Jeśli po Ozzy'ego Osbourne'a przyszła Śmierć z jak to określił wystawionym rachunkiem, to jestem niemal pewien, że był to Śmierć z książek Terry'ego Pratchetta. Pokazał mu klepsydrę, rozwinął długaśny rulon z wypisanymi drobnym pismem wszystkimi uczynkami, także tymi złymi, sukcesami, choróbskami, nałogami, operacjami i powiedział: "WYMYŚLIŁEŚ JUŻ JAK CHCESZ SIĘ POŻEGNAĆ OZZY?" Ozzy, spojrzał na niego, następnie na Sharon i rzucił: "Jasne, potrzymaj moje piwo... znaczy moją laskę!" Oczywiście, tak nie było, ale niemal tak to widzę, gdy kończę czytać "Ostatnie Namaszczenie", czyli ostatnią, autobiograficzną książkę legendarnego wokalisty wydaną w zaledwie trzy miesiące po jego śmierci. Jak Książę Ciemności się w niej pożegnał?
Nie od dziś wiadomo, że polska ekstremalna scena metalowa jest lubiana i ceniona na całym świecie, czego najlepszym przykładem są choćby Vader, Behemoth czy Decapitated - jednak nie zawsze tak było, a nawet najwięksi reprezentanci naszej sceny kiedyś musieli zacząć. Ta książka nie jest jednak tylko o nich*, a przede wszystkim o wielu mniej znanych grupach grających gothic, death, black, occult, folk i doom metal. Większość z nich albo już nie istnieje, inne po latach wracają do żywych i do grania, a inne nie zdążyły się poznać szerszej publiczności. Piotr Dorosiński, wielki pasjonat muzyki metalowej i twórca Musick Magazine postanowił zaś zebrać opowieści o grupach, ludziach i czasach, które dawno minęły, ale były świadkami tworzenia się bogatej i prężnej ekstremalnej sceny metalowej w Polsce. Czy "Rzeźpospolita" zasługuje na uwagę?
Największe smutasy Wielkiej Brytanii, jak zwykło się mówić o Paradise Lost, doczekali się własnej biografii, która bardzo szybko została wydana w Polsce przez niestrudzone wydawnictwo In Rock. Skromnie zatytułowana "Bez celebracji" pozostawia jednak wiele miejsca na coś zupełnie odwrotnego - celebrację właśnie. Dlaczego tak uważam?
Kiedy czytałem poprzednie wydanie tej książki nie byłem zachwycony. Nie dlatego, że to zła książka, ale coś nie do końca pasowało mi w jej stylu. Brakowało też spojrzenia na kilkanaście ostatnich lat, obejmujących także odrodzenie muzyki metalowej. Wydawnictwo In Rock zdawało sobie z tego sprawę i krótko po wydaniu poprzedniej edycji na rynku pojawiła się poprawiona i uzupełniona wersja z dodatkowym rozdziałem napisanym przez autora Iana Christie, bonusowymi tekstami od polskich dziennikarzy i muzyków znanych polskich formacji oraz nową, bardziej kolorową okładką. Czy warto sięgnąć po tę pozycję? Sprawdźmy!
Wielbicielom ekstremalnego death metalu Davida Vincenta na pewno nie trzeba przedstawiać. Basista i wokalista najbardziej kojarzony z początkowym okresem działalności formacji Morbid Angel, a ostatnio z supergrupą Vltimas, postanowił napisać coś na kształt swojej autobiografii. "Coś na kształt" to tutaj słowo klucz, bowiem nie jest to typowa biografia, a raczej zbiór przemyśleń zebranych w formie esejów ze szczyptą książek coachingowych. Co wyszło z takiego połączenia?
Biografie, a nawet autobiografie, muzyków i zespołów, monografie gatunku, przegląd epoki i próby opisów panującej wówczas mody czy zachowań - w literaturze muzycznej, czy wręcz kulturowej, jeśli ją tak nazwać, to standard. Niemal do znudzenia i z różnym skutkiem. Nietypowym wyjątkiem jest świeżo u nas wydana biografia wytwórni Metal Blade Records, którą napisał sam twórca tej zasłużonej dla muzyki metalowej kuźni wielu znanych (i tych mniej też) zespołów, które na pewno znacie, słuchacie i uwielbiacie. Czy książka o kultowej wytwórni była potrzebna, zwłaszcza w tej formie i przede wszystkim czy jest warta uwagi? Sprawdźmy!
Tytuł tej monumentalnej pozycji może być nieco mylącym choć znacznie lepiej niż oryginalny oddaje jej zawartość. Otóż "Demons, Fairies and wailing guitars" czyli dosłownie "Demony, wróżki i zawodzące gitary" nie mówi wprost, że będziemy mieli do czynienia z obszernym kompendium wiedzy o najwcześniejszych, a zarazem w większości nieznanych latach muzyki rockowej. Tłumaczenie Jakuba Kozłowskiego znacznie lepiej oddaje dla zwykłego czytelnika meandry wokół których porusza się ta książka - boczne ulice to odniesienie do zwłaszcza tych nieznanych lub całkowicie zapomnianych zespołów rockowych, a podtytuł dokładnie określa cezurę, którą we wstępie określa autor książki. Co jednak ciekawe, pośród wielu znakomitych wykopalisk muzycznych, znalazło się miejsce dla kilku doskonale znanych grup, które być może znalazły się tutaj bardziej z racji funkcjonowania w cieniu dużo bardziej cenionych formacji. Czy warto sięgnąć po książkę, która na niemal sześciuset stronach próbuje zebrać historię muzyki rockowej z najwcześniejszych, a zarazem najciekawszych i najpłodniejszych lat?
Prawdopodobnie nie ma na świecie osoby, która nie słyszałaby o Piotrze Ratajczyku, bardziej znanym jako Peter Steele, liderze między innymi Type-O-Negative - najsłynniejszej spośród jego grup muzycznych. Nie ma pewnie też osoby, która choć raz nie usłyszała w swoim życiu, choć jednego numeru wymienionego zespołu, a zwłaszcza któregoś z ich drugiego albumu "Bloody Kisses". W tej Muzycznej Bibliotece przyjrzymy się, czy też raczej zatopimy naostrzone kły w znakomicie, soczyście napisanej książce o twórczości Steele'a, którą popełnił uznany polski dziennikarz muzyczny Maciej Krzywiński...
Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o Slayerze. A przynajmniej jeśli mówimy o osobach słuchających metalu. Wiele osób ubóstwia tę grupę, ale jest sporo osób, które z niej śmieszkują. Nie należę do jednych, ani drugich. Szanuję Slayera, niektóre płyty znam na pamięć, inne przesłuchałem raz albo dwa i zapomniałem o nich. Podobnie jak autor biografii formacji nie zamierzam umniejszać zasług ani wkładu w szeroko pojętą metalową ekstremę, ale przyznam się bez bicia, że nie jestem fanem Slayera. Po co zatem sięgać po książkę o tej grupie? Choćby dla znakomitego warsztatu autora tejże pozycji...
Jest taka scena w filmie "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha w której
Janek grany przez Mateusza Kościukiewicza cieszy się, że pojedzie ze
swoim zespołem na Ogólnopolski Przegląd Nowej Fali odbywający się w
Kołobrzegu. Mniej więcej w tym samym czasie zaczyna się historia innego,
prawdziwego zespołu pochodzącego nie z Hela, a z Częstochowy, później
zaś oczywiście z Warszawy.
Mogłoby się wydawać, że tworzenie monografii zespołu, który wciąż istnieje, a zwłaszcza takiego, który istnieje "tylko" piętnaście lat i posiada w swojej dyskografii "zaledwie" sześć płyt studyjnych nie ma sensu. Nic bardziej mylnego. Riverside to grupa, która od początku miała na siebie pomysł, a płyty wypełniają dźwięki piękne i posiadające ogromny ładunek emocjonalny. Do tego wszystkiego mijający rok nieoczekiwanie i bezpowrotnie zamknął pewien etap w historii grupy, który w chwili gdy ukazuje się książka Maurycego Nowakowskiego, przygotowuje się do dwóch koncertów pod koniec lutego, które otworzą nowy, nienapisany jeszcze rozdział. Jak Nowakowski poradził sobie z opowieścią o jednym z najciekawszych i rozpoznawalnych za granicą polskich zespołów?
Nieoczekiwany przez nikogo zwrot akcji jakim była druzgocąca śmierć
Piotra Grudzińskiego złapał pisarza na finiszu pracy nad tekstem.
Pierwszy „zerowy” rozdział zatytułowany „Nad brzegiem rzeki” jest
powiązany klamrą z ostatnim jedenastym rozdziałem noszącym tytuł
„Przerwany sen”. Dzięki temu książka zyskuje na jeszcze większej
spójności: nie ma tu miejsca na filmowy cliffhanger czy niedopowiedzenia
wynikające z upływu czasu między wydaniem książki a kolejnymi płytami,
bo dokładnie w tym samym miejscu gdzie się kończy snuta przez niego
historia na horyzoncie już majaczy nowy początek formacji. Ta klamrowa
konstrukcja jednocześnie sprawiła, że biografia Riverside jest nie tylko
opowieścią o jednym z najważniejszych krajowych zespołów, ale także
przepełnioną nostalgią i miłością opowieścią o ludziach, który ten
zespół tworzyli i jednocześnie małym hołdem dla Grudnia, którego pamięć
równie pięknie Riverside uczcił wydając nie tak dawno kompilację „Eye of
the Soundscape” gdzie wraz ze starszymi utworami instrumentalnymi,
znalazły się cztery premierowe kompozycje, a zarazem ostatnie
zrealizowane za życia gitarzysty utwory. Należy jednak zauważyć, że
Nowakowski nie popada przy tym w nadmierny patos, nie bawi się w
napuszone i pozbawione większego sensu spekulacje czy obawy, wreszcie
nie wylewa swoich żali nad stratą, oddając w tej kwestii głos członkom
zespołu. Ta książka jest bowiem napisana tak jak płyty Riverside –
precyzyjnie i z nostalgią przebijającą się pośród słów, nigdy nie
definiując całości treści w jeden możliwy sposób.
To także książka o sile marzeń i determinacji w dążeniu do celu,
doskonałości, stałym poszukiwaniu sensu w otaczającym nas świecie oraz
sile prawdziwej przyjaźni nieskruszonej konfliktami wewnętrznymi czy
przeciwnościami jakie los co rusz rzucał chłopakom pod nogi. Nieco
niestandardowa jest jednak narracja tej pozycji, nie skupia się ona
bowiem tylko i wyłącznie na muzykach warszawskiego zespołu i grupie, ale
także w wielu miejscach kreśli tło historyczne bez którego nie dałoby
się odpowiednio przedstawić meandrów i delt brzegu rzeki, która w wielu
sercach ma szczególne miejsce. W biografiach takie tło często ogranicza
się jedynie do początkowych partii, a później się do niego z reguły nie
wraca. Nowakowski jednakże każdy okres w historii Riverside osadza w
konkretnym czasie, a nawet pokusił się o mały rys historyczny całej
polskiej sceny progresywnej czy zespołów, które znajdowały się w
mniejszym czy większym stopniu w otoczeniu Riverside. Bardzo
interesujący jest także szkatułkowy podział tej narracji, który można
już zaobserwować w drugim rozdziale noszącym tytuł „Dorzecza”. Biogramy
muzyków są zgrabnie od dzielone od siebie, a następnie wzajemnie się
przenikają i stopniowo uzupełniają.
Riverside po nagraniu płyty „Love, Fear and the Time Machine”, 2015 (fot. Mariusz „Kobaru” Kowal)
Podobny zabieg Nowakowski zastosował przy krótkich opisach
poszczególnych utworów z płyt wykazując się nie tylko przenikliwymi
spostrzeżeniami, ale także trafną oceną zmian stylu i poszukiwań
tożsamości Warszawiaków. Sam komentarz „odautorski” jest w dużym stopniu
oparty na wypowiedziach muzyków, które wręcz przypominają wywiad-rzekę,
ale bez pytań które by je poprzedzały. Język jest płynny, klarowny i
soczysty, nie ma w nim dłużyzn ani mielizn, niezależnie od partii czy
poruszanego akurat tematu. Co więcej, nie ucierpiały na tym nawet
końcowe rozdziały, które choć jak sam przyznaje autor stały się bardziej
relacją naocznego świadka niż rzetelnym podsumowaniem historii zespołu.
Ogromne brawa należą się też za iście Hitchcockowskie budowanie
napięcia, którego kulminacja następuje właśnie w tej ostatniej,
najsmutniejszej części książki – nie wstydzę się przyznać, że się po
prostu poryczałem, bo nadal do mnie nie dociera, że Grudnia już z nami
nie ma i sądzę, ze nie tylko ja nadal dość silnie to przeżywam.
Riverside, 2016 (fot. Oskar Szramka)
Na nieco ponad czterystu stronach – wliczając także spis wszystkich
wydawnictw Riverside i Lunatic Soul wydanych do końca października tego
roku, a także dwie wkładki z fotografiami gdzie nie zabrakło także
przejmującej czarno białej sesji zdjęciowej Oskara Szramki – Nowakowski
barwnie, szczerze i przystępnie opisuje fenomen Riverside, ale nie
urządza zbędnych personalnych wycieczek. Z dbałością o szczegóły, wręcz
chciałoby się powiedzieć „w wysokiej rozdzielczości”, skonstruował nawet
nie biografię czy monografię zespołu, a powieść o zespole i o
drzemiącej w niej niezwykłej charyzmie i odwadze w podejmowaniu trudnych
decyzji. Całości dopełnia kapitalna grafika Travisa Smitha, który dla
Riverside tworzy obrazy już od samego początku i z godną podziwu
konsekwencją artystyczną uzupełnia każde z wydawnictw formacji. O tym,
że to pozycja godna uwagi świadczyć też może fakt, że pochłonąłem ją w
niespełna trzy dni – czyta się ją szybko i bardzo przyjemnie, ale to też
nie oznacza że nie ma czasu na refleksję nad tym co właśnie się
przeczytało. Doskonale czyta się ją przy muzyce, tak Riverside jak i
Lunatic Soul, ale nie jest też to pozycja zupełnie hermetyczna – z
powodzeniem mogą sięgnąć po nią nie tylko najwierniejsi fani zespołu i
Ci którzy dopiero poznają ich muzykę, ale także wszyscy, którzy główkują
się co inni widzą w „jakimś progresywnym” zespole i jestem przekonany,
że spora liczba takich czytelników nie tylko sięgnie po ich płyty, ale
wkrótce oczarowana dźwiękami pójdzie na kolejne koncerty zespołu, które
mam nadzieję po dwóch lutowych będą się mimo wszystko odbywać. To jeszcze nie jest koniec, jeszcze nie nadszedł czas…
Książkę przeczytałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości wydawnictwa In Rock oraz Laboratorium Muzycznych Fuzji. Tekst w całości pierwotnie był dostępny wyłącznie na łamach Laboratorium Muzycznych Fuzji.