czwartek, 27 października 2016

Fvnerals - Wounds (2016)


Jeśli Brytyjczycy mają swoje Obscure Sphinx to zespół ten nazywa się Fvnerals. Pochodząca z Glasgow grupa 14 października wydała swój drugi pełnometrażowy album studyjny, którego łączny czas trwania nie przekracza czterdziestu minut, ale to co się na nim znalazło nie tylko potrafi zaskoczyć, ale również naprawdę zdołować. Nie mam tu jednakże na myśli zawartości nudnej czy złej, tylko mocno nastawionej na emocje, zwłaszcza te silnie kojarzone z jesienią - depresją, niemocą i umieraniem (nie tylko przyrody)...

Fvnerals powstało w 2013 roku i ma na swoim koncie debiutancki album "The Light" oraz dwie epki "The Hours" i "The Path" Najnowszą płytę rozpoczyna instrumentalny wstęp zatytułowany "Void" dźwiękowo oparty na przestrzeniach dark ambientowych lub z pogranicza muzyki drone'owej. Ponury, mroczny ton sunie powoli niczym kondukt i kontrastuje jedynie przypominającymi deszcz uderzeniami perkusjonali. Płynne przejście do utworu tytułowego, który otwiera drone'owy ton gitary i przesycony smutkiem głos basistki i wokalistki grupy Tiffany Strom. Następnie całość rozwija się w duszny doomowy, bardzo powolny kawałek, który jednak nie nuży, a porządnie potrafi człowieka przetrzepać. Następnie pojawi się jeszcze bardziej powolny i ponury, przestrzenny "Shiver", który oplata swoim klimatem niczym sczerniałe konary z okładki. W identycznym tonie zbudowany jest "Teeth" który wpierw wita nas zegarowymi riffami gitary przypominającymi kuranty i przepełnionym smutkiem łagodnym głosem Strom, a gdy utwór nieco się przyspiesza wciąż pozostając w, zgodnie z nazwą, funeralnym tempie, można poczuć się błogo i lekko, mimo że na próżno szukać tutaj szybkich riffów czy rozbuchanych pasaży. To bowiem muzyka ponura i brudna, bardzo powolna, ale jednocześnie przepełniona niezwykłymi emocjami. 

Na piątej pozycji znalazł się "Crown", który nawet nie myśli zmienić klimatu. Jest duszno, ciemno i nieprzyjemnie, ale nie jest to ten rodzaj nieprzyjemności, który odrzuca, a raczej ten który każe się w nią zagłębić jeszcze mocniej, poczuć, dotknąć i zrozumieć. W przedostatnim numerze noszącym tytuł "Antlers", który jest tylko odrobinę żywszy, ale wciąż pozostający w dusznych, powolnych dźwiękach przypominających kondukt, albo pełen żalu niemy krzyk wydobywający się z ciemnej piwnicy lub wnętrza każdego człowieka w głębokiej depresji. Ostatni na płycie "Where" rozpoczyna przepełniony smutkiem wietrzny klawiszowy pasaż, do niego po chwili dołącza niepokojący w swoim wymiarze głos Storm. W połowie numeru dołączają gitary i perkusja, ale nawet tu nie ma co myśleć o zmianie tonu - znów odzywają się emocje, których czasami nie da się porzucić, które targają każdym z nas, nawet jeśli nie potrafimy się do tego przyznać i udajemy przed wszystkimi ze sobą włącznie, że umiemy się uśmiechać i grać tym uśmiechem do ledwo tlącej się świeczki, która tak naprawdę już dawno zgasła i tylko bucha ostrym, nieprzyjemnym gryzącym w twarz i oczy dymem. Ostatni utwór, zwłaszcza w swojej końcowej ponownie jedynie klawiszowej partii przypomina samobójcze odejście ze świata, w którym podmiot nie zdołał się z nim pogodzić i ułożyć tak jak powinien lub by chciał żeby dla niego wyglądał.

Nie jest to album łatwy w odbiorze, nie tylko z względu na bardzo powolną, monotonną i smutną brzmieniowo warstwę muzyczną, ale także ze względu na tematykę jaką podejmuje (nieodwracalność czasu, przewlekłą depresję, izolację, letarg i niepokój). To muzyka przepełniona goryczą, smutkiem i wołaniem o pomoc, przejmująca i druzgocąca, ale jednocześnie niezwykle oczyszczająca i otwierająca oczy nie tylko na innych ludzi, ale także na samych siebie. Nie jest to tylko wyłącznie płyta jesienna, bo taka refleksja powinna nam towarzyszyć o każdej porze roku. Nie jest to może płyta szczególnie atrakcyjna czy przebojowa, ale w swoim gatunku zarówno gatunkowym jak i tematycznym bardzo dosadna i mimo pozornej niedostępności niezwykle piękna, a wrażenie to potęguje właśnie czas jej trwania - te czterdzieści minut zdecydowanie wystarcza, by w pełni zastanowić się nad tematem i nie poczuć zmęczenia, mimo że przytłoczenie towarzyszy nam w każdym z siedmiu numerów. Ocena: 7/10


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza