Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borealis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borealis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 września 2012

Progresywnie Mi V: HeptaH - Master Of Delusion (2012)


Zazwyczaj w cyklu "Progresywnie Mi" opisuję dwie albo trzy płyty oscylujące wokół gatunku jakim jest metal progresywny, tym razem wyjątek od tej reguły: debiutancki album brazylijskiej grupy HeptaH, na którą zwróciłem uwagę już kilka miesięcy temu przy okazji przypadkowego (nie ma przypadków) trafienia na jeden, bardzo ciekawy utwór. I wreszcie jest cała płyta - płyta zresztą niesamowita i w dodatku nadzwyczaj świeża!

czwartek, 8 marca 2012

WNS VI: Lanfear, Red Lamb


Uznana niemiecka grupa wykonująca progresywny metal z elementami power metalu i debiut nowego thrash metalowego amerykańskiego zespołu prowadzonego przez znanego z Anthrax Dana Spitza i w dodatku wyprodukowany przez Dave’a Mustaine’a. Płyty różne, raczej będące ciekawostką, ale warte poświęcenia kilku zdań i naturalnie posłuchania.

wtorek, 19 lipca 2011

Progresywnie mi II - Above Symmetry, Borealis

1. Above Symmetry – Ripples (2011)


Grupa nazywała się Aspera i pod taką nazwą w 2010 roku wydała swój debiutancki album – „Ripples”. Z powodów technicznych zmienili nazwę na Above Symmetry i zdecydowali się, że debiutancki materiał nagrają ponownie. Zrobili to pod czujnym uchem uznanego producenta Jensa Bogrena, znanego ze współpracy z Opeth, Paradise Lost, Hammerfall i Symphony X. Sam Bogren o płycie mówi tak: „Debiutancka płyta tych kolesi to jeden z najlepszych albumów w stylistyce metalu progresywnego, jaki słyszałem od lat. To zaszczyt, że mogę im pomóc wydać tę płytę. W pełni na to zasługują”. „Każdy, nawet najmniejszy ruch ma swoją konsekwencję, zarówno w kontekście personalnym jak i globalnym”. – mówią z kolei o płycie muzycy tej młodej norweskiej grupy. Nie tak dawno pisałem o Sepulturze i ich pojęciu czasu wynikającego z najnowszego albumu „Kairos”. Podobne założenie towarzyszy też debiutanckiej płycie zespołu Above Symmetry. Z tą różnicą, że czynnikiem zmian jest marszczenie powierzchni fal…

Płytę otwiera króciuchne wyłaniające się intro z smutnymi klawiszowymi dźwiękami i fragmentami jakiś radiowych przemówień, które płynnie przechodzi do utworu zatytułowanego „Ripples” – uderzenia perkusji, motyw na klawiszach i frazowana gitara to zaledwie początek pędzącego melodyjnego kawałka. Interesująca linia klawiszy i wyraźnie słyszalny bas, a także dość wysoki, ale szorstki wokal. Trzeci jest nieco wolniejszy „Do I dare?”. Klawiszowe solo jakoś kojarzące się z latami siedemdziesiątymi? Po nieco zbędnym wyciszeniu utwór „Remorse” czyli numer czwarty otwierają ponownie klawiszowe ostre tony, gitarowy riff i następuje melodyjne rozwinięcie – czy nie pachnie to trochę wczesnym Dream Theater? Czy gdzieś Borealis nie przemyka w głowie? Unoszące się zwolnienie w połowie i powolne rozwijanie, mroczne dźwięki i przyspieszenie. Na koniec chóralny śpiew i instrumentalne zejście. Rewelacja. Piątka „Between Black & White” znów zaczyna się od klawiszy, a potem dołączają gitary i perkusja. Moment refrenu – wydaje się być dziwnie znajomy, ale najdziwniejsze jest to, że nie można sobie przypomnieć skąd (może ktoś sobie przypomni? Ja jakoś nie potrafiłem...). Zegarowe zwolnienie, Deep Purplowe organy, narastanie… właściwie ten ośmiominutowy kawałek to ballada, ale jak fantastycznie pomyślana, w jednym utworze dzieje się naprawdę sporo, czasem nawet za dużo, ale nie jest to wada, bynajmniej…
Sześć: „Catatonic Coma” – ciemne, mroczne wejście oparte na basie, przejście do spokojniejszej wolnej linii i wolne przyspieszenie. W sumie chyba najwolniejszy utwór na płycie, wyraźnie też pachnący hymnami Hammerfall, choć nie jest aż tak pompatycznie i nie ma tu śpiewania o rycerzach i podobnych sprawach. Przy końcówce znów pojawiają się mroczne tony z początku i dosłownie na chwilę następuje przepiękne instrumentalne przyspieszenie, mroczne tony kończą… Siódemka to „Torn Apart” – delikatne otwarcie akustyczną gitarą i smutnymi klawiszami. Bardziej liryczny, smutny tonaż daje do zrozumienia, że mamy do czynienia z balladą, bardzo interesującą zresztą. Ośmiominutowy „Traces Inside” zaczyna się od uderzeń perkusji, gitarowego riffu i znów jest dość szybko. Orkiestracje i konstrukcja kompozycji po raz kolejny pachnie wczesnym DT, a także Symphony X i Paradise Lost. Instrumental w połowie utworu wręcz jest niemal powtórzeniem niektórych patentów DT z kongenialnego konceptu „Scenes From the Memory: Metropolis Pt. II”. Fantastyczna fragment z pędzącym riffem i klawiszowym zapętleniem… Miniaturka „Reflections” to gitarowo-klawiszowy przerywnik, ze spokojnym wokalem. Delikatnie nawet zapachniało „Space-Dye Vest” DT z płyty „Awake” czy eksperymentami Pink Floyd z płyt „Animals”. Bardzo sympatyczne w każdym razie. Na koniec przypierdol w ostrym i pędzącym „The Purpose”… gdzieś przemykają nawet skojarzenia z Pagan’s Mind i Dreamscape i naturalnie z DT, który spowalnia i przy końcówce bardzo wyraźnie nawiązuje do zakończenia suity DT „Octavarium”… Dalszy ciąg nastąpi zdaje się mówić schodzące w coraz cichsze dźwięki wyciszenie.

Podsumowując, nie jest to materiał, który wyważa od dawna otwarte drzwi, ani też specjalnie odkrywczy. Po prostu kolejna grupa, która w ciekawy i dość oryginalny sposób zabrała się za metal progresywny.
Moim zdaniem wcale nie jest to też jeden z najlepszych albumów w tej stylistyce od lat (debiutancki materiał Lost In Thought” czy druga płyta Perihellium są znacznie lepsze). To przyjemny i bardzo słuchalny materiał. Dziś nagrać płytę w stylistyce metalu progresywnego, która będzie dobra i nie jednocześnie nie popadnie w sztampę i zbytnią powtarzalność jest trudno. Above Symmetry na pewno wywiązało się z zadania obronna ręką, a fala poprowadzona przez debiut niewątpliwie jeszcze sporo może namieszać. Wysyp nowych grup grających niczym Bogowie może przyczynić się do zmian i świeżego spojrzenia. A tej Above Symmetry nie można odmówić. 8/10

2. Borealis – Fall From Grace (2011)


Zaciekawiony okładką najnowszego wydawnictwa sięgnąłem po debiutancki materiał zespołu - „Worlds of Silence” z 2008 roku, który zachwycił mnie i zachęcił do wyczekiwania drugiego albumu Borealis. Słuchając go zastawiałem się czy słusznie, za każdym razem odpowiedź była dwuznaczna. To świetna płyta, ale też mocno rozczarowująca.
Podobnie jak na pierwszej płycie mamy do czynienia z dość wysokim, szorstkim wokalem, szybkimi melodyjnymi riffami i solidnym tłem. Wciąż jest to połączenie klasycznego power metalu z progresywnym szlifem spod znaku takich zespołów jak Evergrey i Savatage z ich najlepszych płyt czy takich grup jak Vanden Plas czy Dream Theater. Lepsza jest produkcja, muzyka jest dojrzalsza i nieco cięższa. Nie zmieniły się długości utworów – wszystkie trwają w granicy czterech, pięciu minut. Zmienił się skład grupy – wzbogacając się o drugiego gitarzystę Kena Roberta. A niezwykłą, sugestywną i przyciągającą uwagę okładkę wykonał Frank Fiedler.

Przed oczami jawi się nam płonący księżyc, z którego unosi się dym. Widzimy też co najmniej cztery postacie – kobiety spowite w szkarłatne suknie przypominające płomienie, albo skrzydła pazia królowej (gatunek motyla). Spływają one w dół nieba prosto do asteroidy z gorejącą dziurą przywodzącą na myśl piekło. I do tego prostą niewymyślną białą czcionką nazwa zespołu: Borealis i pod spodem mniejszą, złotą kursywą „Fall From Grace”.
Moim zdaniem to jedna z najpiękniejszych i najbardziej niesamowitych okładek jakie kiedykolwiek widziałem. A muzyka? Przysłuchajmy się:

Otwierający płytę „Finest Hour” zaczyna się od ostrego, melodyjnego riffu i uderzeń perkusji, które ze stłumionego przechodzą w pełny dźwięk. Delikatny klawisz w tle. Nowością są growolowane wokale w tle, bardziej dudniąca perkusja (podwójna stopa) i przywodzące na myśl death metal, szybsze riffy. W drugim utworze „Words I Failed To Say” mamy do czynienia z podobną konstrukcją. Właśnie najpoważniejszą wadą tej płyty jest to, że wszystkie utwory brzmią niemal identycznie. No, ale słuchamy dalej – trójka to numer tytułowy. Znów wejście od perkusji i ostrych, pędzących riffów, melodyjny, dość ciekawy klawisz. Singlowy „Where we started” to numer czwarty. Szybkie wejście i zwolnienie do akustycznego, spokojnego motywu i przyspieszenie. Słaby utwór do promocji płyty w sumie.
Przeskakujemy dalej – piątka „Breaking the curse” – płynący klawisz, znów ostre riffy i perkusja, nieco wolniejsze tempo. Bardzo ciekawa, ale zupełnie nie odkrywcza solówka gdzieś w połowie utworu. Bodaj najciekawszy utwór na płycie, choć też niestety nieporażający. „Regeneration” to kolejny numer, szybkie melodyjne wejście oparte na klawiszach i riffach – właściwie takich samych jak w każdym utworze. Całość ratuje klawisz, którego na tej płycie nie wiedzieć czemu jest jak na lekarstwo i melodyjna zagrywka gitary.
Siódemka to gitarowo-klawiszowa ballada z wolnym uderzeniem przy końcówce pod tytułem „Watch the World Collapse” – która przywodzi na myśl „Space Dye-Vest” DT. Konstrukcja jest niemal identyczna, nawet długość jest podobna – najpiękniejszy i najbardziej udany moim zdaniem utwór na płycie. Pięknie też łączy się z okładką płyty – bardziej chyba nawet niż kawałek tytułowy. Najkrótszy na płycie „Take You Over” to numer ósmy. Perkusja, klawisz i po narośnięciu, średnie tempo i frazowany riff, melodyjne zagrywki. Wydaję mi się, że to właśnie on nadawałby się bardziej na singiel, ale cóż każdy ma swoje zdanie, zwłaszcza muzycy. Ten kawałek też bardzo mi się podobał. I ostatni: „Forgotten Forever” – mroczny początek oparty na bębnach, klawiszach i rwanym riffie, który przyspiesza do szybkich obrotów, a druga gitara gra melodyjny motyw. Średnie tempa i klawiszowo- gitarowe zwolnienie w połowie utworu, przyspieszenie, melodyjne solówki (bardzo kojarząca się z Savatage). I końcowe uderzenie.

Podsumowując, jest to płyta raczej przeciętna i nudna. Mnie osobiście strasznie denerwuje jednostajny ton wszystkich utworów, na poprzednim albumie działo się znacznie więcej.
Wkurza mnie też maniera wokalna Marinelliego, który niczego nie zmienił w swoich wokalizach, na tej płycie właściwie brzmią identycznie. Najlepiej wychodzi mu jednak czysty, bardziej liryczny wokal niż ten wyższy i szorstki. Ciekawy akcent z growlem w pierwszym kawałku, szkoda, że nie pociągnęli tego do innych utworów. Mocno ograniczona rola klawiszy, niesłyszalny bas, zlewające się ze sobą gitary w szybkich, pędzących momentach i mało interesująca perkusja. Nie, nie jest to zła płyta, wbrew pozorom jest całkiem sympatyczna, ale po dwóch miesiącach od czasu jej premiery wciąż nie mogę się jakoś do niej przekonać. Debiutanckiej płycie dałem 9/10 z nadzieją na nokaut ze strony drugiego albumu i zawiodłem się. Z żalem daję temu albumowi 6 punktów. Jest jeszcze okładka. Za nią jeden dodatkowy punkt. Ostatecznie wychodzi 7/10. Szkoda...

środa, 27 kwietnia 2011

Progresywnie Mi - Borealis i Perihellium


Nerwowo oczekując kolejnego wydawnictwa Queensrÿche „Dedicated to chaos”, nie wspominając już nawet o nowej płycie Dream Theater (z nowym perkusistą, którego jeszcze nie ogłosili) planowanej na lato tego roku i zaciekawiony niezwykle interesującą okładką nadchodzącej płyty Borealis „Fall from grace” postanowiłem sięgnąć po poprzednie wydawnictwo grupy. A przy okazji zaopatrzyłem się też w niezwykłą, jak na polskie standardy, płytę „The War Machines” zespołu Perihellium. Przyjrzyjmy się dwóm grupom, z dwóch różnych krajów i dwóm bardzo różnym płytom, choć faktycznie będącymi z tego samego nurtu.

1. Borealis – Worlds of silence (2008)

Zespół powstał w 2005 roku w Orangeville, w stanie Ontario. Od początku działalności zespół gra w następującym składzie: Matt Marinelli na gitarze, Sean Werlick na instrumentach klawiszowych, Jamie Smith na basie i Sean Dowell na perkusji. Pierwsze utwory i koncerty grał z operowym damskim wokalem. Szybko jednak zrozumieli, że mają z tego powodu bardzo ograniczone perspektywy rozwoju i postanowili znaleźć dla siebie zupełnie inny styl. Tworząc nowy materiał z myślą o wydaniu debiutanckiego albumu, szukali wokalisty, tego jednak wciąż brakowało. 
Wkrótce zdecydowano, że wokalistą zostanie gitarzysta grupy Matt Marinelli. W 2008 roku zarejestrowali własnym sumptem debiutancki album „Worlds of silence”. Borealis występowało obok takich zespołów jak: Kamelot, Epica czy Sonata Arctica, a kiedy wydali pierwszą płytę odbyli pełną trasę koncertową jako support niemieckiego Edguy.
            Ta kanadyjska formacja gra bowiem amerykańską odmianę melodyjnego power metalu, więc wyżej wymienione zespoły raczej nie powinny dziwić nikogo, aczkolwiek wprawne ucho wyłapie progresywną stylistykę w rodzaju wczesnego Queensrÿche (zwłaszcza z okresu najsłynniejszych płyt „Operation:Peration zcza z okresu najsłynniejszych płyt " wczesnego Queensrwszej połowy lat 80 (okresu Bruce'ili).  Mindcirme” i „Empire”) czy wczesnego Dream Theater (zwłaszcza z okresu dwóch pierwszych płyt z Jamesem LaBrie). Krytycy wymieniają też takie grupy jak Evergrey, Savatage czy Vanden Plas. Brzmi interesująco? I śpieszę donieść, że tak właśnie jest.
            „Worlds of silence” zawiera 10 utworów, trwających w granicach pięciu/sześciu minut z sekundami, najkrótszy utwór trwa zaś cztery minuty z sekundami. Całość zamyka się zaś w niecałej godzinie. Otwierający płytę „Lost voices” to potężny otwieracz z melodyjnymi klawiszami przywodzącymi na myśl dźwięki, które wyczarowywał Kevin Moore.
Trzeci utwór na płycie, który jako żywo przypomina klimaty wczesnego DT jest „From the fading screams” (klawiszowe przypominają „Wait for a sleep” z płyty „Images And Words” z późniejszym uderzeniem i ostrym pochodem przy końcówce – jest to po prostu jeden z najciekawszych kawałków na płycie. Najdłuższy na płycie „Eyes of a Dream” to numer pięć, jest z kolei bardzo epicki i melodyjny, bardzo przypomina utwory Savatage a nawet współczesnych mu grup takich jak Kamelot, Epica czy Sonata Arctica. Mniej tu jednak potworkowatości i cukru, a więcej przemyślanego, po prostu dobrego grania z wyczuciem.
Najkrótszy jest utwór tytułowy, który przywodzi na myśl zapomniany nieco Savatage. Fantastycznie wypadają bardzo melodyjne kawałki „Divine Answer”, „The Dawning Light” czy „Black Rose” (kolejno ósmy, dziewiąty i dziesiąty).
            Podsumowując, jest to płyta bardzo interesująca, nie sposób przy niej się nudzić, po przejechaniu płyty bez zastanowienia włączamy jeszcze raz. Wielbiciele power metalowych szybkich utworów i melodyjnego grania, jak również wczesno progresywnych jazd Queensrÿche i Dream Theater będą zadowoleni i na pewno z nie małym zainteresowaniem sięgną po kolejne wydawnictwo zespołu Borealis, które lada dzień ma mieć swoją premierę. Ten naprawdę zaskakujący debiut wyraźnie zachęca do śledzenia kariery tego zespołu, gdyż jest to moim zdaniem, jedna z najbardziej intrygujących współcześnie działających młodych grup obracających się w stylistyce tzw. progressive power metalu – gatunku, który rozwija się ociężale i w większości wypadków raczej woła o pomstę do nieba przerostem formy nad treścią (Dragonforce) czy cukru epicko-operowego (Kamelot, Epica, Sonata Arctica). Ode mnie mocne 9/10, gdyż mam cichą nadzieję, że „Fall from grace” mnie znokautuje i porazi znacznie bardziej aniżeli bardzo obiecujący debiut.

2. Perihellium – The War Machines (2010) 

Perihellium powstało w 2004 roku w Tarnowie z inicjatywy gitarzysty Gerarda Wróbla. W 2005 roku grupa zadebiutowała na koncercie WOŚP, by w miesiąc później wygrać konkurs na Przeglądzie Zespołów Rockowych w Tarnowie. Początek 2006 roku przynosi zmiany personalne, które doprowadzają do zawieszenia działalności na okres jednego roku. Ostatecznie z końcem tegoż roku krystalizuje się ostateczny skład zespołu: Gerard Wróbel na gitarze, Bartek Bachula na basie i Seweryn Błasiak na perkusji. W lutym 2007 roku zespół przystępuje do nagrywania debiutanckiego albumu, w którym partie klawiszowe dograł Grzegorz Kasprzyk, a wokale nagrał, wówczas jeszcze gościnnie, Marcin Sułek. We wrześniu 2007 roku pojawiła się debiutancka płyta grupy „The New Beginning”, lecz formalnie miała ona swoją premierę dopiero 10 marca 2008 roku z ramienia wytwórni Insanity Records, z którą Perihellium podpisał kontrakt. Na przełomie 2008/2009 roku zespół odbywa liczne koncerty, jak również zdobywa prestiżowe nagrody i pierwsze miejsca w konkursach (DachOOFka Festival w Krakowie, rock’Autostrada czy IV edycja festiwalu „Wielki ogień” 2010 w Ostrowcu Świętokrzyskim). W grudniu 2010 roku miała miejsce premiera drugiego albumu zespołu zatytułowanego „The War Machines”.
            Niestety nie było dane mi zetknąć się z pierwszym wydawnictwem Perihellium, więc nie jestem w stanie stwierdzić, jak bardzo zespół ewoluował czy zmienił się w ciągu tych kilku lat, ale ten album mnie po prostu rozwalił. Przy pierwszym przesłuchaniu płyty byłem przekonany, że jest to płyta zagraniczna, ze stajni Roadrunnera choćby… a tu psikus: Polska płyta, polski zespół…
Nie żeby w Polsce nie było dobrych płyt, bo ostatnio jest ich całkiem sporo, żeby wymienić obok kolejnych wydawnictw Comy i solowego albumu Piotra Roguckiego, debiut Neonów czy wspaniałe płyty grup Indukti i Riverside (z niecierpliwością wypatruje rocznicowego wydania „Reality Dream Trilogy”, jak również dwóch (!) nowych płyt zapowiadanych na ten rok), dylogię Mariusza Dudy „Lunatic Soul” czy niezwykłe, również jak na polskie standardy, wydawnictwa grupy Division By Zero. Ale to, co usłyszałem na tej płycie… to po prostu walec i to od pierwszej sekundy, od pierwszego dźwięku:
            Płytę otwiera „The Machines” – niemal filmowy, pędzący i „płonący” siedmiominutowy kawałek, który od razu daje do myślenia. To naprawdę jest polska płyta? A jednak. Doskonały, potężny dźwięk i każdy instrument na swoim miejscu. W otwierającym i kończącym numer riffie niemal widzi się tańczące dziewczyny jak z filmów o Bondzie… Skojarzenia z Dream Theater z okresu „Train of Thought” lub „Octavarium”? Jak najbardziej, z tymże tu nie ma miejsca na zwolnienia czy liryczne dźwięki, cały czas jest ostro i ciężko. Wokal Marcina Sułka przypomina barwą Mariusza Dudę, ale momentami zbliża się wręcz do Macieja Taffa.
            Drugi jest jedenastominutowy „Frozen Hell”, w którym bynajmniej nie zwalniamy tempa. Tryby zabójczych maszyn pracują na najwyższych obrotach. Jest to granie bardzo precyzyjne i wyraźnie czerpiące ze stylistyk cięższego metalu, również groove i tradycyjnie pojętego heavy metalu. Nie brakuje tu pochodowych fragmentów, czy melodyjnych klawiszowych fragmentów przywołujących na myśl Dereka Sheriniana czy Jordana Rudessa, ani gitarowych galopad tak typowych dla DT. W żadnym wypadku jednak nie jest to kopia, ale nowa jakość.
            Trzeci numer to „Unreality”, trwający osiem i pół minuty rozpięty na klawiszach i ostrym riffie, pulsujący, nieco tylko wolniejszy kawałek, którego nie powstydziliby się zapewne w Rootwater czy Indukti. Choć nie ma tu etnicznych wstawek czy skrzypków, jest to bardzo podobne granie, wyraźnie w instrumentalnych fragmentach zbliżające się do Dream Theaterowych pochodów i pasaży. Niesamowite i niewiarygodne, że to naprawdę jest polski zespół…
            Kolejny jest trwający dziesięć minut z sekundami instrumentalny „Unnamed Syndrome”, w którym bowiem, naturalnie nie zwalniamy tempa, dalej jest ciężko i ostro. Niemal widzimy skradające się maszyny pająki, eksplozje i potężne samomyślące czołgi niszczące wszystko, co napotkają na swojej drodze. Te maszyny pozbawione są litości, to zimni i okrutni zabójcy jak z serii filmów o Terminatorze. W połowie numeru mamy zwolnienie w którym dosłownie słyszymy chrzęst łamanych ludzkich czaszek i krzyk uciekających w popłochu ludzi, zaraz jednak bitwa znów przybiera na sile. Pogoń maszyn za ludzką zwierzyną zdaje się nie mieć końca. Słuchając tego utworu znów przychodzi mi na myśl Dream Theater z moim ulubionym „Stream of consiousness” z płyty „Train of Thought”. Po prostu majstersztyk.   
            Piątka to „Sol” (również osiem i pół minuty) – przypominający nawet bardzo Riverside z ostrzejszych fragmentów fantastycznej „Reality Dream Trilogy”. Jest to też paradoksalnie najwolniejszy numer na płycie, choć cały czas jest wibrująco, ostro i potężnie. Wokal raz po raz zmienia tonacje z czystej stylistyki a’la wczesny LaBrie czy Mariusz Duda, na szorstkie, niemal growlowane wokale w stylu Macieja Taffa. A końcówka znów kojarzy się z DT… Rewelacja.
            Ostatni jest „War Against You” – najdłuższy, bo trwający prawie szesnaście minut i bodaj najbardziej rozbudowany kawałek tego absolutnie porażającego wydawnictwa.
Rootwaterowe zwolnienia i Taffowe wokalizy (te polifonie) wypadają tu nad wyraz ciekawie, po chwili znów poprzedzone jako żywo Dream Theaterowymi pasażami.
Gdzieś w połowie numeru zbliżamy się niemal do deathowych brzmień, pojawia się screamowanie, southern rockowe szepty, space rockowe przestrzenne zwolnienia oparte na klawiszach i basie, w które zaraz wchodzi pędząca narastająca perkusja i melodyjny riff.
Finał utworu i płyty – zwolnione i narastające epickie zakończenie z zejściem, zupełnie ja w Dream Theaterowskim „Octavarium” czy „In the Name Of God”…
            Podsumowując, jest to płyta absolutnie niezwykła i fantastyczna, dosłownie powalająca. Wielokrotnie można zauważyć wyraźne echa i inspirację Bogami, czyli DT, jednakże jest to granie bardzo interesujące, nie tylko pod względem technicznym, ale i kompozycyjnym. Nie jest to żadna kopia, wyraźnie słychać, że chłopaki z Perihellium mocno siedzą w tej stylistyce i robią to z potężnym wyczuciem i wyobraźnią. Ostatnia płyta DT „Black Clouds And Silver Linnings” przy tym wydawnictwie, i podkreślmy to raz jeszcze, polskim wydawnictwie, to po prostu śmiech na sali. I mam nadzieję, że nadchodząca płyta Bogów będzie co najmniej tak dobra jak ich najsłynniejsze dokonania, a przynajmniej dorównująca temu naprawdę rewelacyjnemu albumowi Perihellium. 10/10