Cztery kraje, cztery różne zespoły i jeden jesienny wieczór w gdańskim B90. Wrażenia jak zawsze niezapomniane i mimo niezbyt licznej publiczności z całą pewnością wielu bawiło się znakomicie. W piątkowy wieczór nie zabrakło bowiem porządnego uderzenia, egzotyki i energii bijącej od legendarnej, choć nie wszystkim znanej kapeli znanej jako Onslaught, która była główną gwiazdą tego koncertu...
Blaakyum |
Nie należę do zwolenników zapychania koncertów metalowych zbyt dużą ilością zespołów, zwłaszcza tak bardzo od siebie się różniących, choć trzeba przyznać, że tym razem mimo aż czterech grup nie miałem poczucia przytłoczenia ilością dźwięków wylewających się z desek sceny B90, ani faktem, że wszystkie cztery kapele nawet na moment nie myślały o jakimkolwiek zwolnieniu niemal morderczego tempa. Na początek zaprezentował się libański Blaakyum istniejący już dwadzieścia jeden lat (z przerwą w latach 2001 - 2007) zespół obok Onslaught okazał się moim zdaniem najciekawszym elementem tego wieczoru. Łącząca w swoim graniu wpływy thrash, death i "middle eastern folk" metalu grupa zagrała krótki, choć bardzo intensywny i atrakcyjny set złożony głównie z materiału z najnowszego, dopiero drugiego (!) krążka wydanego w czerwcu tego roku zatytułowanego "Line Of Fear". W swoim kraju za granie metalu i nie stronienie od politycznej krytyki grupa tępiona, a u nas niemal kompletnie nieznana porażała energią i bardzo ciekawym podejściem do tematu. Według mnie koncertowo wypadli nawet lepiej niż Melechesh, który zagrał w Gdańsku w kwietniu tego roku razem z Nile. Szkoda tylko, że ich koncert był stosunkowo krótki, a publiczność która zebrała się na ich występ była bardzo nieliczna. To drugie dziwi najbardziej: rozumiem chęć zobaczenia większych i bardziej znanych kapel, zwłaszcza Onslaught, ale nie rozumiem czemu nie przychodzi się posłuchać wszystkich zespołów, zwłaszcza tak egzotycznych i niespotykanych. Oczywiście, czas czasem, niesłuchanie takiego grania też, nieznanie też - ale czy od tego nie są koncerty żeby czasami poznać coś nowego i innego?
No Return (powyżej i poniżej) |
Mors Principium Est |
Ostatnim i obok Libańczyków z Blaakyum najbardziej interesującym zespołem byli Brytyjczycy z Onslaught. Niemal trzydziestopięcioletni weterani, niemal bo z przerwą w latach 1991 - 2004, w którego szeregach jest tylko dwóch oryginalnych członków: gitarzysta Nigel Rockett oraz wokalista Sy Keeler. Ten drugi, obecnie pięćdziesięcioczteroletni wygląda jak Gandalf (no, może Saruman) który zabrał się za metal pokazał niebywałą formę. Najpierw w repertuarze z całej płyty "The Force", której w tym roku stuknęła równa trzydziestka, a następnie w wybranych numerach z nowszych płyt wydanych już po powrocie w 2004 roku. I tak obok znakomitej jazdy bez trzymanki z lat 80 zabrzmiały równie mocne hiciory w rodzaju "Killing Peace", "The Sound of Violence" czy "Destroyer of the Worlds", nie wspominając o epickim "66fuckin6" odśpiewanym wspólnie z publicznością oraz kilka innych numerów z lat 80 wraz z wieńczącym koncert "Thermonuclear Devastation of the Planet Earth" z debiutanckiego albumu "Power from Hell" z 1984 roku, z którego zabrzmiał również numer tytułowy. Obecny skład Onslaught brzmi potężnie, ale największe wrażenie robił właśnie Keeler, który wręcz kradł zespołowi cały show. Onslaught to naprawdę znakomity, nieco zbyt mało kojarzony i trochę zapomniany zespół, który pokazał ogromną klasę i znakomitą formę, co z pewnością docenili Ci, którzy ich muzykę znają i przyszli bawić się na ich koncercie.
Gandalf czy Saruman? Nie, to Sy Keeler z Onslaught |
Wieczór w B90 jak zwykle należał do udanych, choć miejscami zdecydowanie zbyt głośno, zwłaszcza przy trzech poprzedzających występ Onslaught supportach. Interesującym zbiegiem ze strony głównej gwiazdy było zaproszenie trzech bardzo zróżnicowanych pod względem stylistycznym grup z trzech różnych krajów, dzięki czemu można było też usłyszeć przekrój podejść do dość zbliżonego grania. Spośród nich zdecydowanie najlepiej wypadł libański Blaakyum, który nie jest szczególnie kojarzony, ale zasługuje na uwagę. Szkoda tylko, że na ich występie zebrała się stosunkowo nieliczna publiczność, która nieco liczniej pojawiła się dopiero przy Mors Principium Est i Onslaught, przy którym to również można było zauważyć szczątkowe pogo. Gdyby wspomniane MPE i Francuzów z In Return zastąpić na przykład Overkillem i Acceptem byłby to moim zdaniem koncert idealny. Niestety nie można mieć wszystkiego, ale występ Onslaught na pewno nie tylko ja będę wspominał z uśmiechem jeszcze przez długi czas.
Zdjęcia własne. Więcej zdjęć na naszym facebooku.