Winylowa długość, winylowa, niezwykle stylowa okładka i pozytywny flow psychodelicznego stoner/hard rocka w klasycznym stylu
lat 70 prosto z Argentyny!
Niestety nie wiem kiedy powstali.
Ten argentyński zespół pochodzący z La Plata tworzy trzech muzyków: Hernan
Torres (instrumenty perkusyjne) oraz bracia Lisandro (gitary, klawisze i wokal)
i Joaquin Castillo (inne instrumenty). Tego również nie jestem pewien, ale ten
album to najprawdopodobniej ich debiut fonograficzny i jest to debiut ze bardzo
udany – wręcz fenomenalny!
Już pierwszy numer uderza do
głowy. Niski, melodyjny gitarowy riff i świetna perkusja w tle, zwolnienie i
płynący hiszpański wokal. To kawałek zatytułowany „Sol Negro”. Potężny groove i
wspaniały, pozytywny flow, zjazdy i efekty niczym z psychodelicznych space
rockowych eksperymentów wyjętych z Hawkwind. Zaraz po nim genialna, niemal
dwunastominutowa suita „Vuelo Submarino”, która została podzielona na dwie
części). Wolne płynące tempo, fantastyczna gitarowa melodia i wyważona delikatna
perkusja, która całości nadaje trochę marszowy charakter, następnie senne
zwolnienie na poruszający wokal a potem długa instrumentalna partia, która płynnie
przechodzi w drugą część, która rozwija się powoli na gitarowym tle i
uderzeniach perkusji do coraz szybszych, niezwykle wciągających efektów, które
znajdują ujście w numerze kolejnym (bardzo podobnym do pierwszego) „El Frio
Verdadero”. Fantastyczne wejście, wolne przestrzenne, lekko transowe tempo i
kapitalne przyspieszenie na finał. Zaraz
po nim, przedostatni fenomenalny instrumental „Amanecer en la Frontera” –
kolejne świetne intro, z rozpędzającą się perkusją… a to co jest dalej to po
prostu majstersztyk – fantastyczny riff i rozbudowane bębny, jeszcze jeden flow
i to taki, że jak to się w przenośni mówi kapcie spadają – to muzykę się po
prostu widzi, jest jak skok w nadprzestrzeń. Po prostu coś cudownego, a kolejne
zwolnienia i zerwania, a następnie wybuchy fantastycznego motywu potęgują wrażenie.
Finałowy „El Regreso del Capitan” wyłania się z mgły i oparty jest na
delikatnych dźwiękach gitary albo nawet bardziej jakiejś harfy – senny,
instrumentalny orientalny kawałek dziwnie wieńczy tę płytę, kontrastuje bowiem
bardzo z całością, a zwłaszcza z „Amanecer en la Frontera”, który kapitalnie
wieńczyłby tę płytę.
Czasami wystarcza jedynie
spojrzenie na okładkę, żeby wiedzieć, że ma się do czynienia z płytą niezwykłą.
Włączenie zaś płyty sprawia tak ogromną przyjemność od pierwszych dźwięków, że
trudno się od niej oderwać. Nie wierzę w coś takiego jak przypadek, tą płytę
dane mi było usłyszeć. To jedna z najwspanialszych płyt jakie kiedykolwiek
powstały i bodaj najlepszy debiut tego roku. To jedna z tych płyt, które trzeba
znać, a kiedy się ją pozna, można spokojnie umierać. To jedna z tych płyt,
których nie sposób pominąć, które po prostu trzeba usłyszeć. Moim zdaniem, po
prostu wstyd nie znać!
Ocena: 10/10 !
Płytę można posłuchać w całości i pobrać za darmo: na oficjalnym bandcampie zespołu.