Napisał: Jarek Kosznik
W czwartek, 25 stycznia bieżącego
roku, w gdańskim klubie B90 odbył się kolejny na trasie koncert
legend światowego metalu czyli portugalskiego Moonspell i
brytyjskiego Cradle of Filth. Niekwestionowane legendy szeroko
pojętego metalu ekstremalnego odwiedziły Polskę w swojej
przeszłości już wiele razy jednakże nigdy nie byli razem na
jednej scenie. Nie ukrywam, że wybrałem się na ten występ głównie
z powodów sentymentalnych gdyż powyższe dwa zespoły były dla
mnie bardzo inspirujące w czasach gimnazjum i liceum.
Bardzo licznie zgromadzona publiczność z całej Polski jak i z
zagranicy, wśród których dało się zauważyć ludzi w rożnym
wieku, zaledwie chwilę po otwarciu drzwi klubu zapełniła salę już
niemalże w połowie pomimo, że do pierwszego supportu została
ponad godzina! Ponadto to wydarzenie zbiegło się z premierą nowego
piwa „Ace of Spades”, które cieszyło się sporym
zainteresowaniem wśród spragnionych uczestników widowiska. Jak na
tle koncertów w Krakowie i Warszawie wypadł
Gdańsk? Ponad czterogodzinny
koncert rozpoczął się o godzinie 1820 od występu polskiej kapeli
blackmetalowej Sacrilegium. Trwający około 40 minut występ
obfitował w charakterystyczne elementy pagan/black metalu, często
odwołując się do stylistyki takich zespołów jak Darkthrone czy
pierwszych nagrań rodzimej grupy Behemoth. Początkowe utwory były
niestety dość monotonne i nużące, jednakże z
czasem panowie się rozkręcili, a utwory stały się bardziej
urozmaicone i melodyjne. Ciekawostką jest fakt,
że część tekstów była w języku polskim co jeszcze bardziej
dodawało słowiańskiego charakteru. Ich występ oceniam całkiem
pozytywnie.
Potem nadeszła pora na pierwszego z dwóch gigantów
czyli Moonspell. Zespół zaprezentował w większości materiał
z nowej, nagranej w całości po portugalsku płyty
„1755”, ale nie zapomniał także o klasykach jak „Opium”,
„Alma Mater” czy tradycyjnie kończąc utworem „Full Moon
Madness” z płyty „Irreligious”. Nie sposób nie zauważyć
świetnej prezencji scenicznej zespołu, a w szczególności
charyzmatycznego wokalisty Fernando Ribeiro, u którego widać, że
jest w świetnej formie wokalnej. Moim zdaniem nowe utwory wypadły
na żywo nawet lepiej niż na płycie, co w połączeniu z elementami
teatralnym takimi jak maski, lampiony czy krzyż emanującym laserem
nadało całemu występowi mroczny, intrygujący klimat. Widać, że
zespół bardzo lubi przyjeżdżać do Polski, a Fernando jeszcze
dodatkowo podziękował za gościnność. Niektórzy uczestnicy byli
nieco rozczarowani faktem, że koncert trwał tylko godzinę, ale
było to spowodowane faktem, że nie byli headlinerem tej trasy.
Następująca po koncercie Moonspell nieco dłuższa przerwa
techniczna zaostrzyła jeszcze bardziej apetyt publiczności na
występ głównej gwiazdy wieczoru.
Wreszcie, około godziny 2050,
członkowie Cradle of Filth zaczęli stopniowo, zgodnie ze swoich
wewnętrznym rytuałem wychodzić na scenie przy dźwiękach
wprowadzenia. Zaczęto od mocnego uderzenia w postaci utworu „Gilded
Cunt” z albumu „Nyphetamine”. Koncert był podzielony na dwie
części oddzielone króciutką przerwą na złapanie oddechu.
Oczywiście pierwsze co rzuciło się w oczy, to bardzo
ekstrawagancka i ekscentryczna prezencja wokalisty Daniego Filtha,
który pomimo 45 lat na karku, dalej wydawał z siebie
nieprawdopodobnie wysokie dźwięki, wprowadzając w zaciekawienie
słuchaczy. Trudno nie zauważyć też, wspaniałej technicznie i
dokładnej gry Rich’a Shaw’a i Marka „Ashoka” Smerdy, którzy
stanowią moim zdaniem najlepszą parę gitarzystów w historii
grupy. Niezwykle rzadko w szeroko pojętej muzyce blackmetalowej
zdarzają się tak uzdolnieni instrumentaliści. Ponadto muszę
wyróżnić pozostałych członków grupy, a w szczególności
wokalistkę, której śpiew dodawał dodatkowego, szalonego klimatu.
W obu częściach koncertu nie zabrakło zarówno nowych utworów ze
świeżo wydanej płyty „Cryptoriana – The Seductiveness of
Decay” jak i absolutnych klasyków tj. „Dusk
and her Embrace”, „Bathory Aria”, „Her Ghost in the Fog”
czy „Nymphetamine”. Bardzo licznie zgromadzona
publiczność momentami dość niemrawa z czasem się rozkręciła,
chociaż poziom energii nie odbiegał mocno od innych koncertów na
polskiej trasie.
Podsumowując, było to
dla mnie bardzo ciekawe wydarzenie, bo z jednej strony mogłem zobaczyć
znakomite widowisko muzyczno – teatralne, a z drugiej strony znów
poczuć się jak piętnastolatek. Nie będę ukrywać, że chętnie wybiorę się w przyszłości na następne
koncerty tych grup w naszym kraju, by znów cofnąć się w czasie i móc posłuchać swoich idoli na żywo.