Do nowej płyty mojej ulubionej holenderskiej grupy Epica jeszcze trochę czasu, ale czekając można sięgnąć po drugą płytę Mayan, o której pisałem już w lipcu dwóch tysięcy jesieni. Obecny skłąd grupy to siedem osób, w tym aż trzy z Epiki, gościnnie zaś pojawia się między innymi Floor Jansen, która nie tak dawno wydała znakomitą drugą płytę swojej grupy ReVamp oraz oficjalnie została nową wokalistką Nightwish. "Quaterpast" odkrywczy może nie był, ale bardzo dobrze się go słuchało. Jaki jest "Antagonise"?
Strony
- Strona główna
- Wstępniak
- O Nas
- Kontakt - dla zespołów
- WAFP! 2011 - 2014
- Heavy Metal Pages 2013 - 2015
- Rock3miasto.pl
- LMF 2016 - 2019
- Polisz Jor Inglisz
- Weekend Węgierski
- Weekend Chorwacki
- Wydział Filmowy
- LUpa czy Pod LUpą?
- Wilk z zakładką
- Muzyczna Biblioteka
- Wilk Kulturalny/Książki autorskie
- Oceny
- Patronat medialny LU
- Współpraca
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niderlandy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niderlandy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 marca 2014
czwartek, 23 stycznia 2014
Legion of the Damned - Ravenous Plague (2014)
Holenderski Legion Potępionych wraca w znakomitej formie. Ich szósty album studyjny zrealizowany w trzy lata po odrobinę słabszym "Descent Into Chaos" to potężna dawka deathu przyprawionego thrash metalem i dużą ilością oldschoolowego podejścia do obu gatunków...
środa, 6 listopada 2013
Hail of Bullets - III: The Rommel Chronicles (2013)
Podobnie jak dwa poprzednie albumy niderlandzkiego Hail Of Bullets, najnowszy trzeci album, jest konceptem osadzonym w realiach II Wojny Światowej. Tym razem jednak skupia się na historii postaci tyleż ciekawej, co kontrowersyjnej, a mianowicie na Lisie Pustyni, feldmarszałku Erwinie Rommelu. Historia życia dowódcy Afrika-Korps przedstawiona przez Holendrów to świetna okazja, by przybliżyć sobie nie tylko jeden z najciekawszych epizodów wojny, ale także bliżej poznać niezwykle barwną postać, której została płyta poświęcona...
czwartek, 7 lipca 2011
Mayan – Quaterpast (2011)
W styczniu pisałem o niderlandzkim death metalu, o kilku jego reprezentantach i ich niesamowitym podejściu do gatunku. Minęło pół roku i znów trafiam na płytę z Niderlandów, która dosłownie posiekała mnie na drobne kawałeczki. Zastanawialiście się kiedyś, co by było gdyby Dream Theater zaczęło grać techniczny death metal z symfoniczno – operowym zacięciem? Prawdopodobnie wielu fanów legendarnej grupy uciekłoby z krzykiem, inni z zadowoleniem pokiwaliby głowami, a na pewno przysporzyłoby jej wielu nowych fanów. Zespół musiałby pożegnać się z LaBriem lub LaBrie musiałby zacząć growlować, ewentualnie powinni zatrudnić growlującego wokalistę, a zamiast Manginiego wybrać bębniarza obracającego się w muzyce death metalowej (była nawet taka możliwość).
Do czegoś takiego jednak nigdy nie dojdzie. Z jednej strony bardzo dobrze, z drugiej niestety. A ta płyta stanowi właśnie odpowiedź na takie ekstremalne pytanie…
Grupa Mayan powstała na początku 2010 roku z inicjatywy wokalisty Marka Jansena (Epica), klawiszowca Jacka Driessena i gitarzysty Sandera Gommansa (byłymi muzykami grupy After Forever) jako projekt łączący w sobie tradycyjny heavy i techniczny death metal z charakterystycznymi dla Driessena symfonicznymi aranżami. Gommans jednak opuścił projekt, a na jego miejsce wskoczył gitarzysta - Frank Schiphorst. W niedługim czasie dołączyli do nich perkusista Ariën van Weesenbeek (Epica, ex – God Dethroned), gitarzysta Isaac Delahaye (Epica, ex – God Dethroned) i basista Jeroen Paul Thesseling (Pestilence, Obscura). W tym składzie grupa zaczyna komponować utwory, ale po pewnym czasie jednak stwierdzili, że całości brakuje czystych wokali, dlatego nawiązują współpracę z Floor Jansenen (Revamp, ex – After Forever), Simone Simons (Epica), Henningiem Basse (Sons of Reasons) i utalentowaną włoską śpiewaczką operową Laurą Macrì.
Nagrania demo zostały wysłane do wytwórni Nuclear Blast i spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem, co pozwoliło zarejestrować debiutancki album zatytułowany „Quaterpast”.
Już po zakończeniu nagrań z grupy odchodzi basista, którego napięty harmonogram i zobowiązania wobec pozostałych zespołów, w których gra, nie pozwolił aby zagrać w planowanych koncertach i został zastąpiony przez Roba van der Loo (ex – Sun Caged, ex – Delain).
Jeśli się przyjrzeć okładce płyty, to trzeba przyznać, że raczej nie zachęca… Okładka moim zdaniem wręcz odpycha, ale skoro nie ocenia się książki po okładce, tak samo nie robi się tego po płycie z muzyką. Świetnie jednak koliduje ona z nazwą grupy i miażdżącym materiałem zawartym na płycie, który jak wskazuje dopisek pod tytułem: „Symphonic Death Metal Opera” jest koncept albumem, opowiadającym o postępującej degradacji świata, korupcji, przekrętach politycznych, wojnie i w końcu wyzwoleniu z postępującej, nieuchronnej samozagłady, o czym z kolei można się dowiedzieć spoglądając na tytuły kolejnych utworów. Konstrukcja płyty wyraźnie jest też podzielona na charakterystyczne elementy opery: uwerturę, trzy akty , intermedia i finał. Nie pozostaje zatem nic innego jak odsłonić kurtynę i rozpocząć przedstawienie:
Uwertura: „Symphony of Agression” – zaczyna się od wolnego, ostrego riffu i przyśpieszamy. Niesamowity wokal Laury i bardzo ciekawy growl.
Akt I: „Mainstray of Society – In the Eyes of the Law: Corruption” – utrzymany w tym samym tempie, ale odrobinę przyspieszający na refren. Kapitalnie dopasowane orkiestracje i wyraźnie wyczuwalny klimat dawnego Opethu, choć fragment refrenowy bardziej skojarzył mi się Therionem czy nawet z black metalem.
Pierwsze interludium to utwór tytułowy. Trwający nieco ponad półtorej minuty to wyłaniający się z mgły smyczkowy motyw. Dziecięcy chór. Funeralny ton.
Gładko przechodzimy do utworu „Course of Life” w którym pojawiają się obok kilku rodzajów growlów i wokali Laury, czyste power metalowe wokale przypominające barwą te znane z Bloodbound czy Circle of Silence. Zwolnienie funeralno-kołysankowe i znów ostre riffy i orkiestracja. Klawiszowe zejście z mrocznym i smutnym jednocześnie smyczkowym pociągnięciem… Kolejny utwór „The Savage Massacre – In the Eyes of Law: Pizzo” uderza potężną pędzącą perkusją i goniącą orkiestracją. Utwór przypomina konstrukcją dłuższe kompozycje Avantasii, jednakże wszystko jest bardziej ciemne, mroczne i nie tak pompatyczne. W połowie utworu zwolnienie i fragmenty włoskojęzycznej audycji i ponowne uderzenie aż do odgłosu eksplozji lub jakiegoś wypadku samochodowego...
Drugie interludium „Essenza di te” – smyczki, harfa… skojarzenia z wczesnym Dream Theater z okresu klawiszy Moore’a, operowymi ariami Mozarta (niesamowita partia wokalna Laury). Po prostu coś pięknego.
Akt II: pędzący, niezwykle melodyjny „Bite the Bullet” przypominający kompozycje Edguya czy Avantasii – połączone z fantastycznym orkiestrowym aranżem.
I jeszcze ten duszny, ciemny klimat… fantastyczne…
Następny utwór „Drown the Demon” rozpoczyna mroczne orkiestrowe intro i wchodzi perkusja i gitara powtarzająca melodię. Nie zwalniamy tempa ani na sekundę, choć wszystko jest utrzymane w lekko pochodowej tonacji. Znów skojarzenia z Therionem, może nawet wczesnym Nightwishem (co nie jest bynajmniej wadą – czy ktoś jeszcze pamięta czasy gdy Nightwish grał bardzo podobnie?). „Celibate Aphrodite”, czyli następny utwór rozpoczyna fantastyczny riff i potężny bas. I znów właściwie nie zwalniamy tempa… ciężko opisać wszystko co się dzieje nie tylko w tym utworze, ale również to, co dzieje się na samej płycie, a dzieje się naprawdę wiele.
Finałowy Akt III: „War On Terror – In the Eyes of the Law: Pentagon Papers” znów zaczyna orkiestracja przywodząca na myśl gotyckie kompozycje Danny’ego Elfmana i przyśpieszamy.
Potężna perkusja i fantastyczne riffy gitar połączone z niesamowitą orkiestracją sprawiają, że dosłownie zatapiamy się w tej muzyce i wyobrażamy każdą scenę opery, której słuchamy.
Trzecie i ostatnie interludium „Tithe” przynosi odrobinę wytchnienia – jakieś szepty, delikatny, ale mroczny klawisz powtarzający motyw z poprzedniego utworu i przechodzimy do ostatniego utworu „Sinner’s Last Reatreat – Deed of Awakening” – kolejnego niesamowitego, pędzącego i powalającego klimatem walca.
Kurtyna opadła. Koniec opery. Pozostaje włączyć odtwarzanie ponownie…
Podsumowując, jest to płyta bardzo ciężka i interesująca. Niezwykłe połączenie typowo death metalowej stylistyki z elementami melodyjnego power metalu i progresji, orkiestrowymi aranżami i kongenialnym głosem Laury z pewnością zaciekawi wielbicieli takiego grania.
Jestem przekonany, że każdy znajdzie tu coś dla siebie i ani przez sekundę nie będzie się nudził. Oczywiście, że można powiedzieć, że wszystko już gdzieś było i że to właściwie nic nowego, ale podane tak apetycznie, że przy ostatnich dokonaniach Nightwisha czy Within Temptation jest to płyta po prostu genialna. Jest to też prawdopodobnie jedna z najlepszych płyt tego roku i jeden z najbardziej nieoczekiwanych i niesamowitych debiutów, jaki słyszałem w ostatnim czasie. Ocena: 8/10
Klasyczna opera składa się z uwertury, trzech aktów i finału. Niektóre posiadają też interludia, czyli instrumentalne wstawki poprzedzające kolejne wydarzenia, krótkie dialogi lub narracje zamiast arii.
Czasami, choć rzadko, opery posiadają dwa akty. Bardzo rzadko zdarza się z kolei, aby opera miała cztery lub więcej aktów.
sobota, 22 stycznia 2011
Niderlandzki Death Metal
Niderlandzki Death Metal
Death Metal – niektórzy, gdy słyszą tę nazwę reagują alergicznie, a twarze wykrzywia spazm niezadowolenia. Są tacy, którzy w podobny sposób reagują na bardzo podobne stylistycznie black, groove i sludge metalowe granie. Wszystkie łączy szybkie tempo, ostre, często nisko strojone gitary, łomocząca perkusja z podwójną stopą i growlowane wokale.
Podobna jest też tematyka utworów: śmierć, zjawiska okultystyczne i satanistyczne, rzadziej społeczne czy wojenne. Do pewnego momentu reagowałem podobnie. Nadal nie jest to jednak moja muzyka. Przynajmniej nie w całości.
Wszystko zaczęło się od Opeth, które usłyszałem w audycji Piotra Kaczkowskiego „Minimax”. –„Zaczyna Opeth…-” powiedział na początku jednej z odsłon „Kuźni” w 2008 roku i wtedy dla mnie zaczęła się przygoda z death metalem, w ogóle z cięższymi i bardziej ekstremalnymi odmianami metalu. Przynajmniej w pewnym sensie. Wówczas tylko Opeth mnie poraził i wciągnął do reszty. Nieco później poznałem również za sprawą redaktora Kaczkowskiego Satyricon, Sepulturę, Soulfly czy Cavalera Conspiracy. Death metal nadal był jednak na uboczu. Następnie na własną rękę odkryłem niezwykły niemiecki sludgemetalowy The Ocean Collective (dziś po prostu The Ocean), a ostatnio trafiłem zupełnym przypadkiem („nie ma przypadków”) na kilka naprawdę świetnych zespołów grających właśnie death metal.
Niderlandzkie zespoły deathmetalowe, bo je właśnie mam na myśli, chyba niezauważone u nas, a na pewno w pewnym sensie nawet lekceważone, to zjawisko fenomenalne.
Death metal zwykle kojarzy się z bezładnym waleniem perkusji, rzężeniem gitary i bezsensownym charkotem (growlem), który udaje wokal. Większość takich zespołów w ten sposób, nie da się chyba temu zaprzeczyć, właśnie gra.
W Holandii podejście do takiej muzyki jest zupełnie inne. Oczywiście, wszelkie cechy charakterystyczne gatunku zostały zachowane, a jednak jest coś, co je wyróżnia i to znacząco. Jest to przemyślana formuła melodyczna oraz doskonały warsztat muzyków. Oni nie łomoczą, ani nie rzężą – oni naprawdę grają. Można powiedzieć, że bliżej im nawet do trash metalu lat 80 i jest to skojarzenie jak najbardziej właściwe, bo tak właśnie brzmią te zespoły.
Przybliżę fenomen death metalu niderlandzkiego na przykładzie kilku znaczących na Niderlandach zespołów. Wszystkie powstały stosunkowo niedawno, w większości przed kilkoma laty.
Pierwszy z nich to Hail of Bullets, który poznałem najwcześniej. Zainteresowała mnie okładka i adnotacja „tematyka II wojny światowej”. W wypadku takiej tematyki zapala się lampka – Sabaton. Owszem, ale Sabaton gra power metal, więc to nie te rejony. Przesłuchawszy obie płyty zespołu, który powstał w 2006 roku („…Of Frost and War” z 2008 roku i zeszłoroczny „On Divine Wings”) zakochałem się w tych dźwiękach i postawiłem przed sobą zadanie poznania innych niderlandzkich zespołów death metalowych, bo podkreślę to raz jeszcze, to wciąż jest death metal. Co ciekawe, zespół Hail of Bullets nagrał w 2009 roku utwór „Warsaw Rising” opowiadający o powstaniu warszawskim (!) i umieścił go z kilkoma innymi utworami na epce pod tym samym tytułem.
Następny to God Dethroned. Już sama nazwa wskazuje, że mamy do czynienia z death metalem, ale na przykładzie tego zespołu świetnie widać ewolucję tego gatunku na Niderlandach, jak zmieniał się sposób jego traktowania i podejścia. Grupa powstała w 1991 roku w miejscowości Beilen i już w rok później nagrała typowo death metalowy (szczególnie z racji jakości nagrania) debiutancki materiał „The Christhunt”.
Następnie zespół rozpadł się i reaktywował w 1998 roku, kiedy to w nowym składzie nagrał „The Grand Grimoire”, a w rok później „Bloody Blasphemy”. Były one znacznie przystępniej nagrane i słychać na tych płytach drapieżny, garażowy trash metal lat 80. Rok 2001 przyniósł płytę „Ravenous”, a lata następne nieco łagodniejsze i jeszcze mocniej melodyjne płyty: „Into the Lungs of Hell” (2003), „The Liar of the White Worm” (2004) i „Toxic Touch” (2006). Zwrot w stylu grupy nastąpił w 2009 roku, kiedy wydali „Passiondale” – opowiadający o I wojnie światowej. Łatwo się domyślić, że tytuł to odniesienie do miejscowości Paschendale, gdzie okrutnie wymordowano żołnierzy alianckich przy pomocy gazów trujących.
W zeszłym roku zaś wyszła kontynuująca wątki poprzedniego wydawnictwa świetna płyta „In The Sign Of The Iron Cross”. Co ciekawe, wszystkie albumy grupy utrzymują naprawdę wysoki poziom i ani przez chwilę nie ma się wrażenia znudzenia czy nawet odruchu wymiotnego. To kawał naprawdę świetnej, ostrej i mocnej bardzo mięsistej muzyki, przywodzący na myśl walec drogowy…
Trzeci zespół to Legion of the Damned, który powstał 2004 roku po rozwiązaniu grupy Occult. Warstwa liryczna obu zespołów skupia się na makabrze, czarnej magii, motywach religijnych i zjawiskach apokaliptycznych. Debiutancki album „Malevolent Rapture” z 2006 roku oraz wydany rok później „Sons of the Jackal” zostały zrealizowane w słynnym studiu Stage One, a produkcją płyt zajął się Andy Classen. W 2008 roku wydali dwie płyty „Feel The Blade” (wybrane utwory zespołu Occult nagrane na nowo z gościnnym udziałem wokalisty Hail of Bullets) oraz „Cult of the Dead”. Ta ostatnia najpełniej oddaje styl grupy, który wykrystalizował się i zaczął oscylować wyraźniej wokół trash metalu. W tym roku grupa zrealizuje album, który według muzyków ma oddawać charakter dawnej sceny metalowej lat 80, zatytułowany „Descent Into Chaos”, a pierwsze dostępne utwory zdają się to potwierdzać. Ciekawostką jest logo zespołu, które przypomina blok dziurawego sera – to hołd dla holenderskich korzeni.
O wcześniejszej odsłonie grupy, wspomnianym już Occult, wiadomo niewiele, choć zespół wydał pięć płyt studyjnych. Należą do nich „Prepare to Meet Thy Doom” (1994), „The Enemy Within” (1996), „Of Flesh and Blood” (1999), „Rage to Revenge” (2001) oraz „Elegy for the Weak” (2003). Dwie pierwsze płyty właściwie stylistycznie mają najbliżej do black metalu, wczesnego Bathory’ ego czy Satyricona. Kompozycje tak, jak w black metalu, są zarejestrowane w niskiej tonacji dźwięków. Całość charakteryzuje się powolnymi, pochodowymi pasażami i mroczną aurą krajów północy.
A „Outro” z „Prepare to Meet Thy Doom” przypomina ostatnie minuty pierwszej płyty King Crimson… (death metal i King Crimson? dziwne, ale możliwe). Dwie ostatnie płyty przedstawiają zespół w pełni wykrastylizowany stylistycznie i właściwie jest to już Legion of the Damned. (To Ci sami muzycy, ale inni wokaliści.) Środkowa płyta z 1999 roku to coś pośredniego między wczesnym Occultem, a tym późniejszym. Na trzech pierwszych płytach pojawiają się niezwykle melodyjne solówki, przywodzące na myśl klasyczny trash metal, a nawet speed. Jeśli death metal to przychodzi skojarzenie z wczesnym Opethem, a nawet naszym polskim Vaderem (!).
Warto też odnotować, że podobnie jak w przypadku God Dethroned wszystkie płyty, zarówno Occult jak i Legion of the Damned utrzymują naprawdę wysoki poziom.
Podsumowując, niderlandzki death metal to bardzo interesujące zjawisko. Nie trudno też o przyznanie Holendrom pierwszeństwa w nowoczesnym odczytaniu stylistyki grania ekstremalnego (Sepultura czy Soulfly choćby, wcale nie byli pierwsi!), a właściwie można nawet powiedzieć, że metalcore (m.in. Bullet for My Valentine) i zjawisko New Wave of American Heavy Metal (Lamb of God !) to pośrednio zasługa właśnie niderlandzkich zespołów grających ciężkie odmiany metalu. Jest to ostra jazda bez trzymanki na najwyższych obrotach po wszystkich gatunkach ekstremalnego grania i przeznaczona tylko dla twardych facetów i wielbicieli ciężkich brzmień. Mięczakom na ten teren wstęp jest surowo wzbroniony i restryktywnie selekcjonowany przez patrole żywych trupów. Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



