poniedziałek, 11 czerwca 2012

Kill Devil Hill - Kill Devil Hill (2012)



Współczesne supergrupy mają to do siebie, że albo są niespójne i nie bardzo wiedzą co chcą grać, mimo, że są świetne (Them Crooked Vultures), albo są niewypałami zupełnymi i zbędnymi powrotami do współpracy niektórych muzyków  z innymi muzykami(Unisonic), albo istnieją zbyt krótko przerwane nagłą śmiercią ważnego w zespole człowieka (Heaven & Hell), albo zachwycają tym co robią od pierwszego do ostatniego numeru i idą za ciosem rok w rok wydając płyty fantastyczne (Black Country Communion)…


„Kill Devil Hill” to debiut grupy o tej samej nazwie złożony nie tylko z muzyków znanych, ale także z zupełnych debiutantów, ciężko powiedzieć do której kategorii ten zespół zaliczyć, choć na pewno nie do drugiej a w dodatku jest to debiut naprawdę udany. Grupa powstała w 2011 roku z inicjatywy perkusisty Vinny’ego Appice’a (ex-Black Sabbath, ex-Dio, ex-Heaven & Hell), który dokooptował do kompletu basistę Rexa Browna (ex-Pantera, Down), gitarzystę Marka Zavona  i młodego wokalistę Jasona „Deweya” Bragga. Nazwa została wzięta od miasteczka Kill Devil Hill znajdującego się w stanie Północna Karolina, którego historia ma swoje początki w czasach kolonializmu, a utrwaliła się dzięki miejscowym piratom, którzy zaczęli nazywać porywany ze statków rum mianem „Kill Devil”, a z tego powodu lokalne wydmy zaczęto nazywać „Kill Devil Hill”. Pierwsza płyta tego zespołu miała swoją premierę w maju. Obecnie zespół jest w trasie koncertowej z Adrenaline Mob – inną supergrupą dowodzoną przez Mike’a Portnoya (ex-Dream Theater), która, pozwolę sobie zauważyć w tym miejscu, należy do tej pierwszej grupy.

Album jest taki jak swego czasu o projekcie opowiadał lider Vinny Appice: Uwielbiam grać ciężką i głośną muzykę (…). Urodziłem się w zupełnie innych czasach, w których istniała melodia i harmonia. Nie muszą być miłe. Muszą być pokręcone, w minorowej tonacji i mroczne. Dewey (wokalista)* rozumie to doskonale. Na tej płycie są świetne melodie i ciężkie uderzenia. Wciąż jednak jest to muzyka mroczna. I bynajmniej nie wesoła. (…) Zawsze grałem z nastawieniem na wolne tempa, tak więc będzie ciężko i podkręcone pod nutę D… będzie dokładnie to, co kocham: Energetyczna, agresywna muza.”**
 
Otwiera fenomenalny walec „War Machine”, który wgniata w fotel nisko strojonymi gitarami, świetnym riffem i szybką perkusją Appice’a. I do tego naprawdę kapitalny i różnorodny wokal Deweya. Po nim „Hangman” z wejściem jakiego nie powstydziłoby się nawet Black Sabbath, dalszego ciągu zresztą też. Wolna i ciężka jednocześnie stonerowo-sludge’owa uczta dla uszu. I to dosłownie. Na trzeciej pozycji „Vodoo Doll” – równie masywny z pierwiastkami hard rockowymi za sprawą niesamowitego wokalu. Następnie „Gates Of Hell”. Appice chyba nie byłby sobą jakby nie było kawałka o tak znamiennym tytule, sam bowiem tytuł znów kojarzy się z Black Sabbath i Heaven & Hell. A i wejście jak wyjęte z twórczości tych zespołów, gęsta i mroczna melodia gitary, wolne wejście perkusji, duszne tempo… i przywodzący trochę Dio lub Jamesa Hetfielda z płyty „Load” wokal… majstersztyk po prostu. 

Potem „Rise From The Shadows” – iście stonerowy groove na wejście I znów kopara w dół. Łapiemy się na wystukiwaniu rytmu palcami… brud, duchota, piaskowa burza i piękno w każdym dźwięku… W szóstym zaczynamy dosłownie umierać, zresztą taki tytuł numeru „We’re All Gonna Die”. Kolejne genialne, mocne wejście i każdy pojedynczy dźwięk na swoim miejscu, słyszalny wyraźnie jak słyszy się skrzypienie starych drewnianych schodów w pustym, zbyt cichym  domu. Rewelacja. Siódemka to „Strange” znów na piaszczystą stonerową nutę, wolniejszy i bardziej balladowy. Po prostu świetny. Nie czuje się kiedy mija czas i pojawia się znamiennie zatytułowany kolejny kawałek „Time & Time Again”. Doomowe, wolne tempa jak z Black Sabbath czy Heaven & Hell i hard rockowa przebojowość w tym utworze dominują i znów włos się jeży na głowie – przefantastyczność wcielona w całość. Spotkanie w numerze kolejnym ze starym człowiekiem jest równie potężne. Szybkie, energetyczne tempo, mocne riffy i wyśmienita perkusja Appice’a. Istne szaleństwo. Numer „Mysterius Ways” zwalnia najmocniej: akustyczna southern rockowa gitara i spokojny wokal Deweya, jakby chcieli powiedzieć – dość mieszania, czas na wyciszenie. A w dodatku utwór trwa króciutko bo rpatem dwie minuty i dwadzieścia sekund. Ale to nie koniec – z mgły wynurza się kolejny walec „Up In Flames” z kolejnym mrocznym wejściem przypominającym bijący dzwon, ale tu nie ma szybkich temp, utwór jest wolny z ostrzejszymi akcentami i lekko okręcający się wokół głowy niczym jadowity wąż. I dopiero po nim następuje finał zatytułowany „Revenge”. Perkusyjna kanonada i fantastyczny wibrujący riff, ciężko, brudno i wolno, ale pędząco niczym lokomotywa parowa, która ma zaraz eksplodować. Cudowne zakończenie cudownej płyty.

Dwanaście kawałków wcale do długich nie należy – średnia długość to jakieś trzy, cztery minuty. Tylko jeden jest dłuższy, raptem pięć i pół minuty (numer 11) i są też dwa numery trwające nieco ponad dwie minuty. Świetni muzycy wydali świetną płytę, w dodatku świetny debiut. Wgniotka i zmiotka totalna, płyta której się nie oczekiwało, ale którą trzeba przesłuchać. Byłoby pełne dziesięć z wykrzyknikiem, będzie dziewięć i pół za rozczarowującą w stosunku do zawartości okładkę. I mam nadzieję, że nie skończy się na jednej płycie, a kolejna będzie równie fantastyczna.

Ocena: 9,5/10




* Przypis mój własny Fragmenty wypowiedzi Appice’a w tłumaczeniu własnym.
**Wypowiedź zaczerpnąłem z artykułu „Kill Devil Hill: A rocker’s dream creates a new band”, który znalazł się na stronie charlotteobserver.com

3 komentarze:

  1. Hmmmm.... nie, to nie jest to co lubię. Ale doceniam, ze się postarali. ;)Podoba mi się za to Twoje określenie "wgniotka i zmiotka" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zajebista płyta słucham dopiero pierszy raz teraz własnie i już chce każdy kawałek puscic od nowa,Sabsi muszą sie postarać z reunion LP,lecz mają zajebista przewage sir. OZZY,gdyby on tu zaspiewał płyta by maiła takie pierdolniecie w swiecie że hej,ale i tak jest zajebiscie sabbatowy klimat,cuuudeńko,a wokalista zajebisty ma głos,ocena zasłużona brakuje do arcydzieła tu ozzika !!!

    OdpowiedzUsuń