Budka Suflera (po raz drugi z rzędu) wraca do rockowych korzeni...
Po wznowieniu działalności w 2019 roku i śmierci Romualda Lipki w Budce Suflera sporo się zmieniło. Jeszcze w 2020 roku pojawiła się bardzo dobra płyta "10 lat samotności" nagrana z Felicjanem Andrzejczakiem przy mikrofonie. Już wówczas zapowiadano, że powstanie kolejny album Budki Suflera, choć wówczas mówiło się o tym, że będzie to album z Robertem Żarczyńskim, który dołączył do Budki wraz z reaktywacją zespołu jeszcze za życia Lipki. Do grupy w sierpniu 2021 roku dołączyła jednak jeszcze Irena Michalska, a na początku 2022 roku Jacek Kawalec, który w chwili swojego dołączenia do grupy wywołał falę oburzenia i hejtu, a jego debiutancki, koncertowy występ na WOŚPie w Legnicy zdecydowanie nie przysporzył mu dobrej prasy (sam podczas oglądania tego wątpliwej jakości występu śmiałem się do rozpuku). "Ukraiński" singiel czyli utwór "O Tobie myślę w zimną noc" wielu jednak (także i mnie) zaskoczył pozytywnie, a niemal teatralne "Wontpliwości" zaostrzyły apetyt na zapowiedzianą już oficjalnie płytę z aż trzema wokalistami jednocześnie (!): Żarczyńskim, Michalską i Kawalcem. Album "Skaza" pojawił się w streamingach 18 listopada 2022 po cichej zapowiedzi kilka dni wcześniej w mediach społecznościowych Budki Suflera z adnotacją, że fizyczny nośnik pojawi się później (premierę przewidziano na 10 lutego 2023 roku). Jak wypada najnowszy, a zarazem drugi bez czynnego udziału (choć też nie do końca) Romualda Lipki, siedemnasty już album Budki Suflera? Odpowiedź zostawmy sobie na koniec.
Na "Skazie" znalazło się czternaście utworów, w tym dwa wydane jeszcze za życia Romualda Lipki, które zostały nagrane z Robertem Żarczyńskim. Nie są to jednak jedyne numery z Żarczyńskim przy mikrofonie, bo każdy obecny głos Budki ma przydzielone numerów po równo - są więc kawałki z Żarczyńskim, z Kawalcem, z Michalską, zaśpiewane w duecie Kawalec/Michalska, a nawet wspólnie. Płytę otwiera energiczny utwór tytułowy, który mógłby pasować do Krzysztofa Cugowskiego, choć sprawnie i dość zadziornie śpiewa go Jacek Kawalec. Po nim wpada oparty o motyw walca bardzo przyjemna i skoczna piosenka zatytułowana "Nie tańczy już nikt" z wokalem Roberta Żarczyńskiego, która może się trochę kojarzyć się z erą płyt "Nic Nie Boli Tak Jak Życie" czy "Bal Wszystkich Świętych". Następnie przychodzi czas na spokojniejszy, a przy tym naprawdę udany utwór z fenomenalną Ireną Michalską wyróżniającą się nie tylko ciekawą barwą głosu, ale i intrygujący manierą, czyli "Siła Strumienia". Numer zaś przywodzić może trochę na myśl album Budki Suflera z Izabelą Trojanowską. Jednym z najmocniejszych akcentów albumu są z kolei "Wontpliwości" w którym Jacek Kawalec daje pokaz swoich możliwości. Nieco przeszarżowany, teatralny wokal Kawalca kapitalnie pasuje do tego numeru, a sama stylistyka kawałka z powodzeniem pasowałaby do Felicjana Andrzejczaka (choć już nie obecnego, a tego z lat 80tych). Prawdziwa petarda. Kapitalnie wypada też powerballada "O tobie myślę w zimną noc", która jest nie tylko udanym, ale także przejmującym numerem z fantastycznym duetem Kawalca i Michalskiej. Nawet wyrwany z ukraińskiego kontekstu to kawałek, który zapada w pamięć na długo, a ja wielokrotnie łapałem się na tym, że śpiewam razem z wokalistami.
Następujący po niej utwór "Przejdźmy na Ty" należy do Michalskiej. To kawałek, który mógłby z kolei być nagrany w czasie albumów z Urszulą. Jest zadziornie, ostro i energicznie, a przy tym bliżej nowszym nagraniom Budki za sprawą całkiem niezłego wykorzystania chórków (których mogłoby w sumie nie być, ale niech już im tam będzie). Kolejnym spokojniejszym kawałkiem jest "Pieśń trywialna" w której ponownie śpiewa Jacek Kawalec. Ponownie nie jest to zła piosenka, choć jest moim zdaniem tym razem jest jednym ze słabszych momentów krążka. Co ciekawe skojarzenia znów lecą w kierunku Felicjana Andrzejczaka, bo jest to utwór, który fajnie wypadłby na poprzednim krążku Budki. Do gitarowego grania wracamy wraz z "Gubię się" w którym znów słyszymy Kawalca, który radzi sobie naprawdę interesująco, a sam utwór fajnie mruga zarówno do czasu Andrzejczaka, jak i trochę do Romualda Czystawa (do tego drugiego chyba nawet bardziej). Drugi duet na płycie nosi tytuł "Droga do celu" to ponownie spokojniejszy utwór zaśpiewany razem przez Kawalca i Michalską. Sympatyczny to utwór, choć znów będący jednym ze słabszych momentów płyty. Z jednej strony można odnieść wrażenie, że brzmi trochę jak odrzut z albumów "Czas czekania, czas olśnienia" czy "Ratujmy, co się da!", a z drugiej trochę jak z koszmarnej, ostatniej płyty z Cugowskim, czyli "Zawsze czegoś brak".
Po niej na płycie pojawia się znana już fanom Budki Suflera kompozycja "W kinie tak jest", która została nagrana jeszcze za życia Lipki i chwilę po dołączeniu do grupy Roberta Żarczyńskiego. To sprawny, także nieco lżejszy numer, który jest całkiem przyjemny, ale w zestawieniu z resztą płyty trochę do niej niepasujący i w sumie trochę szkoda, że zamiast zostawienia go jako singla poza płytowego, nie zdecydowano się nagrać nowego utworu z Żarczyńskim przy mikrofonie. Pozostając w lżejszych dźwiękach znów pojawia się ballada, tym razem zatytułowana "Życie za życie" w której śpiewa Kawalec, tym razem znów śpiewający całkowicie po swojemu i niemal wcale nie nawiązując do żadnego wcześniejszego wokalisty Budki. Ponownie też, to naprawdę sympatyczny numer, choć w zestawieniu z cięższymi, rockowymi numerami, wypadający nieco słabiej. Na przedostatniej pozycji znalazł się kolejny bardzo udany utwór, zatytułowany "Miejsce na ziemi" w którym znów wracają bardziej gitarowe klimaty i ponownie jest bliżej albumów z Urszulą, bo ten z kolei przypadł Irenie Michalskiej. Wprawne ucho melodię wokalu z kolei zapewne powiąże trochę z czasem płyt "Cisza" i "Noc". Na koniec na "Skazie" ponownie można usłyszeć Roberta Żarczyńskiego w podrasowanej wersji utworu "Gdyby jutra nie było", który również został wydany jeszcze za życia Lipki. Ten już całkiem udany, ostry gitarowy numer, zyskał tutaj dodatkową "ejtisową" partię klawiszy w tle, co daje naprawdę ciekawy efekt i choć w tej wersji kawałek również mi się podoba, to nie jestem pewien, czy takie "zremiksowanie" było naprawdę konieczne. Trochę szkoda, że zamiast niej nie pojawiła się po prostu wersja oryginalna, a ta ewentualnie nie została dodana jako bonus. Na fizycznej o tym nie pomyślano, ale na szczęście na wersjach cyfrowych, można sobie tę płytę o oryginalną wersję poszerzyć.