Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock Out Pub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rock Out Pub. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2012

R15/43: Hateseed, The Meizterz (29.09.2012, Rock Out Pub, Gdańsk)


W zimny, ale na szczęście względnie nie deszczowy wieczór warto było wybrać się do gdańskiego Rock Outu, gdzie podczas jednego z ostatnich w tym sezonie koncertów zaprezentował się nowy skład lubianej przez wielu grupy Hateseed.

niedziela, 20 maja 2012

R5/33: Old Garage, Back Stage (19 V 2012, Rock Out, Gdańsk)


Otwarcie sezonu koncertowego w gdańskim Rock Out. Ciekawsze niż propozycje uczelni na tegorocznych Juwenaliach - na Delfinaliach hip hopowa chała, na Neptunaliach dawka dorocznej powtórki z rozrywki, a na Chemikaliadach okradają zespoły. Pub zaś postanowił sezon koncertowy otworzyć dwoma zespołami: puckim Old Garage oraz Back Stage z Władysławowa.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Relacja XX: Desert of Shadows, Damage Case, Metaliator (Rock Out Pub, Gdańsk Oliwa, 20 VIII 2011)

czyli upór i determinacja kontra młodość, pomysłowość i żenada


Oliwski Rock Out wyrasta na najbardziej aktywną konkurencję dla gdyńskiego Rockza i Ucha. Koncerty, które są tam organizowane z częstotliwością co tygodniową (co prawda pewnie tylko na okres sezonu wiosenno – jesiennego; zimą niestety nie ma tam warunków na zorganizowanie takowego) są znacznie ciekawsze pod względem doboru grup, zwłaszcza lokalnych, niż w obu gdyńskich „wyjadaczach”. Tu nie ma żadnych powtórek i kolejnych występów tych samych zespołów, co tydzień jest coś innego i w dodatku z bardzo różnych szuflad stylistycznych. W sobotę 20 sierpnia zaprezentowały się trzy zespoły – sopocki Desert of Shadows, pochodzący z Tczewa Damage Case oraz warszawski Metaliator.

Pierwszy zespół łączy ze sobą wpływy death, gothic i black metalu oraz mrocznego metalu progresywnego. O swojej twórczości mówią, że jest to wejście do świata snów, marzeń i koszmarów, podróż przez pełen uczuć surrealistyczny świat kontrastów.
Desert of Shadows, bo o nim mowa, zaprezentował się nader ciekawie - mroczne wejście i mówiony wstęp wokalistki, następnie mocne wejście gitar i perkusji – tak się rozpoczął wieczór. Już pierwszy kawałek przywołał mi na myśl takie grupy jak Opeth (growlujący gitarzysta wyraźnie wystylizowany na Aekerfelda), Mayan, a nawet Dark Tranquillity, Insomnium czy Type O Negative (z okresu „Bloody Kisses”).


Utwory zespołu są ciemne, oparte na ciężkich riffach, pędzącej perkusji (brawa dla perkusistki) i bardzo ciekawych melodiach. Muzycznie kompozycje są dość rozbudowane i łatwo zauważyć w nich dużą ilość świetnych pomysłów, wietrzny, dość duszny i mroczny klimat oraz pewną dawkę przebojowości. Wokalistka jakiegoś porażająco mocnego głosu nie ma, ale przynajmniej nie piała wniebogłosy, próbując udowodnić jaka jest zajebista.
Ma dobry głos i po prostu dobrze śpiewa, a w dodatku jest ładna. Growlujący gitarmen ma też fajny wokal, ale niczym raczej niewyróżniający się spośród wielu podobnych, w zasadzie nie byłem w stanie rozróżnić ani jednego słowa, które śpiewał, ale taka specyfika nagłośnienia i tego typu śpiewania, nie raz nie dwa podkreślałem, że przy pierwszym zetknięciu jest ciężko.


Dość dobrze słyszalny basista w pewnym momencie zakłada złowrogą białą maskę na twarz i równie niespodziewanie ją zdejmuje. Nie przepadam za takim operowym niemal rozdęciem i stylistycznym przekładańcem, ale granie tego zespołu o nieco przydługiej nazwie zainteresowało mnie na tyle, że chętnie posłucham ich materiału płytowego (w przygotowaniu), jak również wybiorę się na kolejny koncert. Świetnie grupa Desert of Shadows sprawdziłaby się jako support dla gdyńskiej Diavolopery na przykład – wówczas byłaby prawdziwie gotycka uczta dla uszu.

Drugi zagrał Damage Case. O tym zespole nie trzeba wiedzieć dużo, żeby zorientować się jaki jest to typ grania. Nazwa pochodzi od utworu „Damage Case” Motörheadu z płyty „Overkill”.


Ponadto jest zespołem, który przetrwał dzięki uporowi, determinacji i sile muzyki liczne zmiany składu i przeciwności. Istniejący od 1998 roku zespół nie jest tak sławny jak kapela Lemmy’ego i nie dorównuje Motörheadowi, ale jest grupą niezwykle energetyczną i dosłownie zarażającą chęcią życia na przekór wszystkiego.
Przyniósł DC zmianę klimatu. Z mroków i zakamarków duszy wyjechaliśmy z rykiem motocyklowego silnika na pustynię rock’n’rolla. Pierwszy był kawałek pod znamiennym tytułem „Rock Out”.


A następnie kolejne utrzymane w tonacji zahaczającego o thrash metal rock’n’rolla, może nawet z elementami stonera. Obok własnych kompozycji zaprezentował covery „Paranoida” Black Sabbath (ostrzej i ciężej niż oryginał) oraz „Ace of Spades” Motörheadu. Cóż można powiedzieć o graniu? Nie odkrywają niczego nowego i nie wymyślają niczego nowego, po prostu grają żywiołowo i energetycznie i dobrze się przy tym bawią, publika zresztą też. DC to zespół imprezowy, w sam raz na koncert pod chmurką i do wypicia piwka.


Obawiam się, że wszelkie studyjne wydawnictwa zabijają to, co reprezentuje zespół – konkretny styl życia i grania, w każdym razie dostępne nagrania wołają o pomstę do nieba i ciężko mi byłoby cokolwiek z nich wyciągnąć. Powiem szczerze, że i z koncertu trochę mało wynieść można – przepity wokal trochę grzązł (ktoś się nawet źlił), nic oryginalnego nie ma, ale w sumie – czego wymagać więcej jeśli nie dobrej zabawy?
Damage Case to właśnie zabawowy zespół, który nie przerwanie od ponad dekady może nie skopuje tyłków, a raczej głaszcze po główce, ale na pewno jest znacznie bardziej interesującą grupą, która gra ten typ muzyki od młodego zespołu Wolne Owce (ciekawe co się dzieje z chłopakami) czy Fire Breathing Machine, które prezentowało się tydzień wcześniej wraz z Repulsorem.

Ostatni zagrał zespół straszliwy i koszmarny o nazwie kosmicznie wręcz głupiej – Metaliator. Priorytety i cele zespołu, trzeba przyznać ciekawe, brzmią następująco: szybkie tempo i dobre riffy, granie porządnego thrashu, promocja polskich tekstów krajowej muzyce metalowej oraz energiczna i głośna gra na żywo.
Szkoda, że tylko brzmią. Na żywo właśnie zespół przedstawia się masakrycznie. Riffy są nudne i zlewające się w męczącą papkę, gra perkusji nie zachwyca, tylko nieprzyjemnie wali po głowie, a wokalistka (!) to po prostu jakaś pomyłka.
Proszę sobie wyobrazić małą, chudą dziewczynkę w szortach, koszulce na ramiączkach, kaloszach i burzy rudych włosów, która, trzeba przyznać mocnym i zadziornym głosem, drze się do mikrofonu, skacze i miota się po scenie.


Dosłownie drze się, bo śpiewem to bym tego nie nazwał. Co jeszcze? Polskie teksty może i są, ale nie zrozumiałem ani jednego słowa, poza zapowiedzią do jakże ambitnej „piosenki o piekle”. Osoby, które pogowały i moshowały pod sceną na pewno bawiły się dobrze, ale nie jestem wcale przekonany, czy pozostali bawili się równie dobrze. Ja raczej miałem nie tęgą minę, a uszy dosłownie mi puchły (basiście Desert of Shaodows zresztą też).


I jeszcze sprofanowany, dosłownie i w przenośni, cover utworu „Overkill” Motörheadu (zdecydowanie wolę wykonanie oryginalne, skróconą wersję grupy Overkill i granie kawałków zespołu Lemmy’ego przez Damage Case).
Wróciwszy do domu musiałem uspokoić się kojącą dawką dźwięków, jakimi były kwartety smyczkowe G. F Handla oraz obejrzeć sobie film na podstawie prozy Terry’ego Pratchetta.

Podsumowując, nie był to wieczór obfitujący we wrażenia. Jedyny zespół, który naprawdę mnie zainteresował należy bowiem do stylistyki, która zazwyczaj mnie odrzuca.
Desert of Shadows przy odrobinie szczęścia może całkiem daleko zajść i sporo namieszać w naszym kraju. Niepozostawiający złych wrażeń, ale i nieporażający Damage Case wyróżnia jedynie silna wola przetrwania i niespożyta chęć grania – i chwała im za to, że są zespoły, które po prostu są, nie ważne już nawet co i jak grają. Czasem bowiem wystarczy być.
Metaliator z kolei to niestety porażka – stylistyczna i pod względem materiału. Dobre granie to nie jest, szacunek jednak należy się wokalistce – niepozorny wygląd, a jak się drze, szkoda tylko, że to darcie się jest takie nieskładne i zgrzytliwie brzmiące.
Ten zespół ma najmniejsze, moim zdaniem szanse, żeby przetrwać. Ale czas pokaże, może i oni znajdą swoją ścieżkę i styl, może będą równie zdeterminowani i silni, żeby być.
Za wszystkie trzy (za Metaliatora jednak trochę mniej – ze złośliwości i przekory) trzymam kciuki i życzę sukcesów, przetrwania właśnie oraz rozwoju w granicach granej muzyki.

sobota, 25 czerwca 2011

Relacja XIII: Long Live the Pub (Rock Out, Gdańsk Oliwa, 24 VI 2011)

Powiedzenie „Umarł król, niech żyje król” znają wszyscy. W przypadku klubu muzycznego powinno się jednak powiedzieć: „Zlikwidowano pub, powstał nowy pub”.
Otóż właśnie, niedawno zlikwidowany Troll Pub znajdujący się w Gdańsku Oliwie przy dworcu, został otwarty ponownie, jako Rock Out Pub. Na razie zbytnio w wyglądzie pubu, czy jego otoczenia nie zmieniło się nic, chociaż przydałoby się poprawić płot, poszerzyć scenę i uprzątnąć trochę teren wokół stolików. Nowy/stary pub został otworzony koncertem trzech trójmiejskich zespołów, które zaprezentowały różne style grania i każdy zaprezentował się zgoła inaczej. W każdym razie, na pewno można powiedzieć, że Rock Out został otwarty z hukiem. Hukiem ciężkich odmian rockowego i metalowego grania.


Pierwsza zagrała gdyńska kapela, z którą miesiąc temu pędziłem do Gołunia, czyli Huragany – Szatany. Grupa Hurricane tym razem zagrała nieco gorszy i chyba też krótszy koncert niż poprzednio. Interesująco wypadło bardziej surowe, garażowe brzmienie, które zespół miał ustawione na okoliczności tego koncertu. Zaszwankowały względy techniczne, a przynajmniej tak twierdzą chłopaki. Uważają, że się kompletnie nie słyszeli i grali na czuja, co w znacznej mierze przyczyniło się do kilku błędów i pomyłek w trackie grania poszczególnych kawałków, a do tego jeszcze popsuła się stopa przy perce… i rozpoczęty numer trzeba było rozpoczynać na nowo. Cóż bywa.


Hurricane zagrał kilka starszych utworów, w tym m.in. „Punishment” i bardzo nastrojowy, pochodowy, ciężki „Out of my mind”. Zabrzmiał też utwór „Wake up from the dream”, który teraz nosi tytuł „Splendid Hate”. Chłopaki toczyli zażartą dyskusję o tym, czy nienawiść może być doskonała. Faktycznie „doskonała nienawiść” to trochę taki oksymoron, ale zależy to od punktu widzenia. Ja bym zostawił stary tytuł, ewentualnie zestawił ze sobą oba człony, w dowolnej kolejności. Należy się też ogromne brawa dla Huraganów, za poprawki dotyczące wokalu Kamila. Śpiewa zdecydowanie ostrzej i zadziorniej, choć w dość słabo nagłośnionym Rock Oucie nie było to odpowiednio słyszalne, i o niebo lepiej brzmi to z graną przez Hurricane mieszankę groove metalu i metalcore’u.

W trakcie rozstawiania się drugiego zespołu Fire Breathing Machine, dokoła płynął szereg zażaleń w rodzaju: „Zaczęli punktualnie? A niby z jakiej racji? Na koncercie musi być obsuwa!”. Tym razem jednak obsuwy nie było, koncerty zaczęły się punktualnie i moim zdaniem chwała za to, obsuwy są tylko brakiem szacunku dla tych którzy, przychodzą aby posłuchać mających zagrać kapel. FBM widziałem i słyszałem po raz pierwszy i szczerze mówiąc nie wiem czy mam ochotę usłyszeć ten zespół po raz kolejny.


Nie zagrali złego koncertu, wręcz przeciwnie, grali bardzo sympatycznie, ale odrzuciło mnie raczej to, jak zostało to zagrane. Zespół gra luźną mieszankę hard rocka z southern stoner metalem, silnie inspirowaną dokonaniami takich grup jak Motörhead czy Black Label Society.
Oldskulowe, suche i surowe brzmienie zespołu wypada ciekawie, ale w pewnym momencie zaczyna się już trochę dłużyć. Ktoś obok mnie powiedział, że „zjeżane są te chórki” – faktycznie chórków z jednej strony było za dużo, a z drugiej były raczej odbębnione, aniżeli budujące klimat. Szczerze mówiąc mogłoby ich nie być wcale. Gitarzysta i wokalista moim zdaniem ma trochę monotonną, bezpłciową barwę głosu, śpiewał tak trochę tak bez wyczucia, momentami jakoś za bardzo zbliżał się do Joakima Brodena z Sabatonu i za mało w nim bluesowych zaciągnięć. Wszystkie utwory utrzymane z koeli były w wolnych, pochodowych tempach o dość prostej, choć na pewno nie amatorskiej konstrukcji. Zabrakło choć jednego, ostrzejszego, pędzącego utworu. Jest to zespół interesujący, ale dość monotonny, na pewno przydałoby się więcej szybszych i ostrzejszych momentów i inny, bardziej zadziorny i pasujący do rodzaju muzyki wokal. Możliwe, że to też specyfika miejsca wpłynęła na taki odbiór FBM, ale całość pozostawiała wiele do życzenia.

Trzeci i ostatni zespół tego wieczora, zaprezentował się zdecydowanie najciekawiej i najlepiej ze wszystkich grających grup, a mianowicie Hateseed.

Historia tej gdańskiej grupy sięga 2004 roku, jednak za początek można uznać zimę 2009 roku, kiedy to zespół zarejestrował utwór „The Souleater”. Założyciel zespołu Marek Żmuda odchodzi jednak z zespołu z powodów osobistych, a na jego miejsce zostaje przyjęty Kamil Janulewicz (ex – Hurricane). Oficjalny debiut zespołu odbył się 29 stycznia 2010 roku na deskach gdyńskiego Rockza, ale najważniejszy jak dotychczas był koncert charytatywny „Tribute to Dio” w czasie którego zagrali razem z Tomaszem Struszczykiem z Turbo, Grzegorzem Kupczykiem i Bartkiem Sadurą z CETi oraz Ksawerym Buczkowskim z Panteonu.
Inspiracje takimi grupami jak Running Wild, Iron Maiden, Mercyful Fate/King Diamond, Megadeth, Turbo, czy Helloween są zaś doskonale słyszalne w kompozycjach zespołu, ja bym jeszcze dorzucił do kompletu Gamma Ray, Savatage i Bloodbound.
Hateseed obok dość długich własnych kompozycji zaprezentowała m. in utwór „Fire in the Sky”. Bardzo interesująco wypadła ballada (choć wcale nie łagodna i ckliwa) pod tytułem „Horizon”. Śpiewający gitarzysta Łukasz Szostak ma fantastyczny głos, choć spokojnie moim zdaniem mógłby miejscami śpiewać jeszcze wyżej i może nawet bardziej piskliwie.


Bardzo podobał mi się też sposób gry perkusisty (przed koncertem podsłuchałem i włączyłem się w rozmowę o Dream Theater, o Myungu, Portnoyu i Manginim) mający w sobie coś ze sposobu gry Portnoya. Pierwszy raz słyszałem ten zespół, ale wywarł na mnie duże wrażenie i dziwię się, że zespół dotychczas nie zaistniał szerzej, nie wybił się i nie nagrał jakiegoś większego materiału. Jest ogromny potencjał w tej grupie, a ich utwory w wyeksploatowanym we wszystkie chyba możliwe już strony gatunku są bardzo świeże i ciekawie grane. Ten koncert grupy Hateseed traktuje jednak jako przedsmak, 29 czerwca w gdyńskim Uchu liczę na koncert jeszcze lepszy i z którego zapamiętam więcej. A zapewniam, że będzie co zapamiętać.

Podsumowując, nowy klub został otwarty mocnym uderzeniem. Świetnym posunięciem był przekrój gatunkowy, pokazuje on, że w Trójmieście są grupy grające najróżniejsze odmiany muzyki ciężkiej, ale jeszcze nie tej najcięższej, pokazuje grupy z dużym potencjałem na sukces (a na pewno dotyczy to Hurricane i Hateseed).
Gdyby jeszcze popracować nad dźwiękiem w Rock Oucie (miejscówa przy kolejce i w ogóle takie dość toporne nagłośnienie) to jestem przekonany, że ten pub w najbliższym czasie może stać się jednym z najciekawszych miejsc koncertowych dla młodych i mało znanych zespołów. Relacja ma numer trzynasty, ale ja nie jestem przesądny, i życzę nowemu klubowi jeszcze więcej i jeszcze lepszych koncertów, a zespołom, które zagrały jeszcze lepszych koncertów i sukcesów. Niech żyje Rock Out Pub!