Niemiecki The Ocean na razie nie
kwapi się do wydania nowego materiału. Postanowił jednak wyciągnąć pieniądze z
kieszeni słuchaczy w inny sposób – wydając epkę zawierającą wszystkie cztery
części „The Grand Inquisitor”. Utwory te bowiem, znajdowały się już na
„Anthropcentric” z roku 2010. Jaki więc jest sens pisać o tym wydawnictwie?
Zobaczmy…
Ta grupa nie boi się częstych i
licznych zawirowań w składzie, stylistycznych mariaży, które mogą wywołać
palpitacje serca u niewyrobionych słuchaczy lub takich, którzy nie lubią
ekstremalnego metalu zawierającego w sobie wszystko niemal co się da z bogatej
historii muzyki metalowej. Osobiście jednak uważam, że wydawanie tej epki było
raczej zbędne. Nie wnosi ona do ich muzyki niczego nowego, a w dodatku nie
zawiera żadnego nowego utworu. To trochę tak, jakby chcieli zarobić po raz
trzeci kasę na tym samym. W 2010 roku wydali dwie płyty, ściśle ze sobą
powiązane: „Heliocentric” i „Anthropcentric”. Na tej drugiej były trzy części
wspomnianego kawałka, który złożył się na tą epkę. Czwarty i finałowy kawałek
dostępny był dotychczas jedynie w limitowanej edycji zawierającej winylowy
krążek z tym właśnie jednym numerem. A jeszcze był box zawierający obie płyty
wraz z ich instrumentalnymi wersjami („Heliocentral” i „Anthropocentral”).
Osoby, które zetknęły się już z
tą grupą nie usłyszą więc na tej płycie absolutnie nic nowego, ot jeszcze jeden album do
kolekcji (posiadający dwie różne wersje okładki, każdy w nakładzie 151 sztuk).
No i do tego jeszcze dochodzi ów czwarty brakujący element, nie wszyscy zapewne
mieli okazję zdobyć winylowy dysk. No i pokazuje też ten albumik, razem z
„Heliocentric” i „Antrhopcentric”, łagodniejsze oblicze tej grupy – wciąż
bardzo świeże i ciekawe, jednak Ci którzy nie mogli się oderwać od gęstego
minialbumu „Fogdiver” (2003) albo pokręconej dylogii „Fluxion” (2004) i
„Aeolian” (2005) czy ciężkiego i bardzo brudnego dwupłytowego „Precambriana”
(2007) mogli się czuć nieco zawiedzeni złagodzeniem środków wyrazu. W samej
muzyce dzieje się sporo również na wspomnianych płytach z 2010: liczne zmiany
tempa, ciężkie zagrywki i ostre pasaże, melancholijne zwolnienia i kolejne
gruchnięcia, łagodne i wykrzykiwane, a nawet growlowane wokale – wszystko tu
jest, połączone w niezwykle zgrabny sposób, a mimo wszystko łagodniej.
Wydanie tej epki jednakże, to
dobry moment, by polecić berliński
kolektyw tym wszystkim, którzy tej grupy jeszcze nie znają. Dlatego nie wdaję
się w szczegółową analizę zawartych na niej utworów, żeby każdy spróbował
znaleźć w twórczości The Ocean (niekoniecznie na tym wydawnictwie) coś dla
siebie. Znam bowiem mało zespołów, które tak przekonująco potrafią łączyć ze
sobą w ramach jednej płyty progresywne, post – hardcore’owe i sludge metalowe
klimaty (czy jakiegolwiek tak skrajnie odmienne gatunki muzyczne) w tak
precyzyjny i przekonujący sposób. The Ocean to jeden z tych zespołów, które
należy pokochać lub odrzucić – nie ma innych wyborów. Ja trafiłem na nich
zupełnym przypadkiem (nie ma przypadków) kilka lat temu i wsiąkłem. Wreszcie
jest też świetnym dowodem, że nie samym power metalem w rodzaju Helloween, Blind
Guardian czy Primal Fear oraz metalem industrialnym spod znaku Rammstein Niemcy
stoją. Warto im poświecić kilka chwil, może komuś się spodoba na tyle, że
sięgnie nie tylko po wcześniejsze dokonania grupy, ale także będzie łasy na
takie dodatki, jak również z niecierpliwością wypatrywał szóstego (ponoć
również dwupłytowego) albumu.
Ocena: 4/5
Pierwsza część "The Grand Inquisitor" do posłuchania dla przypomnienia i w ramach przedsmaku: