Prawie dwie dekady minęły od czasu wydania jednej z najbardziej rozpoznawalnych płyt grupy Therion zatytułowanej "Secret Of The Runes". Przez ten czas zespół nie próżnował i choć w zupełnie innych składach wydawał kolejne płyty, nic jednak nie zwiastowało tego, co czekało na nas w roku 2018. Therion przez kilka lat przygotowywał swoje najambitniejsze dzieło i które dosłownie zwala z nóg swoim ogromem - i to dosłownie ogromem. Ponad trzy godziny muzyki i czterdzieści sześć numerów wydanych na trzech płytach opowiadających konceptualną historię opartą o "Krótką historię Antychrysta" Władimira Siergiejewicza Sołowjowa niektórych przytłoczy, a innych po prostu zachwyci...
Podziw wzbudza nie tylko czas i zawartość płyty, o czym za chwilę, ale także ilość zaangażowanych w płytę osób. Oprócz siedmioosobowego obecnego składu w nagraniach wzięło udział trzydzieści jeden dodatkowych muzyków i solistów, w tym szesnastoosobowy chór. Bogate i bardzo precyzyjne jest tutaj brzmienie, które stanowi wypadkową "Secret Of The Runes" i dwóch późniejszych płyt z ostatnim wydawnictwem Theriona "Les Fleurs Du Mal" zawierającym covery francuskich utworów pop z lat 60 i 70. W niektórych recenzjach pojawiają się zarzuty w rodzaju "najpoważniejszym minusem płyty jest to, że nie jest to płyta metalowa" - co wydaje mi się wręcz stwierdzeniem śmiesznym i pokazującym totalną ignorancję, pozbawienie słuchu i bezguście. Oczywiście, nie jest to album stricte metalowy, bo jego brzmienie wykracza daleko poza metal i zdecydowanie bliżej mu do opery w klasycznym rozumieniu. Inne jest tutaj instrumentarium, bo gitary i perkusja oczywiście dominują, ale nie przykrywają, a znakomicie uzupełniają się z kapitalnie zaaranżowanymi orkiestracjami. Trzy płyty i trzy godziny to z kolei pokłosie formuły oper czyli podziału na akty, a oryginalne i pełne wykonania najsłynniejszych oper trwają nierzadko nawet dłużej - cztery, a nawet pięć godzin!
Przejdźmy do rzeczy, choć nie będziemy się skupiać na wszystkich czterdziestu sześciu kompozycjach i rozpisywać każdej z osobna, bo całości można by poświęcić osobną książkę (najlepiej taką ze wznowieniem pracy Sołowjowa). Skupimy się na elementach które sprawiają, że jest to koncept przemyślany, niezwykle angażujący, ambitny i wartościowy, a także na tych które zwykłego słuchacza i ludzi o ograniczonych umysłach potrafią znudzić, odrzucić i przerazić. Takie przerażenie niewątpliwie może wzbudzić długość płyty i fakt podziału jej na trzy krążki. Ów gargantuiczny i hipertroficzny wydawałoby się rozmiar najnowszego albumu Therion nie da się jednak porównać do choćby takiego "The Astonishing" Dream Theater, gdzie dwie płyty i ponad dwugodzinny koncept o futurystycznym utopijnym świecie pozbawionym muzyki był niespójny, zawierający mnóstwo wypełniaczy i całość można by było skondensować do jednego krążka. W wypadku Theriona scalanie do mniejszej ilości może by sprawiło, że byłby przystępniejszy dla co niektórych słuchaczy, ale mocno naruszyłby strukturę opowieści. Te trzy płyty wzajemnie się uzupełniają, łączą i stanowią całkowicie nienaruszalną i nierozerwalną całość. Rzadko też się zdarza, by całość w wypadku takich płyt trzymała wysoki poziom, a ten tutaj jest utrzymany od początku do końca po prostu wzorcowo. Mając w pamięci jak ogromne wrażenie zrobiło na mnie lata temu "Secret Of The Runes" potrafię docenić ogrom pracy jaki wraz z zespołem wykonał na najnowszym albumie Christofer Johnsson, jedyny stały członek grupy. Jest to dzieło równie ambitne, ale znacznie bardziej rozbudowane zarówno pod względem historii, jak i kompozycyjnie, ukazujące Therion w zupełnie nowym świetle. Pokazującym, że jest to grupa która cały czas się rozwija nie ogląda się na trendy, choć umiejętnie potrafi z nich korzystać.
Naturalną drogą po "Secret Of The Runes" i licznych naśladowcach, rozwijających stylistykę operowego metalu, metalu symfonicznego czy wreszcie muzyki kinematycznej w rodzaju Haggard, Rhapsody (Of Fire) czy Luca Turilli's Rhapsody, wreszcie Nightwisha czy Epiki dla szwedzkiej grupy było więc realizacja dzieła o monstrualnych rozmiarach i będącym na chwilę obecną czymś co będzie także dla nich całkowicie niedoścignione, opus magnum i wyznacznikiem dla kolejnych płyt tak Therion, jak i wymienionych formacji, a także wszystkich albumów grup tworzących na zasadzie koncept album all-stars rozpiętym najczęściej na dwa krążki. Przyjrzyjmy się, czy też raczej przysłuchajmy, co składa się na ten przełomowy, zarówno dla Therion jak i dla gatunku, album. Wspomniane już brzmienie na "Beloved Antichrist" jest po prostu mistrzowsko zrealizowane: bogate, pełne, podkreślające rozmiary i epickość tematu, wielowymiarowe i przestrzenne, porażające ogromem w każdym pojedynczym numerze i niesamowicie czarujące swoją pompatycznością, która nie została jednakże nadmiernie rozcieńczona, jak często bywa gdy mówimy o pompatyczności w muzyce tego typu. Wszystko ma tutaj bowiem swoje ściśle określone miejsce i czas. Therion korzysta z bogatej palety dźwięków: ostrych i zarazem melodyjnych gitar, mocnego basu, uwydatnia niektóre z numerów gitarami barytonowymi czy takimi z dwunastoma strunami; perkusja brzmi niezwykle miękko, starannie i zróżnicowanie; orkiestracje znajdują się zarówno w tle, jak i często są wysuwane na pierwszy plan. Na tym wszystkim zostały znakomicie rozpięte bogate i porywające partie chórów i świetne wokale we wszystkich skalach - od tenorów po alty. Są na tej płycie fragmenty melodyjne, ilustracyjne, jak i te nastawione na budowanie gęstej atmosfery, naszpikowane ciężkim łojeniem utrzymanym jednak w wyraźnej i określonej formule i konkretnym dość miękkim brzmieniu, jednakże nigdy nie przyspieszonym nazbyt w stosunku do wcześniejszych dźwięków, bo pod tym względem również wszystko zostało niezwykle sprawnie rozpisane i rozłożone na poszczególnych planach. Są utwory o zdecydowanie lirycznym i łagodnym charakterze, by po chwili zostać skontrastowane surowym gitarowym uderzeniem znakomicie zbalansowanym orkiestracjami i operowym śpiewem. Takie połączenia trzeba umieć docenić.
![]() |
Ocena: Pełnia |