Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Curtis Smith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Curtis Smith. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

The Brew – The Third Floor (2011)


Jeszcze nie tak dawno był kwiecień i po raz czwarty gościliśmy The Brew w Gdyni. Jeszcze nie tak dawno Jason Barwick zapowiadał, że na jesień szykują nową płytę. Czego spodziewać się po nowej płycie The Brew – tego samego w sumie. Ale i niezupełnie tego samego.
Oto świerszcze znów zaczęły wygrywać swoje tęskne skrzypcowe melodie, a z drzew zaczęły zlatywać pierwsze kasztany. Nadeszła jesień? Już? To niemożliwe… patrzymy w kalendarz – kalendarzowe lato jeszcze trwa, ale jesień w tym roku przyszła szybciej. Najnowsza, czwarta, a trzecia oficjalna płyta The Brew jest najlepszym tego dowodem. To bardzo jesienna, melancholijna płyta i zupełnie inna od swoich poprzedniczek.

Spojrzenie na okładkę już daje pewne wyobrażenie z jakim będziemy mieli materiałem do czynienia. Z okładki nie wita nas karta z roześmianym dżokerem, ani widok kolorowych ubrań z lat 60 i 70. Oto mamy przed oczami pokój hotelowy. Pokój numer 301 na trzecim piętrze przedstawia siedzącego na łóżku chłopca, który włącza telewizor a na nim pali się trójkątne logo zespołu, powyżej na ścianie ktoś wypisał nazwę grupy. I jeszcze widok za oknem. Ten nie należy do optymistycznych – płonące wieżowce i chmura ognia…
Jaka to płyta sądząc po okładce? Znamienny tytuł symbolizuje zapewne fakt, że panowie nieprzerwanie od trzech lat koncertują, znajdując zaledwie chwilę czasu na to by odpocząć, czy nagrać jakiś nowy kawałek. Okładka sugeruje też dojrzałość, naturalnie przypomina ona trochę dziecięcy rysunek, ale zwłaszcza widok za oknem silnie kontrastuje z całością – smutek, melancholia… I jeszcze nasuwa się inne skojarzenie – trzecie piętro, czyli trzecia płyta, a także nowy poziom. Coś innego w stosunku do zadziornych i przebojowych utworów z dwóch poprzednich albumów. Czy jest tak rzeczywiście? Przysłuchajmy się:

Płytę otwiera utwór „The Sirens Of War”. Uderzenia perkusji, mroczne riff, który po chwili przyspiesza, by zwolnić na wokal Jasona. Dobrze słyszalny wibrujący bas. Czym pachnie ten utwór? U2… tak właśnie – kłaniają się płyty „Achtung Baby!” i „Zooropa”.
Drugi jest kawałek „Six Dead” – bujające wejście z bardzo interesującym riffem i znów zwolnienie na wokal. Też jakoś tak pachnie jakby lata 60 i 70 poszły w odstawkę – no dobrze, znamiona poczciwych Zepów da się wyczuć, ale jednak coś jest inaczej.
Trójka to „Reached the Sky” – zaczyna się znajomo, ale to zmyła. Utwór odrobinę przyspiesza, całość jednak jest dość wolna jak na The Brew nawet bardzo.
Zapach? The Who, troszkę Zeppelinów, Beatlesi i… U2.
Czwórka: akustyczna i smutna ballada „See You Once Again”. U2 jako żywo… Jason po prostu śpiewa jak Bono i to nie wrzuta, bo głos ma niesamowity i poruszający. Przy okazji inspiracje mieszają się trochę znów z Zeppelinami. Przepiękny to i jakże inny utwór, od tych do których The Brew nas przyzwyczaiło.
Przyspieszamy w piątce noszącej tytuł „Master and the Puppeteer”. Bardzo interesujący riff, przebojowość i… U2 znów się kłania, a nie jak mógłby sugerować tytuł ukłon w stronę Metallici. Tym razem jednak bliżej jest płytom „October” i „The Joshua Tree” – majstersztyk.
Numer szósty to kawałek tytułowy. Znów trochę wolniej i smutniej. Znów trochę znajomo. Skojarzenia: słuchając przejmującego tekstu: Oto jesteśmy na trzecim piętrze/Noszę w sobie nieznany lęk/Wpełzający przez drzwi (coś w ten deseń w każdym razie) pachnie Garym Moore’m przefiltrowanym przez dodatkowe szufladki – majstersztyk. Zamykam oczy i odpływam daleko stąd…
Siedem: „Piper of the Greed”. Ostrzej i szybciej, przebojowo. Znów trochę jak z U2 (Hendrixa i Zeppelinów na tej płycie jakoś mniej).
Ósme są „karmazynowe przejrzyste krople deszczu” czyli „Crimson Crystal Raindrops”.
Kolejny znacznie wolniejszy i spokojniejszy utwór. Wyłaniające się z mgły dźwięki, delikatne uderzenia talerzy, kaczka, bas… całość delikatnie narasta… Jason zaczyna wypowiadać słowa niczym Morrison. The Doors zmieszany z Hawkwindem? Przyspieszenie w stylu Zeppelinowskich mostów w improwizacjach i pasaż przywodzący na myśl naszą Ściankę, a mi osobiście nawet dokonania nieistniejącego już zespołu mojego kuzyna Koloni Postęp… i zwolnienie… cudo!
Dziewiątka to najkrótszy na płycie kawałek noszący tytuł „Hard Times”. Sama akustyczna gitara i wokal. Zeppelini – a jakże… Jason dosłownie przypomina w tym utworze samego Roberta Planta z czasów świetności.
Kolejne przebojowe przyspieszenie następuje w szybkim „Imogen Molly”. I znów trochę jak… z U2. Skojarzyło mi się tez trochę z The Who.
I ostatni, jedenasty wolniejszy i znów smutniejszy „Let It Back” – tytularnie nawiązujący do Beatlesów, jednak muzycznie bliższy znów do U2 zwłaszcza, jeśli wsłuchać się w wokal Jasona i drugą część utworu. Majstersztyk, który kończy się po około pięciu minutach.
Ale licznik dalej bije… cisza… a po niej – tym razem króciutkie solo Kurtisa na bębnach (to, że bębnić potrafi wiemy nie od dziś i każdy kto widział młodego Smitha w akcji ten „wie”, ale nie zmienia to faktu, że zawsze przyjemnie usłyszeć jego wyczyny). Nieco ponad czterdzieści pięć minut… puszczamy jeszcze raz…

Podsumowując, panowie zaskoczyli i to bardzo. To nie jest ten sam zespół, ani powtórka z poprzednich płyt. Jest ogromny postęp nie tylko, jeśli chodzi o kwestie kompozycyjne czy techniczne, ale także klimatu. Na tej płycie znacznie mniej miejsca na przebojowe killery, a więcej na płynące i smutne utwory. Tym razem, jak na ostatnim koncercie, Tim daje tylko basowe tło, oddając przewodnią rolę swojemu synowi i Jasonowi, który na tej płycie pokazuje swoją liryczną i emocjonalną stronę. Wokal jest dużo smutniejszy i wypływający z głębi duszy, znacznie mniej pozwala sobie Barwick na zadziorne zaznaczanie końcówek. Czasami brakuje jakiś klawiszowych (hammondowych) wstawek, ale nie wymagając za dużo i tak cieszymy się z tego, co jest – zawsze byli triem i niech tak będzie, dodatkowy instrument właściwie nie jest potrzebny, wiele mógłby też zepsuć, a radzą sobie wyśmienicie. Nie spodziewałem się tak pięknej i zaskakującej płyty – poprzeczka została postawiona wysoko i mam nadzieję, że będą w stanie ją przekroczyć, że ta płyta nie jest jakimś (odpukać) tajemniczym pożegnaniem.
Rok dwóch tysięcy jesieni się kończy, choć jesień dopiero się zaczyna, a jeśli tak zaczyna się jesień to dla mnie może trwać przez cały rok. 8/10

piątek, 15 kwietnia 2011

Relacja V: THE BREW (Klub Ucho, 13 IV 2011)

Redaktor Kaczkowski kilka godzin po koncercie Led Zeppelin na Arenie O2 w 2007 roku, będąc jeszcze w Londynie, mówił w rozmowie telefonicznej tak: „Niczego nie powiem. Nic się nie dowiecie.” Naturalnie żartował, bo potem w audycji z radością opowiadał o tym, co widział i słyszał. Tym razem ja mogę powiedzieć te same słowa. Kiedy po raz pierwszy 23 kwietnia 2010 roku usłyszałem The Brew na żywo, wiedziałem, że w następnym roku nie ma nawet takiej opcji, żeby nie pójść ponownie na ich koncert. Zaczynałem w to wątpić, gdy zabrakło funduszy, na szczęście podatek został mi oddany nadzwyczaj szybko w tym roku, toteż znalazła się kasa na bilet. I wiecie co? Niczego Wam nie powiem. Niczego się nie dowiecie. Naprawdę… I oczywiście również żartuję. Bo to, co widziałem i słyszałem jest po prostu nie opisywalne. Spróbuję przybliżyć atmosferę, choć odrobinę oddać słowami ducha tego niesamowitego wydarzenia.
            W zeszłym roku grali bez supportu, w tym z. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć, że niestety, ale z drugiej należy podkreślić, że zespół został dobrany bardzo dobrze.
Przed The Brew wystąpiła grupa Nefastus pochodząca z Żukowa. Brzmi swojsko? Tak, bo to polski zespół. Powstał w 1998 roku z inicjatywy braci Bartosza i Filipa Łapa. W 2000 roku do zespołu dołączyła wokalistka Ola. Na początku 2007 roku z zespołu odeszła ówczesna basistka grupy Wioletta Bielawska, aktualnie zaś basistą jest Alek Gruszczyński, z którym tworzy i nagrywa nowy materiał.
Debiutancka płyta zespołu została zaś wydana w marcu 2008 roku.
            Zespół ten słyszałem po raz pierwszy. Obok własnych utworów zagrali bardzo interesująco i oryginalnie dwa covery (The Doors i Led Zeppelin). Muzyka zespołu to po prostu rock, wyraźnie jednak nawiązujący do stylistyki progresywnej, czy hard rockowej w rodzaju Deep Purple. Toteż utwory były dość długie, mocno rozbudowane i nastawione na rozwój i klimat. Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się, żeby support grał naprawdę solidną, dobrą muzykę, która w żaden sposób nie jest wypełniaczem, ani nie nuży, tylko fantastycznie wprowadza w atmosferę wydarzenia, jakim jest występ zespołu głównego, czyli w tym wypadku The Brew. Postarano się o dźwięk, zwykle kapele grające przed szumią, brzęczą lub rzężą, po prostu są źle nagłośnione, tym razem zadbano o to, aby wszystko było na swoim miejscu, chociaż wokal spokojnie mógłby być nieco wyżej podkręcony. Sama próba zespołu trwała dobre pół godziny, a to jednak daje wyobrażenie o profesjonalnym podejściu zarówno do grania, jak i uszanowania uszu słuchaczy. W czasie koncertu Nefastusa naszło mnie kilka refleksji:
            Po pierwsze wokalistka. Mogłaby spokojnie śpiewać w zespole jazzowym, jednakże śpiewa w zespole rockowym i wychodzi jej to naprawdę świetnie. Zazwyczaj reaguję alergicznie na damski wokal, tym razem jednak z uznaniem pokiwałem głową. Czasami jednak w utworach brakuje odskoczni, kontrastu w postaci wysokiego męskiego wokalu, no, ale to już kwestia gustu.             
           Druga sprawa, która mi się nasunęła na myśl podczas słuchania Nefastusa została zauważona przez redaktora Kaczkowskiego. Otóż zespół został puszczony jakiś czas temu na antenie Trójki, a redaktor wówczas powiedział mniej więcej tak: „wokalistka ma bardzo ładną i ciekawą barwę głosu, szkoda tylko, że nie śpiewa ani jednego utworu po polsku”. I odniosłem dokładnie takie same wrażenie, wszystkie utwory zostały zaśpiewane po angielsku. Zabrakło tu języka ojczystego, przecież to polski zespół, nie powinni się go wstydzić. Cóż, taka moda, taki wybór. Trochę szkoda. Mimo wszystko, Nefastus to bardzo dobry zespół i zagrał bardzo dobry koncert.
            I wreszcie, ale bez westchnienia ulgi, tylko niczym w hitchcockowskim kryminale, wraz z rosnącym napięciem i zagęszczającą się grupą ludzi pod sceną, pojawili się najważniejsi bohaterowie wieczoru: Jason Barwick, Kurtis i Tim Smithowie, czyli The Brew.
Nie trzeba ich chyba przedstawiać, ale Ci, którzy na koncert nie przybyli, lub co gorsza nie znają ich twórczości nie wiedzą co tracą, a zapewniam, że tracą wiele. Koncert? Oszałamiający, magiczny i niesamowity. W zeszłym roku było fantastycznie, w tym zaś znacznie potężniej i mocniej, niczym gejzery gorącej lawy i eksplodującego wulkanicznego pyłu… Właściwie, żeby w pełni to zrozumieć, trzeba ich usłyszeć i zobaczyć. Bo to co się dzieje na scenie, czy tez raczej działo na scenie, przerasta po prostu ludzkie pojęcie. Jest zupełnie nie opisywalne.
            Zagrali przepiękny prawie półtora godzinny set, w tym utwory z dotychczas wydanych płyt („The Joker” 2008 i „A million dead stars” 2010), a także jeden nowy kawałek z planowanej na sierpień (!) tego roku nowej płyty, a także niezwykłe improwizacje i własne wersje przebojów Hendrixa, Pink Floydów czy Led Zeppelinów. Często jakiś fragment utworu znany z twórczości wymienionych grup, stanowił zaledwie punkt wyjścia do improwizacji i instrumentalnych pojedynków Jasona i Kurtisa. Tim w tym czasie tylko z uśmiechem się przyglądał. Właściwie rola basu, choć istotna, w The Brew jest mocno ograniczona, da się to zauważyć zwłaszcza w czasie koncertów, kiedy Tim oddaje pole do popisu chłopakom.
Jason Barwick ze smyczkiem
            I tak na przykład, kiedy Tim zapowiedział Hendrixa, Jason grał na plecach, kiedy zaś zaczął żartować z flamenco, Jason jak na zawołanie pochwycił inną gitarę i smyczek… i zaczął nim zasuwać po strunach, zupełnie jak czynił to Jimmy Page na koncertach Zeppelinów. A potem po kilkunastu minutach mrocznych dźwięków wygrywanych smyczkiem, stało się to, o co w zeszłym roku publika długo prosiła (i naturalnie otrzymała co chciała)… czyli „Moby Dick” – słynne perkusyjne solo Johna „Bonza” Bonhama w wykonaniu Kurtisa… fenomenalne po prostu, absolutnie genialne. I nie zostało odegrane, ale zagrane i to tak jakby za perką siedział sam Bonzo. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy.
            Nie zabrakło najbardziej znanych utworów The Brew takich jak: „Every gig has a neighbour”, „Surrender it all” (odśpiewane razem z publiką), „A change in the air” pochodzących z drugiej płyty, jak również „Postcode Hero” z „The Joker”. A na bis otrzymaliśmy również „A million dead stars” (połączone z „Dazed and confused” Zeppelinów) - odśpiewane wspólnie z publicznością. Pod sceną nie zabrakło poga, bo do takiej muzyki nie sposób nie skakać.[i] Każdy chciał dotknąć gryfu gitary Jasona, złapać pałeczkę czy rzucaną od niechcenia kostkę lub uścisnąć rękę każdego z muzyków. Największym szczęśliwcom udawało się to kilka razy, inni zadowolili się złapaniem rzucanego sprzętu (właśnie pałeczek i kostek). Jeszcze? W zeszłym roku Jason z trudem wymawiał słowo „dziękuję” (zarzekając się po wielokroć, że „You know? Polish is very difficult language” – „Wiecie co? Polski to trudny język”), a w tym roku? Proszę bardzo: po pierwszym kawałku „Dobry wieczór Gdynia!”, niemal po każdym numerze „dziękuję bardzo” – czysto i niemal bez obcego akcentu, kilka razy wykrzyknął „zajebiście” (naprawdę!), a po ostatnim utworze, tytułowym kawałku z drugiej płyty, wzniósł do góry plastikowy kubeczek i powiedział: „Na zdrowie! Polska wódka!” i wypił zawartość kubeczka z uśmiechem. A po koncercie? Szczęśliwi i zadowoleni ludzie, którzy zdobywają autografy na biletach, płytach cd i dvd albo plakatach. Mi, podobnie jak w zeszłym roku, udało się zdobyć autografy na bilecie. Dodatkowo w tym roku zrobiłem sobie zdjęcie z całym zespołem, a przy całej operacji było dużo śmiechu, żartobliwej i przyjacielskiej atmosfery.
            Podsumowując, podobnie jak w zeszłym roku, był to niesamowity koncert. Jeden z tych nielicznych, które wspomina się z uśmiechem i rozmarzeniem. Jeden z tych, po których wiadomo, że na kolejne spotkanie z chłopakami przyjdzie się z radością. Zapewniam, że Ci, którzy się na kolejny koncert wybiorą nie pożałują. „So, next year: same time, same place, huh?” – zapytałem Jasona. A on na to z szerokim uśmiechem na twarzy: „Yeah, I hope so. As soon as possible! I love Gdynia!” („W przyszłym roku ta sama pora i miejsce?”; „Taa… Mam taką nadzieję. Tak szybko jak się da! Kocham Gdynię!”). W czasie koncertu podkreślił też, że „Gdynia bije na głowę wszystkie polskie publiki i w naszych sercach ma very special place (bardzo szczególne miejsce)”.
Od lewej: Kurtis Smith, Lupus, Jason Barwick i Tim Smith
            Energia i moc płynąca ze sceny wbija się w pamięć i cieszy długo po zakończeniu wydarzenia. Kaczkowski powiedział po koncercie Zeppelinów w 2007 roku: „To niemożliwe, ja jestem w tamtych czasach”. To samo może powiedzieć zapewne każdy po koncercie The Brew. Ja się tak właśnie poczułem, już po raz drugi… Naprawdę. I tyleż… w każdym razie, ja przez wiele dni jeszcze będę przepełniony radością i tą niesamowitą energią…
           
           




[i] Od razu muszę zaznaczyć, że nikt nie ucierpiał, to było tylko wspólne skakanie i przeżywanie, nie każde pogo musi się bowiem kończyć, jak próbowano mnie niedawno uświadomić: złamanymi nogami, rękami i rozbitymi nosami. Pogo to przeżywanie, nie zabijanie. I tu właśnie znalazło fantastycznie odzwierciedlenie takie rozumienie tego pojęcia, tacy, co chcą tłuc i „zabijać” niech nie przychodzą w ogóle na koncert.

niedziela, 23 stycznia 2011

Wspomnienia i refleksje (część II)

Bonhamów dwóch:
moc zaklęta w drewnianej pałeczce

John „Bonzo” Bonham. Nie ma chyba osoby na świecie, która by nie słyszała tego nazwiska, która choć raz nie słyszała jego cudownej gry. Nie ma chyba osoby, która by nie słyszała o Led Zeppelin… A takich bębniarzy jak Bonham dziś można policzyć na palcach. Mi do głowy przychodzi tylko pięciu. Są to: Mike Portnoy (były perkusista Dream Theater), Jason Bonham (syn Bonza), Dariusz „Daray” Brzozowski (Dimmu Borgir, Hunter, Black River), młody Curtis Smith (z The Brew) i Marcin Bocheński (ze State Urge).
Przyjrzyjmy się im, a zwłaszcza Bonhamom i fenomenowi Zeppelinów. Fenomenowi, który zmienił świat muzyki na zawsze. Fenomenowi, który wciąż żyje dzięki nim – perkusistom, którzy wiedzą, znają i czują potęgę tego instrumentu bardziej niż ktokolwiek inny.

Nikt nie zaprzeczy, że bez Bonhama nie byłoby Zeppelinów. Nikt nie potrafi sobie pewnie wyobrazić „Imigrant song” czy choćby „Moby Dicka” bez jego perkusji. W każdym razie dziś na pewno trudno sobie to wyobrazić. W tamtych czasach wcale nie było to takie oczywiste. Paradoksalnie, kiedy Bonzo zakrztusił się śmiertelnie swoimi własnymi wymiocinami, pozostali członkowie Zepów wiedzieli, że bez niego nie mogą kontynuować. Że misja Led Zeppelin się skończyła i rozwiązali grupę, ostatecznie żegnając się płytą „Coda” z 1982 roku zawierającą odrzuty z różnych lat i z różnych sesji nagraniowych. Ale jakie odrzuty (!): wśród nich kapitalna solówka Bonhama „Bonzo’s Montreaux”…
                Kiedy w 2007 roku, po dwudziestu siedmiu latach reaktywowali się w oryginalnym składzie, na jeden jedyny koncert na brytyjskiej Arenie O2, wiedzieli też, że za perkusją może zasiąść tylko Bonham. I zasiadł. Syn Bonza – Jason Bonham – to jak mówił, Jimmy Page: „replika ojca nie tylko w fizycznym sensie, ale także pod względem psychicznym. On dorastał z tą muzyką, z grą swojego ojca. Gra ją ze swoim zespołem, czuje ją bardziej niż ktokolwiek inny. Wiedzieliśmy, że nie może z nami zagrać nikt inny, że to musi być Jason. Nie było innych kandydatów. Nie braliśmy w ogóle pod uwagę innej opcji…”
Sam redaktor Kaczkowski poświadczał, że czuł się, tak jakby był na koncercie nie w 2007 roku, ale jak w latach świetności Zepów – latach 70 i podkreślał, że gra Jasona jest fenomenalna. I trzeba przyznać redaktorowi rację, jest perkusistą fenomenalnym.
Wystarczy posłuchać jak bębni utwory Zepów – naprawdę czuje to, co gra. Potrafi je wyczarować, wybębnić tak, jak robił to jego ojciec, tak jakby sam nim był. Jednocześnie ma swój własny styl, nie jest kopią, tylko, pozwólmy sobie na to określenie: lepszym, doskonalszym modelem. Nie, nie przebije Jason swojego ojca, może mu tylko dorównać, i robi to wspaniale. Nie mierzy się z legendą swojego ojca, on tworzy własną legendę.
Wystarczy też posłuchać świetnej płyty zespołu Black Country Communion „Black Country” na której Jason gra obok genialnego gitarzysty Joe Bonamassy, legendarnego basisty Deep Purple i Black Sabbath Glenna Hughesa oraz byłego, wyśmienitego klawiszowca Dream Theater Dereka Sheriniana. Po prostu mistrzostwo świata.
Mike Portnoy, znany przede wszystkim jako założyciel i pałker znakomitego Dream Theater, podkreślał wielokrotnie, że John Bonham należy do tych perkusistów, którzy go inspirowali, inspirują i mają wpływ na to, jak bębni. I to słychać. Portnoy niesamowicie buduje, czy też raczej budował, klimat wielu wybitnych utworów DT od samego początku, od pierwszej płyty grupy, ale także fantastycznie czuje jak grać utwory innych zespołów, choćby nawet Zeppelinów czy Deep Purple. Rozkosz dla uszu. A perkusyjna wersja utworu „Nightmare” Avenged Sevenfold z zeszłorocznej płyty pod tym samym tytułem, którą wykonuje ze swoim dziesięcioletnim synem Maximilianem (!) to po prostu coś tak genialnego, że dosłownie nie znajduję słów. Jaka szkoda, że na kolejnej zapowiadanej na ten rok płycie DT, a także na następnych (?), nie usłyszymy jego gry. Jest to strata ogromna, bo DT bez Portnoya nie będzie tym samym, będzie zaledwie namiastką, tym, czym mógł być Led Zeppelin gdyby kontynuował bez Bonhama.
Dariusz „Daray” Brzozowski – nasz człowiek w norweskim Dimmu Borgir to bębniarz niezwykle wszechstronny i utalentowany. Na próżno doszukiwać się u niego Bonhamowskiego szlifu. To inna szkoła, ale nie można odmówić mu geniuszu, świadomości, że to co robi, jest wielkie. Zaczynał skromnie, w trash metalowej warszawskiej kapeli Geisha Goner, z którą nagrał dwie płyty i wraz z jej rozwiązaniem grał przez jakiś czas w Vaderze (!). Ostatnio oprócz gry w black metalowym Dimmu Borgir, można go usłyszeć na rewelacyjnej płycie Huntera „Hellwood” i dwóch, a właściwie to trzech („Black River” z 2008 i „Black’N’Roll z 2009, trzecia to kompilacja odrzutów zatytułowana „Trash” wydana w grudniu 2010 roku), wyśmienitych płytach supergrupy Black River.
I wreszcie młodzi, zaledwie dwudziestokilkuletni muzycy…
Curtis Smith – fenomenalny i niezwykle utalentowany chłopak z Wielkiej Brytanii grający w znakomitym zespole The Brew, obok swojego przyjaciela, rówieśnika i genialnego gitarzysty Jasona Barwicka, to chyba nowe wcielenie Johna Bonhama.
Piszę to z pełną świadomością, bowiem wystarczy posłuchać fantastycznych płyt grupy, żeby usłyszeć, że nad chłopakiem czuwa wielki bębniarz. Czuje młody Curtis stylistykę lat 60, a zwłaszcza stylistykę lat 70, w której Bonham miał właśnie swój czas.
Był 23 dzień kwietnia 2010 roku, kiedy w gdyńskim Uchu na koncercie The Brew tłum skandował: „Moby Dick! Moby Dick!”, a Barwick mówił: „Nie, nie zagramy coś naszego...”, ale tłum nie dawał za wygraną i młody Smith zagrał „Moby Dicka”, ale jak…!!!!
Curtis Smith zagrał ten utwór tak niesamowicie, tak genialnie i absolutnie fantastycznie, że odpłynąłem na te dziesięć minut gdzieś indziej. Przez dziesięć minut (a tak naprawdę przez cały koncert) byłem, zupełnie jak redaktor Kaczkowski, w latach 70… Na scenie niemal widziałem Hendrixa na gitarze (!) i Bonza Bonhama na perkusji (!)… to On grał „Moby Dicka”… Czułem jak, po policzkach ze wzruszenia spływają mi łzy… do dzisiaj, jak o tym pomyślę przechodzą po mnie ciarki… dla takich chwil warto żyć… oj warto…
Śmiało można stwierdzić, że Curtis dorównał wielkiemu Bonzo, stał się taką samą legendą jak On.
A stać się legendą za życia ma szansę niewielu. Mu się udało i podtrzymuje ją w wielkim stylu. Przekonajcie się sami, już trzynastego kwietnia tego roku: The Brew, a wraz z nim Curtis Smith, zawita do gdyńskiego Ucha ponownie… będzie się działo!!!! A jesienią czwarta płyta tego niezwykłego tria… (!)
                Ostatnim perkusistą, na którego chcę zwrócić uwagę, to Marcin Bocheński z trójmiejskiej formacji State Urge. Ten młody, zasługujący na uwagę, niezwykle utalentowany perkusista gra z potężnym i niesamowitym wyczuciem. On czuje i przeżywa w pełni to, co gra. Tak naprawdę, obok równie wyśmienitych kolegów z zespołu, wysuwa się na pierwszy plan. Jest najważniejszą osobą w zespole, jednocześnie pozwalając na to, aby pozostali muzycy nie pozostawali w jego cieniu. Każde uderzenie pałeczki, każdy ruch hi-hata czy crasha – jest perfekcyjnie zharmonizowany z całością, żadnego zbędnego dźwięku, czy zbędnego uderzenia. Duch Bonhama unosi się nad Bocheńskim i słychać to w każdym utworze, czy to w kompozycjach zespołu State Urge, czy w genialnie zagranych coverach zespołów, przeważnie będących z tamtych lat. Kiedy schodził ze sceny gdyńskiego Blues Clubu spływał po nim pot, było widać zmęczenie i… satysfakcję. W pełni zasłużoną satysfakcję, bo Marcin odwala kawał dobrej roboty i trzymam kciuki za dalsze postępy w jego grze. Za jego kapitalny zespół i talent, który nie może się zmarnować. Chłopak ma ogromny potencjał, który mam nadzieję nie pójdzie na marne. A w każdym razie byłaby wielka szkoda…

                Bonhamów dwóch. Stary Bonham, legenda, która od trzydziestu lat bębni w największej orkiestrze świata i młody Bonham, który kreuje swoją własną legendę.
I wielu wspaniałych bębniarzy, którzy znają i czują twórczość pałkera Zepów, nad którymi unosi się jego duch i siła… Ta wszechwładna moc zawarta w pałeczce, która wprawia firmament w drżenie, która sprawia, że nawet deszcz milknie… - szamani, zaklinający potęgę instrumentu, na którym grał Bóg. Nie bójmy się tego określenia, Bonzo był Bogiem… zatopmy się w tych dźwiękach i niepozwólmy, aby zostały zapomniane. Niech poruszają kolejne pokolenia, kolejnych muzyków, a zwłaszcza - perkusistów. Niech jego geniusz przepływa przez młodego Curtisa i naszą trójmiejską nadzieję - Marcina Bocheńskiego do głębi, do końca ich dni; dni spędzonych na rozwijaniu pasji, jaką jest gra na tym cudownym instrumencie: perkusji…