Coraz częściej dochodzą mnie słuchy, że LupusFest jest pamiętany, stawiany jako wzorzec i wręcz wypatrywany. Jak to właściwie z tym LupusFestem było? Dlaczego jest mi miło i dziwnie zarazem? Czy LupusFest powinien wrócić? W LUpie spróbuję przyjrzeć się fenomenowi którego nigdy nie było, a wszystko było dziełem przypadku. Ale czy tylko i wyłącznie przypadku?
Pamiętam ten dzień
sprzed ponad 13 lat, pewnego wrześniowego dnia, gdy po 25 latach
wspólnej gry zespół Dream Theater opuścił perkusista Mike
Portnoy. Ten szok i niedowierzanie wśród pokaźnej grupy fanów
zespołu i liczne znaki zapytania nad przyszłością legend
progresywnego metalu! Ja przyjąłem ten fakt z dość zaskakującą
obojętnością. Dlaczego wtedy tak zareagowałem
i jaki był powód kompletnej zmiany zdania u mnie na temat sekcji
perkusyjnej zespołu po latach? Postaram się to wytłumaczyć w
poniższym tekście.
Wielu bardzo chciało, żeby ten dzień nadszedł, ale aż do teraz było to raczej mało prawdopodobne i raczej niewielu spodziewało się, że naprawdę wydarzy...
Tak prezentuje się okładka nadchodzącej książki...
Nadeszła najwyższa pora, żeby ujawnić karty - oczywiście nie wszystkie - i oficjalnie zapowiedzieć nadchodzącą i wciąż pisaną książkę, której powstanie ogłosiłem kilka miesięcy temu. Co znajdzie się w prawdopodobnie jedynym tego typu wydawnictwie na świecie, dlaczego pozycja nie ukaże się w formie fizycznej, dlaczego w ogóle zaczęła powstawać i chyba najważniejsze pytanie, które sobie wszyscy zainteresowani zapewne zadają: kiedy premiera? O tym w paru słowach w rozwinięciu tej zapowiedzi!
Trzeci Program Polskiego Radia jaki wszyscy znaliśmy przestał istnieć. Wszystko przez działania naszego rządu i dyrekcji z ramienia partii, która z jej błogosławieństwem całkowicie zniszczyła to, czym była Trójka. Jej agonię obserwowaliśmy już od jakiegoś czasu, ale wystarczyła jedna iskra, żeby w przeciągu kilku dni odeszli wartościowi ludzie i redaktorzy, którzy przez lata prowadzili nas przez muzyczne gatunki i ścieżki, które nas ukształtowały...
Ten wpis urodzinowy miał wyglądać inaczej i miał dotyczyć tylko radosnych rzeczy - faktu skończenia przez moją stronę dokładnie ośmiu lat i rozpoczęcia dziewiątego roku działalności, najbliższej dużej premiery patronackiej z której jesteśmy bardzo dumni oraz drugiego numeru "Wilka Kultutalnego" czyli specjalnego, magazynowego spin-offu bloga w wersji prawie na papierze. O tym, oczywiście będzie, ale i sam charakter wpisu mocno się zmienił w stosunku do pierwotnego zamysłu - bo będzie też odrobina prywaty, czyli czegoś czego nie chciałem nigdy poruszać na LU. Podkreślając, że blog nigdy nie był i nigdy nie będzie w żaden sposób polityczny chciałbym bowiem w kilku słowach odnieść się do tego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni...
Męskie Granie ma problem ze sprzedażą biletów na tegoroczną edycję bo serwery nie zostały przewidziane na zmasowany atak ludzi chętnych do kupienia wejściówek. Abstrahuję od sytuacji w której marketingowcy i PRowcy zajmujacy się tą kwestią nie są w stanie razem ze swoimi specjalnie na te potrzeby wynajętymi informatykami i programistami ustawić właściwie strony z której można je kupić, ale jak zacząłem się nad tym zastanawiać stwierdziłem, że nie powinno tak to wyglądać. Z tej okazji w kolejnej odsłonie LUpy postanowiłem przyjrzeć się, jak to z tymi biletami drzewiej bywało i jak obecnie powinno wyglądać...
Ludzie mają różne gusta i zdania, są też niewdzięczni ale nie ma chyba nic gorszego jak krytykowanie czegoś czego się nie lubi lub zwyczajnie zazdrości. Zamiast bowiem docenić najprościej jest opluć i nazywać to coś lub kogoś beztalenciem i kopią. O czym mowa? O zdobywającej coraz większą popularność w Stanach i na świecie grupie Greta Van Fleet, którą jedni pokochali od pierwszego usłyszenia (i zobaczenia), a inni z marszu obwołali marną imitacją i kopią legendy jaką jest Led Zeppelin do której słusznie się ją porównuje. Kto ma rację i jak to z tymi kopistami w ogóle jest? Czy w dzisiejszych czasach w ogóle możemy mówić o czymś takim jak oryginalne albo skopiowane? Czy nie lepiej wziąć po prostu coś na uspokojenie i zwyczajnie dać sobie spokój z krytyką i podburzaniem tych, którym się Greta Van Fleet czy jakikolwiek inny "nowy/stary" zespół podoba i w odwrotną stronę kiedy się nie podoba?
Kolejny rok za nami. Tym razem LupusUnleashed świętuje siódme urodziny i wkracza w ósmy rok działalności. Podobnie jak w zeszłym roku muszę zauważyć, że jest to szmat czasu, a wraz z nim niezliczone ilości godzin słuchania płyt i pisania. Tekstów w minionym roku było mniej niż w poprzednich latach, ale na pewno nie był to rok bezowocny. Przyniósł wiele wspaniałych płyt i ważnych dla nas wydarzeń. Jak będzie wyglądał ów ósmy rok krnąbrnego siedmiolatka? Nie wiemy, ale spróbujemy odpowiedzieć w kilku słowach na to pytanie, a na koniec dorzucimy jeszcze mały bonusik ode mnie i znanego Wam już Jarka Kosznika...
Całkiem niedawno na jednej ze swoich stron na facebooku zaprzyjaźniony bloger wrzucił krótką notkę o czwartym albumie Periphery zatytułowanym "III: Select Difficulty"*. Jeden z komentujących napisał, że "mają wiele fajnych kawałków, ale część z nich jest mówiąc delikatnie homoseksualna". Na moją prośbę żeby rozwinął wątek, wykręcił się stwierdzeniem, że "nie, bo dostałby bana za szerzenie mowy nienawiści". Dalej jeszcze dodał, że dla niego homoseksualne jest także Deftones. Zaintrygowany jednym, drugim i trzecim komentarzem zacząłem się zastanawiać czy jest coś takiego jak "muzyka homoseksualna", czy muzyka może mieć w ogóle coś takiego jak "seksualność"?
Starałem się tego typu rzeczy nie komentować i przechodzić obok nich obojętnie. Ale ostatnimi czasy czara goryczy się przelała. O czym mówię? O pseudo celebrytach i YouTuberach nagrywających płyty...
Jestem zdruzgotany. Ciężko mi się pisze te słowa. Zaledwie wczoraj pisałem recenzje nowej płyty Linkin Park, a dzisiaj przyszło mi opłakiwać wokalistę Chestera Benningtona. I choć ostatni album w dużej mierze nie przypadł mi do gustu, to byłbym ignorantem gdybym nie zaznaczył jak wielką rolę ten zespół miał we współczesnej muzyce. Ale dla mnie najważniejsze jest to, ile znaczył on dla mnie. Jest to ten wyjątkowy moment, w którym pozwolę sobie na prywatę.
Linkin Park był jednym z pierwszych zespołów z gatunku cięższej muzyki jakiego zacząłem słuchać. Do tego momentu słuchałem muzyki losowo, bujając się pomiędzy popem, a polskim rapem i hip-hopem. Nigdy nie czułem większego związku z muzyką dopóki nie usłyszałem AC/DC i właśnie Linkin Park. To były dwa zespoły, które były moją furtką do świata ciężkiej muzyki. Wiem jak dziwnie to zabrzmi, ale to Linkin Park był jednym z powodów, dla których chwyciłem za gitarę (większym był Godsmack, ale Linkin Park miał swoją chlubną rolę w tym procederze). Pamiętam jak niesamowicie jarałem się One Step Closer oraz A Place For My Head. Pamiętam jak cieszyłem się kiedy słyszałem What I've Done i jak czekałem na New Divide. Pamiętam jak witałem nowe płyty z otwartymi ramionami, chociaż nie zawsze wszystko mi się w nich podobało. Nigdy nie dane mi było zobaczyć zespołu na żywo. Albo brakowało pieniędzy, albo czasu, albo bilety wyprzedawały się zanim zdążyłem je kupić. Zawsze myślałem "następnym razem, przecież często odwiedzają Polskę". Cóż, dzisiaj wiem że nie będzie następnego razu. Chester Bennington odszedł i nic tego już nie zmieni. Pewna muzyczna cząstka mnie odeszła razem z nim. Miałem nikłe marzenie, że kiedyś jeśli osiągnę sukces z zespołem i spotkam Chestera, to powiem jak duży wkład miał w moje postrzeganie muzyki. To nie jest już realne. Jestem załamany tym co się stało i mam nadzieje, że gdziekolwiek teraz jest, to jego koszmar się skończył. Żeganj Chester. Dla mnie zawsze będziesz razem z Linkin Park, częścią mojej muzycznej drogi. Włączmy razem muzykę grupy najgłośniej jak się da, by uhonorować tego niezwykłego, utalentowanego muzyka.
Przepychanki między muzykami wydają się normalne, w końcu przy tylu barwnych osobistościach ciężko oczekiwać, by każdy z każdym się lubił. Jednak ostatnia medialna walka pomiędzy Chadem Kroegerem, a Corey'em Taylorem wydaje się... dziecinna.
Wyobraźcie sobie następującą sytuację. Widzicie że artysta X na którego koncert bardzo chcecie pójść ogłasza trasę i obejmuje ona nasz nadwiślański kraj. Cieszycie się, skaczecie z radości i wchodzicie na stronę z biletami. Patrzycie i cena nawet nie duża, powiedzmy 90zł - 250zł (w zależności od miejsca). Za koncert ulubionego artysty to jak nic. Postanawiacie kupić bilet jutro u jakiejś sieciówki (dajmy na to tej na literkę "E"), by mieć go już przy sobie. Idziecie zadowoleni, podchodzicie do kasy i mówicie:
Miał być drugi Q&A planowany na styczeń/luty, ale tym razem się nie udało. Przyszło do nas tylko jedno pytanie - co jest nie tylko smutne, ale też nieadekwatne do planu zrobienia drugiego filmiku z odpowiedziami na pytania od naszych czytelników. Nie wiemy co zawiniło - czy była to kwestia terminu czy może mimo przypominania jakaś ogólna niechęć do takich działań, które zazwyczaj cieszą się całkiem sporą popularnością. Nie będziemy tego roztrząsać. Być może w przyszłości ogłosimy kolejne Q&A które chcielibyśmy zrobić w formie filmiku, z nadzieją że spotka się z większym zainteresowaniem i większą ilość ciekawych dla nas i dla Was pytań, ale zobaczymy. W tym momencie czujemy tylko rozczarowanie.
Postanowiliśmy, że jednak odpowiemy na to jedno pytanie, które do nas przyszło w formie pisemnego minifelietonu, takiego poza cyklem "LUpa/"Pod LUpą". Pytanie przysłała nam nasza stała czytelniczka Radiomuzykantka (za co bardzo dziękujemy!), które to znajdziecie poniżej wraz z naszymi odpowiedziami...
Niektórych muzyków i twórców nie zobaczymy już nigdy na żywo. A przynajmniej tak było do niedawna. Ronnie James Dio właśnie wrócił zza grobu jako... hologram, który jest niemal jak żywy. Niemal. Sam fakt takiego pomysłu wzbudza kontrowersje, a co dopiero jego wykonanie. Czy naprawdę potrzebujemy hologramowych projekcji naszych ukochanych artystów? A może to jest przyszłość, która nas czeka, a zmarli artyści będą zarabiać na występach, które tak naprawdę nigdy się nie wydarzyły? W pierwszej w nowym roku odsłonie "Pod LUpą" postanowiliśmy przyjrzeć się właśnie tej kwestii, która wzbudza nie tylko u nas mieszane, wręcz ambiwalentne uczucia...
Ludzie chyba nie rozumieją czym jest inspiracja albo czym jest wykorzystanie powszechnie znanego znaku czy motywu. Inna sytuacja gdy okładki są do siebie tak podobne, że można mówić tylko o plagiacie albo o... kolejnej pracy tego samego artysty. Kontrowersje wzbudzała ostatnio okładka nowej płyty Metalliki, bo ktoś przyuważył, że wygląda bardzo podobnie do okładki pewnej płyty Crowbar, teraz głośno się robi o niewydanym jeszcze albumie Deep Purple "InFinite", bo użyty znak nieskończoności przecież pojawił się kilka lat temu na dwóch płytach Devina Townsenda. Jak sytuacja przedstawia się w rzeczywistości?
To określenie dobrze znane każdemu miłośnikowi muzyki metalowej już dawno nie dotyczy tylko i wyłącznie Metalliki, która niebawem wyda swój najnowszy album studyjny, a zaczęło mieć nieco szersze znaczenie. Każdy zespół ma w swojej historii wzloty i upadki, płyty przełomowe i takie o których pewnie sami muzycy chcieliby zapomnieć, okresy milczenia przez lata i wielkich powrotów czy wreszcie często poważnych zmian składu. Te wszystkie czynniki wpływają na to jak postrzegamy dane grupy niezależnie czy nadal jesteśmy ich fanami czy przeciwnikami, choćby z powodu zmiany gustów. Redaktor Chamera w swoim felietonie na ten temat przedstawił już swój punkt widzenia (i słyszenia) więc przyszła kolej na mnie. Jak to jest z tym "skończeniem się na Kill'Em All"?
Kapitalny plakat koncertowy Gogola Bordello ukazuje sytuację "do wyboru do koloru"
W zasadzie tytuł mówi już wszystko. Metallica wydała pełno płyt po swoim debiutanckim albumie, uznane za świetne i zmieniające muzykę. Ale one się nie liczą, liczy się ta pierwsza. Potem, o zgrozo! Zespół stwierdził że będzie eksperymentować. Dlaczego nie grają już tak samo? Dlaczego nie chce im się robić tych samych płyt? Tego typu narzekania właśnie widzę co chwilę odnośnie zespołów. I mam serdecznie dosyć tego typu zarzutów.
Czasami starsi ludzie mawiają: "Do snu diabeł mu przygrywał"...
Ach! ten piękny stereotyp. Ileż to razy musiałem tłumaczyć, że muzyka
rockowa i metalowa nie opowiada o tym jak czcić Belzebuba i nie namawia
do wcinania okolicznych kotów na śniadanie. I tak, mam świadomość, że
taka i podobna tematyka też się pojawia (głównie w nurcie death/black
metalowym), jednak odnoszę wrażenie, że nie jest to częsty temat
utworów. Kiedy przyjrzałem się tekstom różnych zespołów których słucham
to poruszana tematyka jest bardzo różnorodna: seks, narkotyki, alkohol,
tematy społeczne, filozoficzne, egzystencjalne, czy rozważania
religijne, ale nie w systemie jaki widzi to większość, czy też Kościół. - tak zaczął swój felieton o problemie postrzegania ciężkich brzmień i jego powiązań z "satanizmem" przez społeczeństwo, a zwłaszcza Kościół, redaktor Chamera. W drugiej części tej odsłony "Pod LUpą" wypowiem się ja, rozszerzając nieco spektrum spojrzenia na zagadnienie, bo diabły i demony siedzą nie tylko w rocku i metalu...