę dobrze i zaskakująco intrygująco buduje napięcie, którego chyba trochę brakowało, gdy grał z nimi Paluch. Poza tym, jest to bardzo sympatyczna dziewczyna. I jeszcze mała rzecz, Michał „Frodo” Moroz – drugi gitarzysta Blind Crows, wciąż za bardzo kryje się z boku sceny, jakby obawiał się, że zostanie zjedzony przez publikę lub resztę zespołu. Złapać go w kadrze zdjęcia, zakrawało o cud. Więcej pewności siebie! Nie uciekać na tyły!
Podsumowując, Wrony zaprawdę wróciły. W nowym, bardzo dobrym i mocnym składzie, który pokazał nowe (obiecane i wyczekiwane), bardziej agresywne i zadziorne oblicze. Gołuń został przez Blind Crows zdobyty i to trzeba przyznać z dużym powodzeniem i zainteresowaniem publiczności. Obrana aktualnie przez Wrony ścieżka grania na większych, plenerowych imprezach i nowe przearanżowane wersje utworów wskazują, że postrzępione skrzydła znów nabrały wigoru, a ślepota wcale nie przeszkadza w locie, mimo licznych przeciwności, które w ostatnim czasie spotkały zespół. I oby tak dalej!

4. Co robią ekipy po graniu…

Naturalnie piją. Niektórzy, to pili również przed, w trakcie i po (zespół White Room). My zaś, to znaczy cały skład Wron, ja, Kefas i znajomi Agnieszki, poszliśmy zrobić sobie grilla.
Na scenie ulokował się w tym czasie Mietek Blues Band. Ładnie to wszystko brzmiało, ale tak jakoś za miękko. Brakowało im energii, ale jak powszechnie wiadomo: jest majówka lub lokalny festiwal, musi być Mietek, a jak jest Mietek, jest impreza.
Około północy na scenie pojawiła się striptizerka. Motocykliści byli wyraźnie zachwyceni, ja popatrzyłem raczej bez entuzjazmu. Nie była jakaś powalająca, a moim zdaniem jedynie estetyczna, ale zdjęła z siebie wszystko, także dla niektórych zapewne było na co popatrzeć. Ja takich rzeczy nie lubię.

Wróciliśmy do picia piwa i jedzenia kiełbasek przy naszym grillu, do którego przyłączyli się Michał i Kamil z Hurricane’a. Tymczasem na scenie zaczęła grać kapela White Room, grająca, naprawdę świetnie i bardzo energetycznie, covery różnych kapel (polskich i zagranicznych). Z powodzeniem wykonywali zarówno szlagiery Dżemu, jak i kultowe „Children of the Revolution” T. Rex.
Około drugiej stwierdziliśmy, że czas się zbierać. Pokój, który Wrony miały wynajęty specjalnie dla siebie, zapełnił się nieoczekiwanie znajomymi Agnieszki, toteż ja, Kleryk i Bartek przenieśliśmy się do pokoju obok, który był wolny. W ogóle całe pięterko ośrodka składało się z wolnych pokoi, z czego również skorzystał później zespół White Room.
White Room był doskonale słyszalne w pokoju, mimo zamkniętych okien, toteż niemiłosiernie wydłużone i wymęczone we wszystkie strony „Whiskey – moja żono” Dżemu (ponad piętnastominutowa wersja) było już w pewnym momencie nie do zniesienia, a do tego po chwili jeszcze doszedł dźwięk głośnego niczym silnik motocykla albo warkot dzikiego zwierza, chrapania jakiegoś motocyklisty, który rozłożył się w korytarzu. White Room skończył grać koło trzeciej nad ranem, a my tymczasem już spaliśmy, ale wcale się nie wyspaliśmy.

5. Droga (be)z powrot(u)em

Następnego dnia, po śniadaniu, zebraliśmy swoje rzeczy i po krótkich negocjacjach, stanęło na tym, że wracam z… Hurricane’em. A dokładniej mówiąc w tym samym składzie, co jechałem do Gołunia. Wracaliśmy tą samą drogą, co jechaliśmy, po drodze zahaczając jeszcze o stację benzynową, na której zatrzymała się również ekipa White Room (naturalnie po paliwo, tzn. po piwo, którego Ci przesympatyczni panowie w średnim wieku najwyraźniej nie mieli dosyć).
Droga powrotna nie obyła się bez mocnych rozmów i wrażeń przyprawiających o stawanie włosów dęba. Tak więc, Michał, który prowadził swoją czerwoną Suzuki Swift (która w trakcie koncertów dawała efekty świetlne, cały czas migając światłami), rozgadał się o Vladzie Palowniku i nabijaniu na pal, następnie o grzebaniu zmarłych i prosektoriach.
Przy takich tematach, próba wyprzedzania, mogła skończyć się tragicznie, jednak Michał zachował rozsądek i szybko zrezygnował z szarżowania na inne samochody. Dalsza podróż do Gdańska, gdzie wysiadł Jacek, Jarek i jego żona Sylwia, odbyła się już bez ekscesów, i ze znacznie normalniejszymi tematami.
Do Gdyni jechałem już tylko z Michałem i rozmowa zeszła na tematy około muzyczne. Michał wysadził mnie pod urzędem miasta, po czym bardzo serdecznie pożegnaliśmy się, wymieniwszy się jeszcze kontaktem do siebie (na wszelki wypadek).
W domu byłem dokładnie o drugiej po południu, zjadłem krzepiący krupnik mojej mamy i wykąpawszy się, poszedłem spać (bo byłem padnięty).
Podsumowując, to był bardzo udany (i specyficzny) weekend. Fantastyczny klimat całej imprezy, bardzo dobre koncerty i bardzo sympatyczne (bliższe) spotkania (trzeciego stopnia) z zespołem Hurricane (i White Room – z panem Darkiem, to się witałem chyba ze piętnaście razy w niedzielę rano). Liczę na to, że kiedyś uda się powtórzyć wypad, może nawet na nieco dłużej i przy lepszej pogodzie – jeden słoneczny dzień to wszak mało, a z chęcią pobyłoby się nad jeziorem kilka dni. A Huragany… to zaiste Szatany. Bardzo sympatyczne Szatany.

Specjalne podziękowania dla mojego dobrego kolegi Kleryka, który zaprosił mnie na Zlot i koncert Blind Crows w Gołuniu, całego zespołu i dla Kefasa, jak również dla ekipy Hurricane’a, a zwłaszcza dla Michała, za bezpieczną (i niepozbawioną dreszczyku emocji) jazdę do Gołunia i z powrotem do Gdyni... Wielkie pozdro dla wszystkich! Lupus.

sobota, 26 marca 2011

Relacja III


Nietypowy koncert:
Blind Crows (Bukszpryt 25. 03. 2011)

I wrócili. Pierwszy koncert od pożegnania w gdańskim Troll Pubie (nie licząc występu na Festynie Oruni) wypadł interesująco, aczkolwiek dość nietypowo. Zespół wystąpił bowiem w okrojonym składzie, a mianowicie: Marcin „Kleryk” Kowalewski na gitarze, Bartek „Zim-Zum” Chalimoniuk na basie, Michał „Frodo” Moroz na drugiej gitarze i Marcin „Kitek” Szymczak przy mikrofonie. Dotychczasowy perkusista grupy Piotr „Paluch” Paluszek postanowił opuścić chłopaków (zresztą od jakiegoś czasu był raczej kulą u nogi zespołu aniżeli pałkerem, awantury i scysje doprowadziły do tego, że jego odejście wyjdzie zespołowi na dobre). Niestety nie udało się znaleźć zastępstwa ani nowego bębniarza na ten koncert, toteż z początku próbowali grać z perkusją z automatu, ale zrezygnowali z niego, ponieważ nie brzmiało to spójnie i dobrze. Przyjrzyjmy się poszczególnym numerom zaprezentowanym na koncercie, czyli „jak to mniej więcej miałoby brzmieć”.
            Pierwsze było „Blind Intro” jeszcze z automatyczną perką. Głośno, nie sztywno, bardziej hard rockowo (kłaniają się późne lata 70 i wczesne 80 kiedy nagrywano perkusję bardziej dudniąco, zwłaszcza u nas w Polsce).
            Następnie chłopaki zagrali kawałek „Nie uciekaj”. Tym razem bez perkusji, bo nie udało im się wpasować w automat (trudno jest grać bez wyćwiczenia do automatu, tym bardziej jak się jest przyzwyczajonym do żywej perki). Ostre, momentami progresywne gitary i drapieżny wokal Kitka, momentami zbliżający się do growlowanego charkotu wypadły nadzwyczaj ciekawie. Tymczasem Kleryk znów rwał się do śpiewania, ale zabrakło drugiego mikrofonu.
            Trzeci był „Kłamca” – z początku z automatem, ale zrezygnowali z niego i zaczęli grać kawałek od nowa. W trakcie zaczął wariować mikrofon, ale te drobne problemy techniczne nie zepsuły efektu, ani nie skłoniły chłopaków do przerwania koncertu. I bardzo dobrze. Zabrakło mi krakania, choć miałem wrażenie, że przez chwilę były jakieś pogłosy. Bardzo dobrze wypadła warstwa drugiej gitary, choć mam wrażenie, że Frodo jeszcze nie do końca wżył się w zespół i w graną muzykę (dołączył do Wron w listopadzie 2010 roku).
            „Plons” był następny i bez perkusji wypadł też bardzo ciekawie. Kleryk chyba się trochę w pewnym momencie zamyślił, bo zafałszował i została zrobiona krótka niezamierzona przerwa, ale to nic. Świetnie wypadła bardzo ostra wersja „Zaginionego”. Kitkowi zabrakło w tym utworze wąskich ciemnych okularów i pejczyka (żartuję). Solo Kleryka na gryfie to z kolei po prostu rewelacja. Rzewne i liryczne zwolnienie i przywalenie bez perkusji tez wyszło dobrze. Tymczasem Bartek czai się z tyłu ze swoim basem i wyraźnie daje do zrozumienia, że brakuje mu bębniarza.
            Przy „Dodzi w Wejherowie” nie obyło się bez moich kozaków, ale tym razem zabrakło kawałkowi przykopu więc zrezygnowałem z tańców. Tradycji stanie się zadość innym razem.
Ta wersja była spokojniejsza i zabrakło mi krowy. Nie przyprowadzili krowy!!! A mówiłem, załatwcie krowę… Szkoda, wielka szkoda. W „Pająku” zdecydowanie, podobnie jak w „Zaginionym” zabrakło perkusji, która istotnie dodaje tym utworom większej energii, zwłaszcza w obecnych wersjach. Solo Kleryka wyglądało, to znaczy brzmiało, trochę tak jakby ów pająk rozwieszał albo nawet zwijał swoją sieć. Intrygujące.
            Silnik dobrze pracował w „Aucie”, nawet jak na Fiata 126p (zawsze sobie do tego utworu wyobrażam właśnie polskiego Fiata, nie wiem czemu). Ostro, szybko i pędząco, zgodnie z kanonem filmów sensacyjnych (mamy przecież w piosence motyw pościgu).
Następny był cover, który stał się już klasykiem i obowiązkiem każdego koncertu Wron, a mianowicie „Kibel” Formacji Nieżywych Schabuff. Bez perkusji ponownie wypadło nadzwyczaj interesująco. Zabrakło mi tylko wybijającego się ponad Kitka wokalu Kleryka, no, ale nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza, że jak wspomniałem, drugiego mikrofonu nie było. Bartek coraz bardziej ucieka ze sceny w bok, a Kitek komentuje: „Nawet nie wyobrażacie sobie jak ciężko gra się bez perkusji.” W rzeczy samej, nie jest to łatwe zadanie, wiem coś nie coś o tym…
            Przedostatnia była „Droga” – mój ulubiony utwór Wron. I faktycznie tu też trochę brakowało perkusji. Bartek w szybszych momentach udaje heavy metalowca i trzeba zauważyć, że w tych mocniejszych fragmentach utwór zaczyna się zbliżać w obecnej wersji do heavy metalowych obrotów. Na koniec „Outro”. Zabrakło „Bartka Ś” (choć bohater utworu siedział obok), „Stalowej Pięści” (czyli wyciszeń, których ciągle nie ma) i coveru z „Pana Kleksa” (no tym razem nie było z kim i w czym, niestety, pogować).
            Nie dopisała publika. Słabo nagłośniona impreza (więcej reklamy!!!) i niezbyt interesujące miejsce, nie dość, że pub uczelniany to jeszcze kompletnie nienadający się do takich imprez.
Grzesiek, z którym wpadłem na koncert Wron skomentował następująco: „Gdybym grał w zespole to nie dałbym koncertu w Bukszprycie, ale koncert dobry, taki inny. Ale mało ładnych dziewczyn, nawet ładnej barmanki nie było.” Podobno jakieś osoby wyszły w trakcie koncertu pomstując „na niski poziom i żenadę”. Cóż, aż tak źle nie było. Moim zdaniem nie znają się i tyle. Wrony wyszły obronną ręką z sytuacji istotnie nie ciekawej i podbramkowej, pokazali na co ich stać. A wiem, że stać Wrony na jeszcze więcej. Niestety w obecnej sytuacji nie byli w stanie zagrać wszystkiego tak, jak sobie wyobrażają. Szkoda.
            Na plus trzeba zauważyć bowiem niezwykłą charyzmę Kitka, odwagę i ogromny postęp kompozycyjny w stosunku do wcześniejszych koncertów. Te czynniki sprawiają, że koncert mimo braku perkusji i kłopotów technicznych był udany i doskonale pokazał w jaką stronę zmierza Blind Crows. A zmierza w bardzo interesującą stronę – ostrzej i zadziorniej na pewno, co jeszcze? Zobaczymy i usłyszymy gdy zespół zagra następny koncert w pełnym składzie. Na taki powrót z pełnego zdarzenia (gdzie będzie perkusista i utwory zagrane zgodnie z obecnym wyobrażeniem muzyków) troszkę jeszcze pewnie poczekamy. Ale wszystko co usłyszałem i widziałem wskazuje na to, że jest na co czekać. A Paluch niech się buja, jego strata.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Recenzja pewnego debiutu płytowego - Blind Crows "Experyment"


Blind Crows – Experyment       7,5/10

Debiutanckie demo zespołu Blind Crows z Gdańska Oruni to twór zadziwiający pod wieloma względami. Nie jest to płyta w pełni reprezentatywna dla tego nietuzinkowego zespołu, ponieważ znajduje się na niej zaledwie dziesięć kawałków z bogatego autorskiego materiału i wywołują one ze względu na sposób nagrywania skrajne emocje.

                Jako pierwszy na płycie znajduje się „Blind Intro”, które niezmiennie kojarzy mi się z pewnym utworem Tadeusza Nalepy, jednak w nowej wersji podobieństwo jest bardzo już niewyraźne. I to nawet lepiej. Następnie mamy fantastyczny, klimatyczny utwór „Droga”, z niezwykłym i prawdziwym do bólu tekstem. Sami muzycy podkreślają, że utwór ten ma swoje korzenie jeszcze na długo przed powstaniem Wron. Z kolei skojarzenia ze starą Budką Suflera z lat 70 są jak najbardziej adekwatne.
Trzeci utwór to „Plons”. W nowej interpretacji utwór jest trochę za krótki, ale stał się dzięki polifonicznych wokalach dużo ciekawszy od wersji poprzedniej.
Następnie mamy „Zaginionego”, która zaczyna się łagodnym, ale mrocznym wstępem. Podobnie jak w „Plonsie” mamy użytą polifonię w wokalach, co dodaje złowróżbności interesującemu tekstowi. Muzycznie przypomina to punk rockowe odczytanie stylistyki wypracowanej przez Huntera z pierwszej płyty, ale znacznie bliżej jest do rocka psychodelicznego lub progresywnego z lat 70.
Piąty numer to „Bartek Ś” opowiadający o autentycznej postaci. Zmieniła się forma utworu, jest nieco szybszy, ale z założenia w najszybszym momencie nie wiedzieć czemu traci na impecie. Zdecydowanie na plus wychodzi utworowi wyważony wokal, na koncertach utwór wydawał się za bardzo bowiem wykrzyczany.
Szóstka to „Kłamca” – kolejny utwór inspirowany autentyczną postacią, w nowej wersji. Zaczyna się od skrzeku wron, następnie mamy mroczny riff gitary i szeptanie… a potem napięcie zupełnie jak u Hitchcocka rośnie. Podbicie wokalu odgłosem skrzeku wron to bardzo atrakcyjne novum w utworze.
                Siódemka to „Nie uciekaj” zaczynające się od akustycznego wstępu, który stopniowo zaczyna się rozwijać do szybszych obrotów i podobnie jak w „Kłamcy” – Hitchcock byłby zachwycony. Trochę spłaszczony wokal na szczęście nie psuje efektu.
„Dodzia w Wejherowie” – kolejny wspaniały utwór Wron, nie wiedzieć czemu został pozbawiony swojego irlandzkiego szlifu, ale co najważniejsze… we właściwym momencie nogi nadal same rwą się do tańców… Fantastycznie wpasowuje się w całość nowy motyw – tym razem westernowy, brakuje tylko odpowiednich strojów, lassa i krowy… takiej prawdziwej.
                Przedostatni utwór to podrasowany cover Formacji Nieżywych Schabuff - kontrowersyjny i niezwykle dowcipny „Kibel”. Utwór ten zawsze wywołuje uśmiech na twarzy i jest idealnym poprawiaczem podłego humoru. A progresywny szlif na końcówce utworu to po prostu majstersztyk.
Na koniec mamy instrumentalne outro zatytułowane „Oślepiony”, które mogłoby stanowić fantastyczne interludium pomiędzy kolejnymi kawałkami, jednak tu płyta się urywa.

                Podsumowując, przede wszystkim jest za krótka, raptem 38 minut muzyki. Słychać też, że utwory zostały nagrane w sztuczny sposób domowymi metodami i przy pomocy komputera. Studyjne, w pełni zinstrumentalizowane prawdziwym sprzętem są tylko dwa utwory „Droga” i „Kibel”. W porównaniu do tych dwóch bardzo słychać różnice jakości, ale nie razi to aż tak bardzo, aby zepsuć pełnię odbioru. To w końcu eksperyment, mający jedynie zaprezentować możliwości zespołu i nowe wersje utworów, które zapewne już niedługo zostaną zaprezentowane w tych właśnie odsłonach w towarzystwie pozostałych utworów zespołu, których tutaj zabrakło. A na pewno zabrakło genialnego coveru utworu z Pana Kleksa, „Auta”, mającej swoją niezwykle ciekawą i nieznaną wszystkim historię powstania Stalowej Pięści czy choćby „Pająka”.
                Tego ostatniego już można posłuchać w nowej odsłonie na Myspacie Zespołu. Zaczynający się od basowego, a następnie akustycznego klimatycznego wstępu kawałek zyskał poprzez dodanie polifonicznego wokalu oraz powtarzanego również przez gitarę „nananana” (które przywodzi na myśl chorał gregoriański), a także niezbyt wyszukanej ale bardzo melodyjnej solówki. Przede wszystkim (oprócz perkusji, ale nie jest to aż tak słyszalne) nagrane z żywymi instrumentami. Utwór znów momentami przypomina starą Budkę Suflera, jednak w ostrzejszym fragmencie to rasowy punk rock, a żartobliwy tekst to zupełnie inna bajka.
                Blind Crows poszukuje. I idą w dobrą stronę, choć nie do końca jeszcze jest to droga właściwa. Bluesowo-punkowo-hard rockowe granie Wron zyska na mocy tylko poprzez nagranie całego materiału i wszystkiego żywymi instrumentami, a nie przy pomocy programów do komponowania, sampli oraz komputera.
Mam nadzieję, i tego też chłopakom i moim kolegom życzę, żeby na najbliższych koncertach, a także z kolejną (pełną) płytą pokazali na co ich stać. Że udowodnią, iż nawet ślepa wrona potrafi latać i to wbrew wszelkim pozorom bardzo wysoko. Wszystkie znaki na niebie, bowiem wskazują, że Wrony szykują się do powrotu. I to w wielkim stylu.