Raz, dwa, Freddy już cię ma! Trzy, cztery, zamknij drzwi! Pięć, sześć,
krucyfiks z sobą weź! Siedem, osiem, siedź do późna! Dziewięć, dziesięć i już
nigdy nie idź spać! – słynna wyliczanka jak najbardziej pasuje do
australijskiego zespołu Elm Street. Zaś ich debiutancki album, to klasyczny
heavy/thrash metal w stylu lat 80 i trzeba przyznać, że bardzo interesujący.
Interesujący z tego względu, że
po raz kolejny należy sobie zadać pytanie: ile można jeszcze wycisnąć ze
stylistyki, która przeminęła dawno temu mając do dyspozycji zdobycze najnowszej
technologii, wszystkie możliwe riffy już były, a twórcy od dawna zjadają swoje ogony
z coraz gorszym skutkiem? Podobnie jak Steelwing czy SkullFist, Elm Street
należy do grupy tych zespołów, które nie przejmują się najnowszymi trendami w
muzyce metalowej i swobodnie eksploatują wychodzone ścieżki klasycznego
heavy/thrash metalu właśnie. Wystarczy rzut oka na okładkę, by się o tym
doskonale przekonać: żywy trup z długimi włosami ubrany w skórzaną kurtkę pędzi i
terroryzuje miasto na swoim jednośladzie i z uśmiechem na kościotrupiej twarzy
morduje znudzonych życiem smutnych panów w garniturach. Esencja okładek lat 80
normalnie – i to nie od byle kogo, okładkę stworzył Ed Repka, który tworzył
grafikę między innymi dla Megadeth (stworzył dla Mustaine’a postać Vica
Rattleheada) czy Death.
Grupa Elm Street powstała w 2003
roku w Australii podbijając ją mieszanką klasycznego heavy metalu w stylu Iron
Maiden, Judas Priest, Manowar czy Savatage. W latach kolejnych grali mnóstwo
koncertów z legendami australijskiej sceny metalowej i rockowej, a w
listopadzie 2011 roku wydali swój pierwszy, debiutancki krążek „Barbed Wire
Metal”, który za pośrednictwem niemieckiej wytwórni Metal Massacre został
rozpowszechniony po całym świecie. Obecnie zespół znajduje się w trasie promującej
album, w czasie której odwiedzą również Polskę. Zagrają w Szczecinie, Gdyni
(!), Warszawie, Kielcach, Rzeszowie i Katowicach.
A debiutancki album? Cóż, nie
należy się spodziewać niczego nowego, nie należy się spodziewać żadnych
utworów, które na stałe wpiszą się w historię metalu… ale na pewno należy się
spodziewać mocnych riffów, świetnych melodii oraz dopracowanego łojenia
klasycznego metalu. A sięgając po tego typu albumy tego się przecież wymaga. A
jeśli zespół potrafi tchnąć w takie granie świeżość i nowe życie i słucha się
kawałków z ogromną przyjemnością to jest to ogromna zaleta. Produkcja albumu
jest rewelacyjna, na pewno nie usłyszymy tu kolejnego AC/DC (czy jest jeszcze
ktoś kto uważa, że australijska muzyka rockowa i metalowa to tylko AC/DC?),
można za to usłyszeć wżerające się w czachę pędzące riffy, masę bardzo dobrych
solówek, dłuższych instrumentali do machania włosami, idealnie stłumioną
perkusję i przede wszystkim niesamowity luz.
Otwierający płytę kawałek
tytułowy po prostu miażdży, rewelacyjnie wypada numer „King Of Kings” , w fotel
wgniata „Mercilles Soldier”. Nie brakuje też obowiązkowych heavy metalowych
hymnów: mamy „Heavy Metal Power” i wyśmienity, wkręcający się w mózg na stałe,
ostatni na płycie numer „Metal Is The Way”. Osiem kawałków, niecałe
czterdzieści minut muzyki, która nie wyważa żadnych drzwi, ale na pewno
zasługuje na posłuchanie, zwłaszcza jak jest się wielbicielem klasycznego heavy
metalowego łojenia.
Ocena: 8,5/10
Ps. Elm Street zagra w Gdyni, w
klubie Ucho 15 maja wraz z trójmiejskimi grupami Shadowsight, Inner Strife i bydgoskim
Deathinition. Obecność obowiązkowa!