sobota, 2 czerwca 2012

By Million Wires - Letters to the Absent (2012)


Raczej sceptycznie podchodzę do rockowego grania z kobiecym wokalem, ostatnio jednak trafiaja mi się rzeczy, które z jakiegoś powodu nie chcą się nie podobać. Z jakiegoś równie dziwnego powodu nie chcą też wyjść z odtwarzacza – płyty, które uzależniają są właśnie najgorsze, i nie dlatego, że są złe, tylko dlatego, że zostają na dłużej i zastępują inne…


Tarnowska grupa By Million Wires nie była mi wcześniej znana, a istnieją dość długo, bo od 2007 roku. Ich debiutancka epka sprzed dwóch lat nie jest mi znana, ale debiutancki pełnowymiarowy album spodobał mi się. W przypadku takiego grania, jest to raczej dziwne, bo na przykład takiego Radiohead, czy PJ Harvey jakoś nie trawię, Portishead zaś nie znam zupełnie, a ponoć inspirują się ich twórczością. Co więc jest siłą tego materiału?

Przede wszystkim świetna produkcja – przestrzenny dźwięk fantastycznie łączy się z melancholijnym, chłodnym konstruktem całości. Utwory są łagodne, raczej delikatne, ale pulsujące i unoszące się w powietrzu, lekko kołysające. Następnie świetne połączenie alternatywnego grania z pogranicza rocka i popu z post-rockowym klimatem. A także, wokal Anny Ostafil, który fantastycznie współgra z melodiami i klimatem płyty. Podobno Ania zdecydowała się opuścić By Million Wires i to bardzo smutna sprawa – ciężko będzie znaleść równie dobry głos, który tak silnie będzie spojony z muzyką, który tak niezwykle będzie żonglował emocjami i genialnym feelingiem. Mi jej głos skojarzył się z Sheryl Crow czy Shirley Manson. Zwłaszcza z tą ostatnią, wokalistką znaną z grupy Garbage, zresztą sama melodyka i konstrukcja trochę może przypominać twórczośc tego amerykańskiego zespołu, choć jest dużo łagodniej i bardziej spójnie.

Nie ma tu też złych numerów. Cała ósemka trzyma w zainteresowaniu od pierwszej do ostatniej minuty. Klarowny dźwięk i wspomniany wokal Ani, tylko utwierdzają w tym przekonaniu. Zachwycają progresywnym szlifem, melancholijną budową riffów czy solówek sprawiającą, że mimowolnie zamykamy oczy i słuchamy w zamyśleniu. Faworyty ciężko wskazać, ale na pewno niesamowite „Filiżanki” i „Nic” – jedyne utwory po polsku, które nawet mogą skojarzyć z Comą. Tu i ówdzie przelcą też skojarzenia z The Cranberries czy Decemberists…, a jeszcze bardziej intrygująco wypada instrumentalny finał „Ketonall” – Caligornia Stories Uncovered? Riverside? Tides From Nebula? Cóż, po prostu świetna robota.

Duże zaskoczenie – na pewno. Zachwyt – też. Ale również zdumienie – czemu Ania postanowiła odejść? Nie tylko ja sobie niewyobrażam By Million Wires bez niej, a ten album jest po prostu zrobiony po mistrzowsku. Nie za długi i bardzo, co niestety jest rzadkie, spójny. Jeden z tych albumów, które w podsumowaniu roku mają miejsce zapewnione, długo nie wyjdą z odtwarzacza i które cieżko będzie przebić, zwłaszcza z kimś innym przy mikrofonie. Nie pozostaje mi nic innego, jak gorąco polecić płytę i zanucić, parafrazując słowa piosenki z dziecięcego programu „Tik-Tak”: „Anka, Anka nie bądź taka, wracaj zaraz do By Million Wires, bo bez Ciebie smutno nam, bo bez Ciebie smutno nam!”  

Ocena: 10/10 !