Australijski Caligula's Horse wyrasta na jeden z najciekawszych reprezentantów współczesnej muzyki progresywnej, czerpiącej z bogatej przeszłości gatunku, ale nie stroniąc od nowinek jakie pojawiły się w ciągu ostatnich kilku lat, zgrabnie balansując między klasycznym, a nowoczesnym brzmieniem. "In Contact" to ich czwarty album, który świetnie podsumowuje dotychczasowe poszukiwania grupy, ale także pokazuje w jakim kierunku powinien zmierzać szeroko pojęty rock progresywny...
Świetne wrażenie robi rysunkowa okładka, która przywodzi trochę na myśl szkołę wypracowana przez naszą rodzimą wytwórnię Lynx i notabene specjalizującej się w w rocku progresywnym właśnie. W kolorowym miasteczku gdzie stoją jednakowe niebieskie domki z dymiącymi kominami jest też budynek kościoła gdzie ludzie przychodzący na mszę najpierw stoją w kolejce. Jest latarnia morska, która oświetla drogę chmurnym statkom, a nad wieżą kościoła latają wokół słońca cztery osobniki w pasiastych koszulkach. Czy ta grafika łączy się w jakiś szczególny sposób z muzyką zawartą na czwartym albumie Australijczyków i czy powrót do kolorów, który był już na "Bloom" potrzebny był grupie? Sprawdźmy!
Na najnowszym znalazło się miejsce dla jedenastu numerów o łącznym czasie sześćdziesięciu siedmiu minut. Wita nas energiczny dość surowy i melodyjny "Dream the Dead" w którym kontrastuje się ostre dźwięki łagodnymi zwolnieniami. Słychać w nim już wyraźnie, że Caligula's Horse znalazła swoje brzmienie, a Grey własną dość wysoką barwę głosu. Gdyby mówić o skojarzeniach to bliżej będzie w nich do Periphery niż do Toola jak było na wczesnych albumach, co jednocześnie nie oznacza że panowie czerpią w nim z brzmienia nurtu djent. Bardzo dobry i stosunkowo mroczny jest numer drugi "Will's Song (Let the Colurs Run". W nim także nie brakuje zwolnień, które świetnie łączą się z ostrzejszymi riffami i rozpędzeniami serwowanymi przez Australijczyków. Kapitalnie brzmi tutaj późniejsze rozbudowanie riffu w niższym stroju i brudnym brzmieniu wyrwanym niczym z lat 90. "The Hands Are the Hardest" wraca do bardziej melodyjnego grania przypominającego trochę Periphery, ale w łagodniejszej formie. Numer ten jest zdecydowanie lżejszy i bardziej ciepły w stosunku do poprzednika co solidnie przełamuje ciężar i ponownie pokazuje że Caligula's Horse nie lubi trzymać się jednego założenia czy galopady, a zdecydowanie stawia na atmosferę, budowanie napięcia i emocje, wreszcie sięgają po alternatywne zagrywki tak obecne w ich dotychczasowych płytach.
Miniaturka "Love Conquers All" usypia czujność jeszcze bardziej akustyczną gitarą i dodatkiem elektroniki, by po delikatnym płynącym i sennym (ale nie usypiającym) rozwinięciu przejść w "Songs for No One", który wraca do szybszego grania. Znakomity i bardzo żywiołowy to kawałek ponownie oparty na kontrastach: lekkie, trochę shoegaze'owe tło, nisko strojony riff i klimat jak z lat 90tych przywodzi tutaj na myśl Deftones i nie wydaje mi się, żeby było to skojarzenie mylne. Jednocześnie o kopiowaniu wspomnianego czy kogokolwiek innego nie ma absolutnie mowy. Nie nuży też jego długość, która zamyka się w niemal ośmiu minutach (bez kwadransa). Udany jest też dużo krótszy "Capulet" wracający do delikatnych i łagodnych dźwięków ładnie wyciszających po poprzednim, choć nie ukrywam że lepiej prezentowałby się w tym miejscu kolejny mocniejszy numer. W "Fill My Heart" znajdującym się na pozycji siódmej wracamy do żywszego grania, pełnego melodyki i znakomitego frazowania gitary Vallena. Nie mają czego tutaj jednak szukać miłośnicy ciężaru czy rozbudowanych form, bo panowie ponownie stawiają na emocje i magiczny liryzm, co staje się ich niezwykle urokliwą wizytówką. Nie oznacza to jednak, że Australijczycy nie folgują sobie z ostrzejszym graniem, bo to choć może nie jest metalowe, to ma zadziorne i mocne fragmenty znów mogące się delikatnie kojarzyć z Deftones czy nawet Muse.
"Inertia and the Weapon of the Wall" zaczyna się od narracji, przechodzącą od szeptu w krzyk i w drugą stronę. Nie ma tu miejsca na muzykę, a tylko na pełen pasji monolog, który genialnie łączy się z następnym utworem "The Cannon's Mouth" wyraźnie inkorporującym skojarzeniami z Fates Warning i ponownie charakterystycznie dla Australijczyków balansując mocniejsze granie pięknymi zwolnieniami, co nadaje całości nieco teatralnego wymiaru. Tu także z powodzeniem sięgają po nisko strojone lekko djentowe riffy, jednak tym bliżej w tym wypadku do wspomnianego już Deftones aniżeli reprezentantów tego nurtu i to nawet w najostrzejszym, finałowym fragmencie. Opus magnum i faktyczny koniec płyty to ponad piętnastominutowy "Graves", który wpierw kontrastowo wycisza i usypia czujność, a następnie płynnie przyspiesza. Panowie nie boją się jak się okazuje dłuższych form, ale muszą też mieć powód by po nie sięgnąć. Blisko tutaj do sposobu myślenia The Flower Kings i ponownie Fates Warning - to numer pełen nie tylko emocji, ale też niezwykle płynnych rozwinięć, palet barw i dźwięków począwszy do uroczych delikatnych momentów, po bardziej rozbudowane, rozpędzone, rozedrgane niepokojem pejzaże. Po prostu piękne. Moment w któym wchodzi partia saksofonu to z kolei absolutny majstersztyk. Na sam koniec dorzucili panowie jeszcze nagraną na nowo kompozycję "Atlas" z drugiej płyty z dopiskiem "Revisited". To również udany numer, czy też raczej wariacja na temat oryginału, która ładnie wycisza po niesamowitym poprzedniku, choć mimo piękna wydawała mi się już nieco niepotrzebna.
Caligula's Horse to jedna z nielicznych grup, która w szeroko pojętej muzyce progresywnej potrafiła znaleźć dla siebie niszę. Ich muzyka to przede wszystkim twórczość artystyczna, intrygująco łącząca zarówno emocje, jak i tradycję z nowoczesnością. Z jednej strony jest to bowiem płyta bardzo współczesna, a z drugiej mocno zakorzeniona w alternatywnym brzmieniu lat 90. W zasadzie na próżno szukać na niej rozbudowanych, kunsztownych form czy ciężaru. Stawia się na liryzm i magię, która charakteryzowała wcześniejsze albumy i niezwykle zgrabnie łączy je ze sobą, wreszcie scalając je jeszcze bardziej rozwija w nową jakość. Te wszystkie zatarcia, mrugnięcia oczkiem i konsekwentne tworzenie własnego stylu jest prawdziwą sztuką i nie ulega wątpliwości, że z tą grupą warto pozostawać "w kontakcie".
Na najnowszym znalazło się miejsce dla jedenastu numerów o łącznym czasie sześćdziesięciu siedmiu minut. Wita nas energiczny dość surowy i melodyjny "Dream the Dead" w którym kontrastuje się ostre dźwięki łagodnymi zwolnieniami. Słychać w nim już wyraźnie, że Caligula's Horse znalazła swoje brzmienie, a Grey własną dość wysoką barwę głosu. Gdyby mówić o skojarzeniach to bliżej będzie w nich do Periphery niż do Toola jak było na wczesnych albumach, co jednocześnie nie oznacza że panowie czerpią w nim z brzmienia nurtu djent. Bardzo dobry i stosunkowo mroczny jest numer drugi "Will's Song (Let the Colurs Run". W nim także nie brakuje zwolnień, które świetnie łączą się z ostrzejszymi riffami i rozpędzeniami serwowanymi przez Australijczyków. Kapitalnie brzmi tutaj późniejsze rozbudowanie riffu w niższym stroju i brudnym brzmieniu wyrwanym niczym z lat 90. "The Hands Are the Hardest" wraca do bardziej melodyjnego grania przypominającego trochę Periphery, ale w łagodniejszej formie. Numer ten jest zdecydowanie lżejszy i bardziej ciepły w stosunku do poprzednika co solidnie przełamuje ciężar i ponownie pokazuje że Caligula's Horse nie lubi trzymać się jednego założenia czy galopady, a zdecydowanie stawia na atmosferę, budowanie napięcia i emocje, wreszcie sięgają po alternatywne zagrywki tak obecne w ich dotychczasowych płytach.
Miniaturka "Love Conquers All" usypia czujność jeszcze bardziej akustyczną gitarą i dodatkiem elektroniki, by po delikatnym płynącym i sennym (ale nie usypiającym) rozwinięciu przejść w "Songs for No One", który wraca do szybszego grania. Znakomity i bardzo żywiołowy to kawałek ponownie oparty na kontrastach: lekkie, trochę shoegaze'owe tło, nisko strojony riff i klimat jak z lat 90tych przywodzi tutaj na myśl Deftones i nie wydaje mi się, żeby było to skojarzenie mylne. Jednocześnie o kopiowaniu wspomnianego czy kogokolwiek innego nie ma absolutnie mowy. Nie nuży też jego długość, która zamyka się w niemal ośmiu minutach (bez kwadransa). Udany jest też dużo krótszy "Capulet" wracający do delikatnych i łagodnych dźwięków ładnie wyciszających po poprzednim, choć nie ukrywam że lepiej prezentowałby się w tym miejscu kolejny mocniejszy numer. W "Fill My Heart" znajdującym się na pozycji siódmej wracamy do żywszego grania, pełnego melodyki i znakomitego frazowania gitary Vallena. Nie mają czego tutaj jednak szukać miłośnicy ciężaru czy rozbudowanych form, bo panowie ponownie stawiają na emocje i magiczny liryzm, co staje się ich niezwykle urokliwą wizytówką. Nie oznacza to jednak, że Australijczycy nie folgują sobie z ostrzejszym graniem, bo to choć może nie jest metalowe, to ma zadziorne i mocne fragmenty znów mogące się delikatnie kojarzyć z Deftones czy nawet Muse.
"Inertia and the Weapon of the Wall" zaczyna się od narracji, przechodzącą od szeptu w krzyk i w drugą stronę. Nie ma tu miejsca na muzykę, a tylko na pełen pasji monolog, który genialnie łączy się z następnym utworem "The Cannon's Mouth" wyraźnie inkorporującym skojarzeniami z Fates Warning i ponownie charakterystycznie dla Australijczyków balansując mocniejsze granie pięknymi zwolnieniami, co nadaje całości nieco teatralnego wymiaru. Tu także z powodzeniem sięgają po nisko strojone lekko djentowe riffy, jednak tym bliżej w tym wypadku do wspomnianego już Deftones aniżeli reprezentantów tego nurtu i to nawet w najostrzejszym, finałowym fragmencie. Opus magnum i faktyczny koniec płyty to ponad piętnastominutowy "Graves", który wpierw kontrastowo wycisza i usypia czujność, a następnie płynnie przyspiesza. Panowie nie boją się jak się okazuje dłuższych form, ale muszą też mieć powód by po nie sięgnąć. Blisko tutaj do sposobu myślenia The Flower Kings i ponownie Fates Warning - to numer pełen nie tylko emocji, ale też niezwykle płynnych rozwinięć, palet barw i dźwięków począwszy do uroczych delikatnych momentów, po bardziej rozbudowane, rozpędzone, rozedrgane niepokojem pejzaże. Po prostu piękne. Moment w któym wchodzi partia saksofonu to z kolei absolutny majstersztyk. Na sam koniec dorzucili panowie jeszcze nagraną na nowo kompozycję "Atlas" z drugiej płyty z dopiskiem "Revisited". To również udany numer, czy też raczej wariacja na temat oryginału, która ładnie wycisza po niesamowitym poprzedniku, choć mimo piękna wydawała mi się już nieco niepotrzebna.
![]() |
Ocena: Pełnia |