Pokazywanie postów oznaczonych etykietą concept album. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą concept album. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 października 2023

Patronat medialny: Koronus - Sentinel (2023)


 

Miło nam poinformować, że nakładem Prog Metal Rock Promotion ukaże się drugi album studyjny projektu Koronus, zatytułowany "Sentinel". Premiera cyfrowa albumu miała miejsce 24 lutego 2023 roku, a wersja fizyczna ukaże się 27 października! Płyta została objęta patronatem medialnym LupusUnleashed!

wtorek, 11 października 2022

Less Is Lessie - The Escape Plan (2021)


Szanowni panowie i drogie panie, witamy we Wrocławiu. Za chwileczkę zaczniemy naszą audiowizualną wycieczkę po tym pięknym mieście. Chciałbym tylko prosić, aby się Państwo nie rozchodzili, bo nie będę niczego powtarzał dwa razy. 

czwartek, 25 marca 2021

Koronus - Eye of the Monolith (2020/2021)

 

Niektóre debiuty pozostają niezauważone, lub dają się poznać bardzo późno, często, gdy grupy już dawno nie ma, a jeszcze inne muszą trafić na podatny grunt. Wydany cyfrowo w kwietniu zeszłego roku pierwszy album amerykańskiej grupy Koronus prawdopodobnie nie trafiłby do szerszego grona słuchaczy w tak szybkim czasie, jak stało się w ich przypadku. W niespełna rok później, bo na pod koniec stycznia tego roku, projekt muzyków Embracing the Enemy doczekał się fizycznego wydania za pośrednictwem nowej polskiej wytwórni Prog Metal Rock Promotion. Co sprawiło, że debiutanci na rynku muzycznym zainteresowali innych debiutantów? Czemu warto zwrócić uwagę na grupę Koronus? Sprawdźmy!

niedziela, 2 grudnia 2018

Coheed And Cambria - Vaxis Act I: The Unheavenly Creatures (2018)


Dziewiąty album studyjny amerykańskiej grupy Coheed And Cambria po raz ósmy zabiera w podróż w czasie i przestrzeni w kolejnej odsłony sagi The Armory Wars, którą konsekwentnie panowie rozbudowują od swojej debiutanckiej płyty, z małą odskocznią w ramach poprzedniego krążka "The Color Before The Sun", gdzie na chwilę porzucono główną sagę i stworzono osobną, niezwiązaną z nią płytę rozwijającą jedynie brzmienie formacji. Najnowszy zaś nie tylko wypełnia niemal całe osiemdziesiąt minut srebrnego dysku (siedemdziesiąt dziewięć minut i dziewiętnaście sekund), ale także jest najbardziej bombastycznym materiałem w ich karierze...

poniedziałek, 2 lipca 2018

Po Całości: Coheed And Cambria - Zero Osiem Progresywne Wojny


Każdy z całą pewnością zna taki zespół, o którym coś słyszał, kojarzy pojedyncze numery, ale coś go odrzucało lub wstrzymywało od zapoznania się z twórczością tegoż w szerszym kontekście. Mogła nie pasować warstwa muzyczna, sfera tekstowa lub zbyt duże nagromadzenie różnych tropów, nie tylko brzmieniowych. Jednym z takich zespołów jest amerykańska grupa Coheed And Cambria, która jesienią wyda swoją dziewiątą płytę studyjną i co ciekawe będącą ósmą częścią autorskiej kosmicznej sagi fantasy wokół której panowie tworzą swoją muzykę. W tej odsłonie "Po Całości" przyjrzymy się dotychczasowym ośmiu płytom formacji w krótszej, niż zazwyczaj w tym cyklu formie i upewnimy się, że warto się z nią zapoznać i nie tracić wielu niesamowitych przeżyć estetycznych i skojarzeń intertekstualnych czy brzmieniowych...

sobota, 17 lutego 2018

Therion - Beloved Antichrist (2018)


Prawie dwie dekady minęły od czasu wydania jednej z najbardziej rozpoznawalnych płyt grupy Therion zatytułowanej "Secret Of The Runes". Przez ten czas zespół nie próżnował i choć w zupełnie innych składach wydawał kolejne płyty, nic jednak nie zwiastowało tego, co czekało na nas w roku 2018. Therion przez kilka lat przygotowywał swoje najambitniejsze dzieło i które dosłownie zwala z nóg swoim ogromem - i to dosłownie ogromem. Ponad trzy godziny muzyki i czterdzieści sześć numerów wydanych na trzech płytach opowiadających konceptualną historię opartą o "Krótką historię Antychrysta" Władimira Siergiejewicza Sołowjowa niektórych przytłoczy, a innych po prostu zachwyci...

sobota, 10 lutego 2018

Into The Great Divide - Into The Great Divide (2018)


Prawdopodobnie pierwszy na świecie album tego typu, będącym pełnymi kompleksowym połączeniem audiobooka z muzyką instrumentalną zbudowaną wokół soczystego metalu progresywnego. Prawdopodobnie byłby to też album który przeszedłby praktycznie bez echa - pojawił się nagle, niespodziewanie i praktycznie znikąd - gdyby nie dobry marketing i dwa fakty: odpowiedzialny za projekt Zack Zalon zaprosił do współpracy obecnego perkusistę Dream Theater Mike'a Manginiego i producenta bogów, czyli Richarda Chyckiego. Co wyszło z tej kolaboracji? Najlepszy album Dream Theater z Manginim, jakiego paradoksalnie nie nagrała najsłynniejsza progresywna grupa naszych czasów...

czwartek, 25 stycznia 2018

LUminiscencje: Queensrÿche - Operation: Mindcrime (1988)


Trzeci album grupy Queensrÿche w maju skończy równe trzydzieści lat, a do dziś jest to krążek niezwykły pod względem pomysłowości, formuły i konceptu. Przełomowy nie tylko dla amerykańskiego zespołu, ale także dla gatunku, później określanego mianem metalu progresywnego, ale także dla powstania grupy Dream Theater, a następnie mającego wpływ na nagranie także konceptualnej i będącej duchowym spadkobiercą tejże, płyty wspomnianego DT czyli "Metropolis Pt. II: Scenes From A Memory". Jak słucha się dzisiaj pierwszej części "Operacji: Myślozbrodnia"*?

niedziela, 7 maja 2017

Ayreon - The Source (2017)


Czy można przebić samego siebie? Jeśli jesteś Arjenem Lucassenem to odpowiedź jest tylko jedna: można. Dziewiąty album studyjny jego formacji Ayreon będący prequlem do wydanego w 2008 roku "01011001" to nie tylko konglomerat różnych styli muzycznych, kolejny projekt zrealizowany z ogromnym przepychem i dużą ilością gości, ale także pokaz wielkiej formy i dowód na to, że żonglując schematami, także gatunkowymi, wciąż można brzmieć przekonująco i niezwykle świeżo...

sobota, 16 lipca 2016

LUminiscencje: Judas Priest - Nostradamus (2008)


Świat się wali i płonie na naszych oczach, ale spokojnie nie będziemy snuć teorii spiskowych i przewidywać jego losów. Przynajmniej nie do końca. Sytuacje jakie dzieją się tuż obok, na naszych oczach, przypomniały mi o znakomitej, choć chyba niesłusznie zapomnianej i niedocenionej płycie weteranów z Judas Priest. Konceptualny album o życiu, dziele i śmierci astrologa, matematyka, okultysty i proroka Nostradamusa zawsze należał do moich ulubionych albumów tej brytyjskiej formacji, zwłaszcza gdy mówimy o nowszych pozycjach z ich dyskografii. Czas zdradzić dlaczego...

poniedziałek, 22 lutego 2016

Dream Theater - The Astonishing (2016) AKT I


Trzynasty album Dream Theater miał być epickim, w dodatku dwupłytowym konceptem, powrotem do dawnej formy i czymś w rodzaju próby pogodzenia fanów wcześniejszych dokonań grupy z ostatnimi krążkami na których na perkusji zagrał Mike Mangini. Na "The Astonishing" zagrał po raz trzeci i nic nie wskazuje na to, żeby w przyszłości miało być inaczej. Do tego przekorny tytuł będący odpowiednikiem "self-titled" jakim był album sprzed trzech lat. "Niesamowity Teatr Marzeń" - takim z całą pewnością był, jest i będzie. Warto sobie jednak zadać pytanie - czy najnowsze wydawnictwo bogów rzeczywiście jest niesamowite? By odpowiedzieć na to pytanie potrzebne mi będzie spojrzenie dwu częściowe, tak jak dwu częściowy jest wydany pod koniec stycznia krążek amerykańskiej grupy...

Dream Theater - The Astonishing (2016) AKT II


Trzynasty album Dream Theater miał być epickim, w dodatku dwupłytowym konceptem, powrotem do dawnej formy i czymś w rodzaju próby pogodzenia fanów wcześniejszych dokonań grupy z ostatnimi krążkami na których na perkusji zagrał Mike Mangini. Na "The Astonishing" zagrał po raz trzeci i nic nie wskazuje na to, żeby miało być inaczej. Do tego przekorny tytuł będący odpowiednikiem "self-titled" jakim był album sprzed trzech lat. "Niesamowity Teatr Marzeń" - takim z całą pewnością był, jest i będzie. Warto sobie jednak zadać pytanie - czy najnowsze wydawnictwo bogów rzeczywiście jest niesamowite? By odpowiedzieć na to pytanie potrzebne nam będzie spojrzenie dwu częściowe, tak jak dwu częściowy jest wydany pod koniec stycznia krążek amerykańskiej grupy...

piątek, 19 lutego 2016

W Cztery Uszy: Niesamowity Teatr Marzeń i suska sechlońska - audycja



Trzynasty album studyjny Dream Theater i trzeci zrealizowany z Manginim przy perkusji pomyślany jako dwu płytowy koncept miał w założeniu opowiadać epicką antyutopijną historię i być próbą powrotu do dawnego stylu grupy. W kolejnej podcastowej odsłonie "W Cztery Uszy" rozmawiam z moim gościem specjalnym Jarkiem Kosznikiem o tym, co poszło nie tak i dlaczego najnowszy krążek bogów nie jest tak niesamowity jak mógłby być...

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Sandstone - Delta Viridian (2013)




Brytyjski Sandstone wydał cztery albumy studyjne, znane mi są trzy. Wliczając ten najnowszy. Hard rock i heavy metal z dużą dawką melodii i progresywnych naleciałości. Miejscami, a zwłaszcza wokalem, nawiązujący do DragonForce’a zespół, który gra bardzo porządnie, nie jest znany szerokiej publiczności. Czy słusznie?

niedziela, 10 listopada 2013

Fischerle & Musa Czachorowski - Mniej niż 40 opowieści (2013)


Pamiętacie czasy kiedy rodzice puszczali Wam słuchowiska z (obowiązkowo) trzeszczącej płyty winylowej? Bajki okraszone muzycznymi wstawkami, wypowiadane takim niepokojącym głosem, że oczy robiły się duże, ręce szukały kocyka, poduszki albo misia, a mimo to słuchało się ich z wypiekami na twarzy? Ta płyta przywołuje takie właśnie wspomnienia, szkoda tylko, że nie trzeszczy...

wtorek, 29 października 2013

Bremenn - Flowers Of Fall (2013)


Podobno członkowie tej grupy poznali się w poradni psychiatrycznej w 2005 roku. W ramach terapii postanowili założyć wspólny projekt muzyczny, łączący w sobie wpływy metalu i muzyki industrialnej. Nie jestem wielbicielem podobnej muzyki, ale coraz częściej trafiam w tym gatunku na pozycje, które są naprawdę intrygujące. Debiutancki album, wydany początkowo tylko w wersji cyfrowej, to album konceptualny. Zapomniałem też dodać, że Bremenn to zespół pochodzący z Polski. Shall we begin?

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Lulu Again: Brachiosauride po całości


Jeśli uważasz, że "Lulu" Lou Reeda i Metallici to zła płyta, nie przesłuchałeś jej ani razu w całości, to nie czytaj tego artykułu. "Lulu" nie była może płytą  genialną czy przełomową, ale z całą pewnością była ciekawą próbą przepchnięcia podobnego grania do świadomości słuchaczy muzyki metalowej. Owszem, jak większość, mocno ją zjechałem, ale ilekroć do niej wracam, a wracam, zaczynam doceniać jak kapitalny to materiał, za każdym kolejnym puszczeniem podoba mi się jeszcze bardziej. Tak, jestem masochistą jeśli chodzi o muzykę - słucham dużo i rzeczy bardzo różnych. I nie zamierzam ponownie opisywać "Lulu", a opowiedzieć (zainteresowanym) o grupie Brachiosauride, która niedawno wydała swój drugi album studyjny...

niedziela, 29 lipca 2012

The Tolkien Ensemble & Christopher Lee


Któż nie czytał "Władcy Pierścieni" J.R.R Tolkiena, któż nie widział adaptacji Jacksona, a przede wszystkim kto nie zna Christophera Lee? Ten wspaniały, obdarzony głębokim, niezwykle charakterystycznym, basowym głosem aktor jest potomkiem rodziny włoskich artystów operowych z Australii i synem aktora oraz włoskiej arystokratki. Od 1948 roku zagrał w ponad 223 filmach, w tym kilkakrotnie postać Draculi, Francisco Scaramangę z dziewiątego odcinka serii o Jamesie Bondzie, Sarumana we "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona i Hrabiego Dooku w "Gwiezdnych Wojnach". Obecnie,  dziewięćdziesięcioletni aktor jest również znany ze swojej współpracy z włoskim Rhapsody Of Fire w latach 2001 - 2011 oraz swojego projektu Charlemagne, z którym realizuje drugi album "Charlemagne: Omens Of Death". Ale to nie o tym wspaniałym aktorze ten artykuł będzie, a przynajmniej nie do końca, a o duńskim The Tolkien Ensemble, z którym Christopher Lee zrealizował trzy albumy...

sobota, 5 maja 2012

Arjen Anthony Lucassen – Arjen Anthony Lucassen’s Lost In The New Real (2012)



Naprawdę nie wiem dla kogo jest ta płyta. Dla fanów twórczości Arjena? Dla nowych potencjalnych słuchaczy? A może po prostu zrobiona została dla kasy? Szumnie zapowiadana przez Lucassena solowa płyta zawodzi na całej linii. I to nie tylko kompozytorskiej, ale także konceptualnej. I w dodatku jest za długa. Zdecydowanie za długa…

sobota, 29 października 2011

Lou Reed & Metallica - Lulu (2011)


Spodziewałem się kupy. Takiej dużej i śmierdzącej co najmniej na kilometr. Tymczasem jestem naprawdę mile zaskoczony. Brzmi to, co najmniej dziwnie, ale podczas gdy masa ludków psioczy na nowe dzieło (choć niepełnoprawne) Metallici, mi udało się album przesłuchać w całości i to cztery razy i wcale nie mam dosyć.

            Prawie półtorej godziny muzyki zawartej na płycie to wynik kolaboracji Lou Reeda (muzyka znanego choćby z Velvet Underground) i Metallici. Dwa różne światy muzyczne, zupełnie inne podejścia i osobowości. To koncept oparty na historii tancerki Lulu opisanych w sztukach teatralnych „Erdgeist” i „Die Büchse der Pandora” niemieckiego dramatopisarza Franka Wedekinda. W 1929 roku zrobiono film, w 1937 roku była opera, w 2011 roku przyszła kolej na muzyczną opowieść - trudną dla wielbicieli Metallici, ale bardzo interesującą dla tych, którzy potrafią wejść w historię, poczuć coś więcej. To, co można na niej usłyszeć to specyficzna mieszanka awangardowego rocka (w którym specjalizował się Lou Reed), muzyki noisowej, post-rocka i thrash metalu. To ostatnie wynika zwłaszcza z zaangażowania się w projekt Metallici, ale ten kto spodziewa się łojenia może się przerazić, a na pewno poczuć lekko zmieszany. Otrzymujemy bowiem dźwięki zbliżone do niedocenianych, według mnie niesłusznie, płyt „Load” i „Re-Load”, które pod względem nagrania zostały jakby przefiltrowane przez „…And Justice For All”. Płyta jest też dość długa, może nawet za długa, dlatego podzielono je na dwie płyty, które w tym wypadku można nazwać dwoma aktami.

AKT I
            „Brandenburg Gate”, które otwierają pierwszą płytę zaczynają się niezbyt ciekawie. Jakieś brzdąknięcia na gitarze i monodeklamacja Lou Reeda. Chwilę później pojawiają się ostrzejsze dźwięki gitar i perkusja, oraz znacznie ciekawiej wypadający głos Hetfielda. Pachnie Thin Lizzy i „Whiskey In the Jar” oraz Lynyrd Skynyrd „Tuesdays Gone”.
            Singlowy “The Wiev”, który już zdążył podzielić fanów Mety jest drugi i wbrew pozorom to bardzo dobry kawałek. Jeśli puścić mimo uszu monodeklamację Reeda, którą niestety trzeba znieść przez całą płytę, otrzymujemy naprawdę świetny kawałek, który mógłby znaleźć się na „…And Justice For All”. Gdyby tylko James miał większą rolę wokalną. I do tego fantastyczne, niezwykle wolne jak na Metallicę tempo, które później fantastycznie się rozwija.
            Kolejny jest „Pumping Blood” – smyczkowe wejście, uderzenia stopy i rwane riffy gitar, które znów pachną „Justice’m”. Utwór powoli się rozkręca do coraz szybszych obrotów, przerwanych akustycznym momentem z bardzo ciekawymi przejściami perkusyjnymi. W ogóle to, co wyrabia na tej płycie Lars Ulrich to coś wspaniałego – dawno nie grał tak fantastycznie, ciekawie i intrygująco. On jeszcze w ogóle potrafi dobrze bębnić? Szok. Kawałek znów narasta i następuje potężne uderzenie całości, chociaż może się wudać trochę za bardzo wymuskane i wygładzone – gdyby nie Lou Reed to można by przy nim machać kudłami.
            Następny jest „Mistress Dread” zaczyna się w tym samym momencie gdzie kończy się poprzedni: zgrzyty, które po chwili przeradzają się w dawkę naprawdę świetnych riffów i pędzącej perkusji. W tempie przypomina nawet pierwsze płyty Mety – kultowe „Ride the lighting” czy jeszcze bardziej wspaniałe opus magnum „Master Of Puppets”.
Znów marzy się o tym, aby pan Reed się zamknął – więc wsłuchujemy się w warstwę muzyczną i odlatujemy. Chwilowe zerwanie i kolejne narastające uderzenia tym razem w stylu „St. Anger” – naturalnie przefiltrowanego przez „Justice’a” i wracamy do poprzednich szybkich temp. Majstersztyk – przynajmniej pod względem instrumentalnym.
            Przedostatni w akcie pierwszym jest „Iced Honey” bardzo przebojowy jak na Metallicę kawałek gdzieś z okolicy „Load” i „Re-Load” zmieszanej z southern rockowym szlifem – jeśli ktoś pamięta te jazzująco - bluesowe klimaty i lubi do nich wracać powinien słuchając warstwy muzycznej nie poczuje się zawiedziony, nawet Hetfield swoje partie odśpiewuje w podobny sposób jak na tych płytach. Bardzo dobry kawałek.             
         Ostatnia jest pierwsza suita (z trzech) – prawie dwunastominutowy „Cheat On Me”. Najpierw elektroniczne dźwięki, wyłaniająca się z mgły gitara, delikatne smyczki, bas (!) i niezwykle wolny, senny niemal doom metalowy tonaż.
Drone’owe zagrywki gitary i kolejne monodeklamacje Reeda na wybitnie spokojnym jak na Metallicę tle, które powoli narasta do szybszych fantastycznych obrotów trwa przez kilka minut. Pulsujący rytm wygrywany przez Hammeta, Hetfielda i Ulricha , który grany coraz szybciej i szybciej jest absolutnie porywający. Bardzo bym chciał by Metallica nagrała nowy całkowicie własny materiał z tak ogromną ilością energii jak w tym kawałku. Czy nie pachnie on kapitalnym „Bleeding Me” z „Load”? Znów wyłączamy pana Reeda w świadomości i słuchamy genialnej warstwy muzycznej. Do tego Hetfield, który już dawno nie śpiewał tak fantastycznie.

AKT II
            Otwiera „Frustration” -  zgrzyty i piski, jakby szukanie w radiu stacji i następuje kolejne uderzenie gitar i perkusji, które jako żywo przypominają momenty instrumentalne z „Load” zwłaszcza z „Bleeding Me” czy „Outlaw Torn” a nawet te z płyty „…And Justice For All”. Wyjątkowo nieciekawie wypada znów pan Reed, który zaczyna działać na nerwy nawet najbardziej cierpliwym słuchaczom. Brakuje w tym utworze głosu Hetfielda i wydaje się być trochę rozwleczony ponad miarę. Jednak kiedy Metallica po kolejnym wyciszeniu przywala ponownie na finał wywołuje uśmiech na twarzy największego smutasa.
Następny jest niewiele krótszy (8’02) numer zatytułowany „Littre Dog”. Z mgły wyłaniają się dźwięki przesterowanej gitary a na nie wchodzi akustyczna gitara Lou Reeda i znów jego monologi. Szkoda, że Reed nie wysilił się choć odrobinę żeby urozmaicić swoje „wokalizy” (ciężko je nawet takowymi nazwać). Jest to najwolniejszy i najbardziej rozmydlony utwór na płycie, który nie przyspiesza ani na moment.
            Przedostatni jest „Dragon” – druga na płycie suita, trwająca nieco ponad jedenaście minut. Drone’owe riffy gitar to chyba nie jest rzecz jakiej można spodziewać się po Metallice, ale otrzymujemy coś takiego i mnie osobiście bardzo to zaskoczyło. Pozytywnie. Gdyby tylko pan Reed zamilkł… tymczasem powolne narastanie i uderza perkusja. A w tle gitary właściwie nadal grają takie doomowe, drone’owe klimaty. Nie wiem czy Metallica nasłuchała się przed nagrywaniem Omega Massif, ale tak właśnie brzmią w tym utworze. Fantastyczne i bardzo niespodziewane. Kaczkowane efekty? A czemuż by nie – takie małe urozmaicenie. W każdym razie ten kawałek byłby naprawdę kapitalny gdyby wyrzucić z niego Reeda, a tak jest zaledwie bardzo dobry, bowiem momentami może się wydać nieco nużący dla co niektórych monotonnym tonażem i długością. Ja byłem zachwycony.
            I ostatni, wieńczący opowieść  Lulu, jest trwający niemal dwadzieścia minut (19’29) „Junior Dad”. To trzecia i ostatnia suita, która nie zwalnia wcale z tempa. Najpierw orkiestrowe wejście niczym z „Also Sprach Zaratustra” Richarda Straussa, southern rockowe mruknięcia Reeda i wchodzi łagodna gitara i perkusja. Znów klimat jak z „Load”. Reed w tym kawałku wypada moim zdaniem najciekawiej i najbarwniej – a wszystko dzięki fantastycznemu bujającemu tle Metallici. Wyciszenie do smyczków i głosu Reeda a dopiero po kilku minutach powrót do bujającego tła Metallici. Cudownie i magicznie robi się na drugą połowę utworu kiedy Reed wreszcie milknie i zostaje sama muzyka, która powoli się wycisza i pojawia się wolne, senne, smyczkowe tło z początku utworu, które zanim zakończy się na dobre trwa około dziesięciu minut… odpływamy i zapadamy w wieczny sen wraz naszą bohaterką.

Podsumowując, jest to płyta trudna i zgoła odmienna od tego, co dotąd tworzyła Metallica. Nie jest płytą przełomową, ani wielką, spokojnie mogła by wcale nie powstać. Wiele osób pewnie przełamałaby się dopiero wtedy gdyby zabrakło na niej członu najważniejszego, czyli pana Lou Reeda. Ten facet jest nudny, ten facet jest męczący. Ten facet jest fantastyczny…
Przełamać Metallicę, największych metalowców świata, najbardziej bodaj zadufanych w sobie ludzi jakich nosił świat muzyczny do stworzenia czegoś tak radykalnego, minimalistycznego a jednocześnie niesamowicie emocjonalnego i pięknego? Dziwna sprawa.
Są na tej płycie momenty kapitalne i momenty rozwleczone. Najchętniej posłuchałbym samej warstwy instrumentalnej skróconej powiedzmy o połowę. I wreszcie – to nie jest materiał dla wszystkich, a na pewno dla true heavy metalowców co poza łomotem i rzężeniem nie widzą i nie słyszą innych dźwięków. Tu trzeba osób, które wejdą głębiej – usłyszą i poczują.
Mam duży szacunek dla Metallici, że potrafili nagrać coś tak niesamowitego, a zwłaszcza dla Ulricha, który dawno nie grał i nie brzmiał tak dobre i świeżo. Za wstrętną okładkę, rozwleczenie całości i paradoksalnie najsłabsze ogniwo - pana Reeda trzeba jednak obniżyć ocenę o kilka stopni w dół.

Ocena: 5,5/10