sobota, 22 września 2018

LUminiscencje: Dream Theater - A Change Of Seasons/Wither (1995)/(2009)


Aż trudno uwierzyć, ale od wydania bodaj najpiękniejszej kompozycji Dream Theater minęło dokładnie dwadzieścia trzy lata. To świetna okazja, by przypomnieć tę niezwykłą suitę, ale także zestawić ją z inną epką zespołu wydaną czternaście lat później jako rozszerzenie ostatniego albumu studyjnego z Portnoyem przy perkusji, czyli "Black Clouds And Silver Linnings". Obie epki dzieli nie tylko czas powstania, ale też podejście bogów progresywnego grania do tworzenia swoich numerów, zarówno pod względem brzmienia, jak i formuły utworów, ale zastanawiająco wiele łączy...

1. A Change Of Seasons (1995)

Wpierw jednak - na krótką chwilę  - cofniemy się w czasie do roku 1989, gdzie zaczyna się historia "A Change Of Seasons". To właśnie wtedy zaczęły powstawać pierwsze wersje utworu, który Dream Theater planowało wydać trzy lata później, na swoim drugim krążku "Images And Words". Trwająca wówczas siedemnaście minut kompozycja została jednak przez wytwórnię odrzucona, jako zbyt skomplikowana i zbyt długa. Sam zespół niezrażony tą opinią ostatecznie grał ją wyłącznie na koncertach, ciągle ją rozbudowując i modyfikując. Fani jednakże coraz bardziej naciskali na grupę, by wydali utwór w wersji fizycznej i wysyłali nawet do nich petycje, co ostatecznie zaowocowało wejściem Dream Theater do studia nagraniowego w celu zarejestrowania ostatecznej dwudziestotrzyminutowej kompozycji. Niestety w studiu zabrakło już klawiszowca i współzałożyciela formacji, Kevina Moore'a, który pod koniec sesji nagraniowej poprzednika epki, czyli wydanego w 1994 roku trzeciego albumu studyjnego i drugiego z Jamesm LaBriem przy mikrofonie odszedł z zespołu. Zastąpił go Derek Sherinian, który później zrealizował z Teatrem Marzeń jeden pełny album studyjny, niesławny "Falling Into Infinity". Debiutujący w zespole nowy klawiszowiec miał nawet swój wkład w formę jaką przybrała nagrana wersja i aktywnie uczestniczył w jej przerabianiu i dostosowywaniu do wymogów ówczesnego stylu grupy. Wcześniejszą wersję, nieco ponad siedemanastominutową, można jednakże znaleźć na bootlegu z 2007 roku "Images And Words Demos 1989 - 1991" do którego wrócimy w przyszłości.

Wydana płyta zawierała oprócz suity, wybór koncertowy coverów granych w tamtym czasie przez zespół i całościowo zawiera prawie pięćdziesiąt osiem minut muzyki, a mimo to została opatrzona dopiskiem EP, co miało odróżnić ją od wydanego niespełna rok wcześniej "Awake". Zawierająca fragmenty dźwiękowe filmu "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" oraz cytowanego w filmie wiersza Roberta Herricka "To The Virgins, To Make Much of Time" według słów Mike'a Portnoya nie była jednak inspirowana słynnym filmem z Robinem Williamsem. Perkusista tłumaczył w jednym z wywiadów, że utwór był inspirowany osobistymi przeżyciami, zwłaszcza śmiercią jego matki i opowiada o cyklu życia. Fantastycznie oddaje to okładka wydawnictwa, zrealizowana przez Storma Thorgersona przedstawiająca chłopca bawiącego się na pierwszy rzut oka na plaży, o czym mogłoby świadczyć znajdujące się po prawej (lewej ręce chłopca) stronie wiaderko (z MajestyLogo) i łopatka. Gdy już się bliżej przyjrzeć można jednak dostrzec, że chłopiec siedzi na śniegu, a to co wygląda na morskie fale to odrzucone na bok hałdy oddzielające drogę od pola. Jest to tym bardziej widoczne gdyż chłopiec siedzi na nim w samych szortach. Po prawej widać różę, która znajdowała się już na "Images And Words" co zapewne ma sugerować pierwotne miejsce suity. W tle widać las, chałupę oraz ogromną połać niebieskiego nieba na którym pojawia się coraz więcej chmur sugerujących nadchodzącą burzę. Ta część zdaje się, wybiegając w przyszłość, wiązać z grafiką z epki "Wither" gdzie nad polem zebrały się czarne chmury i piorun uderzający w horyzont, co z kolei można też wiązać już bezpośrednio z płytą "Black Clouds & Silver Linnings", a nawet ze zwiastunem i faktyczną zmianą, "dramatycznym zwrotem wydarzeń" z 2011 roku, gdy na perkusji po raz pierwszy zagrał Mike Mangini. Do "Wither" wrócimy za moment, a tymczasem skupmy się na "A Change Of Seasons", którą Dream Theater uchwyciła szczyt swojego ówczesnego brzmienia i możliwości, które do dziś robią ogromne wrażenie.

Magiczne i za każdym razem absolutnie cudowne instrumentalne intro, czyli część pierwsza zatytułowana "The Crimson Sunrise", oparte na akustycznej gitarze, które wżera się w pamięć na całe życie, a następnie stopniowe rozwijanie klawiszem i czymś co brzmi jak cymbałki. Nagle potężna perkusyjno-klawiszowa eksplozja i utwór przyspiesza świetnym energicznym, a zarazem mrocznym riffem. Do tego kapitalna praca i brzmienie perkusji, które już nigdy nie było tak soczyste, skomplikowane a zarazem tak wyrafinowane i lekkie oraz klawiszowy popis Sheriniana, jakże odmienny od tego co później oferował Jordan Rudess. Płynne przejście do drugiej części, czyli "Innoncence" gdzie mroczniejsze nuty najpierw ustępują melodyjnej zagrywce, a następnie już na wokal wyciszają się, by raz po raz być kontrastowane mocniejszym uderzeniem gitary. Wraz z kolejnym ostrym wejściem szybko przeskakujemy do "Carpe Diem" czyli trzeciej części suity. Tu utwór zdecydowanie zaczyna zwalniać, pięknie i melancholijnie się skradać, by w pewnym momencie znów zacząć przyspieszać i wreszcie uderzyć wokalno-instrumentalną kaskadą, którą panowie powtórzą później jeszcze dwukrotnie w późniejszych latach. Cudowny instrumental, czyli "The Darkest Of Winters" będący częścią czwartą wspaniale łączy się zarówno z "Images And Words", jak i "Awake", wreszcie zdradza kierunek w jakim będą chcieli panowie pójść w przyszłości, tej już bez Sheriniana przy klawiszach. Wraz z kolejnym rozpędzeniem przeskakujemy do "Another World" przepięknie zaznaczonego melodyjnym klawiszem i wokalem LaBriego. Tu wraca liryzm, delikatność, która stopniowo zostaje rozwinięta w znakomite przyspieszenie  i solówkę, po której z kolei płynnie kilka chwil później przechodzimy do szóstej części suity, "The Inevitable Summer" gdzie ponownie na chwilę zwalniamy, nieco ostrzej rozwija się tutaj nieco smutne fragmenty z początku "Another World", by następnie przejść w ostry popis Sheriniana na tle gitar, czyli basu Myunga i gitary Petrucciego. Finał i klamra suity, czyli "A Crimson Sunset" kontynuująca ostatnie fragmenty poprzedniej części, a następnie przepięknie i znów kaskadowo zaczyna zwalniać i wybrzmiewać, by na samym końcu wrócić do pierwszych tonów gitary. Perfekcja w każdym dźwięku do której usilnie próbowano wielokrotnie nawiązywać, także przez samych twórców tejże, ale już ze znacznie gorszym i nie tak porywającym skutkiem.

Dream Theater z okresu z Derekiem Sherinianem (siedzi w środku).
A co z utworami koncertowymi, a w dodatku będącymi coverami? Właściwie nie wiem po co w ogóle zostały do niej dodane, a nawet jeśli już musiały być wydane razem ze suitą to mogły się znaleźć na osobnym dysku, bo po dawce piękna i emocji suity nie jest potrzebne nic więcej. Tymczasem covery, które jak wiemy Dream Theater zawsze lubiło grać i tylko nieznacznie je modyfikować pod siebie, są co prawda udane, ale nie wywołują już takich wrażeń jak suita. Jedyny cel, jaki tutaj widzę, to zaprezentowanie Dereka, chwilę przed wejściem do studia, by nagrać ""Falling Into Infinity". Najpierw otrzymujemy nieco ponad dziesięciominutowy hołd dla Eltona Johna sklejony z dwóch jego utworów, a mianowicie "Funeral for a Friend" oraz "Love Lies Bleeding". Wpisujący się w ówczesny styl gry zespołu wstęp i klimat przywodzi trochę na myśl płytę "Awake", późniejsze przyspieszenie wyraźnie skręca ku progresywnemu graniu zakorzenionemu bardziej w latach 70tych. Sam numer zaś fajnie pokazuje ogromną frajdę i chyba przede wszystkim jest popisem możliwości Dereka Sheriniana, który w nim po prostu błyszczy. Bardzo dobrze wypada "Perfect Strangers" z repertuaru Deep Purple zagrany nie tylko wiernie, ale także z niesamowitym wyczuciem. Sherinian genialnie naśladuje Lorda, a nieco mroczniejsze gitary i odrobinę szybsza perkusja świetnie rozkładają akcenty w numerze. LaBrie również śpiewa sprawnie i charakternie, ale co najważniejsze po swojemu, nie próbując zanadto imitować Gilliana.

Nie mniej interesujący jest tylko siedmio i pół minutowy medley Zeppelinowski, na który złożyły się fragmenty "The Rover", "Achilles Last Stand" oraz "The Song Remains The Same". Znakomity, odpowiednio zaostrzony wstęp z "The Rover" płynnie przechodzący w środkową część "Achilles Last Stand". Na zakończenie jedna z najbardziej zdradzających progresywność kompozycji Zepów, czyli "The Song Remains The Same", choć też tylko we fragmencie. Niestety LaBrie zdecydowanie nie jest Plantem i na wokale można spuścić zasłonę milczenia. Jako ostatni cover również dodano ponad dziesięciominutowy przekrój zatytułowany "The Big Medley", który świetnie pokazuje kunszt Dreamów, bo płynne przechodzenie między motywami i dość zróżnicowanym graniem może zachwycić. Na dzień dobry "In the Flesh" Pink Floyd w nieco cięższej tonacji niż oryginał, ze znakomitym popisem Sheriniana i smakowitą partią gitary Petrucciego. Magii brakuje jedynie w wokalu LaBriego, który się choć bardzo się stara, to nie brzmi jak Roger Waters. Zaskakujące jest przejście do "Carry On Wyaward Son" grupy Kansas, które fajnie łączy się w wcześniejszym i znów pokazuje Sheriniana od najlepszej strony. Kolejne przejście bardziej zbliżone stylem i wchodzi świetna interpretacja "Bohemian Rhapsody" Queen, którą zawsze ciągnęło w progresywne rejony. Ta zaś sympatycznie zwalnia do "Lovin', Touchin', Squeezin'" Journey, a na koniec jeszcze panowie pozwalają sobie na instrumentalne szaleństwo w postaci wplecionego wyimka "Cruise Control"Dixie Dregs, z którym to wówczas związany był kontraktem Jordan Rudess, choć sam numer był nagrany na długo przed dołączeniem czarodzieja do grupy Steve'a Morse'a. Finał zaś to energiczny wyimek z "Turn It On Again" od Genesis, która z całości wypada też najciekawiej wokalnie i przez chwilę może być szkoda, że nie pozwolili sobie na jeszcze kilka fragmentów.

Dla mnie "A Change of Seasons" ma jeszcze jeden ważny aspekt, czysto sentymentalny. Było lato 2007 roku, Dream Theater właśnie wydało "Systematic Chaos", swój dziesiąty album studyjny. Redaktor Piotr Kaczkowski puścił wówczas kilka numerów z tej płyty, podobały mi się, a nazwa grupy chodziła za mną później jeszcze jakiś czas. Wpisałem w youtube'a te dwa magiczne słowa "Dream Theater" i jako pierwszy wyskoczyła mi "A Change of Seasons". Nieco ponad dwadzieścia trzy minuty dźwięków tak niesamowitych, że właśnie wtedy pokochałem tę grupę całym sercem i do dziś jestem jej wiernym fanem. Nie jest to może najlepszy utwór do rozpoczynania przygody z tą grupą, ale mnie porwał od pierwszych sekund, a był jednym z pierwszych które usłyszałem. Jest doskonały, od przepięknego akustycznego wstępu i pierwszych mocniejszych uderzeń w instrumentalnym "The Crimson Sunrise", przez kolejne niesamowite części, aż po finałowy "The Crimson Sunset". Jest to jeden z kilku utworów Dreamów, których słucham często i nadal bardzo chętnie. "A Change Of Seasons" to bez cienia wątpliwości jeden z ich najbardziej udanych i najpiękniejszych utworów, ale także jeden z tych, który zawsze porusza do głębi. Po prostu istny majstersztyk.


2. Wither (2009)

Przeskakujemy o czternaście lat do przodu. Dream Theater swoje najlepsze lata ma już zdecydowanie za sobą, a z chwilą wydania "Black Clouds & Silver Linnings" zakończył się też pewien etap w historii zespołu. Zamykała ona nie tylko cykl Twelve Steps AA Suite, ale także jest ostatnim zrealizowanym z Portnoyem, który rok później odszedł z zespołu w aurze kontrowersji i nieporozumień, do których wrócimy przy okazji tekstu o dziesiątej płycie Dreamów. Dla wielu był to także zasadniczy koniec z zespołem, choć na szczęście są i tacy, którzy następcę, czyli Manginiego przyjęli z zadowoleniem. Do tej kwestii nie będziemy jednak wracać, bo przy okazji jego debiutu i późniejszych płyt Dreamów wyraziłem swoje stanowisko co do tej zmiany. Jesteśmy jeszcze w czasie gdy Portnoy jest członkiem zespołu, a skoro jest nowa płyta to trzeba ją odpowiednio wypromować. "Wither" był drugim singlem z dziesiątego albumu (nie liczę tutaj wypuszczanych osobno coverów, które znalazły się na bonusowym dysku*), który został uzupełniony o trzy dodatkowe numery. Pośród nich pojawiła się alternatywna wersja "Wither" w wersji klawiszowej, wersja utworu z wokalem Johna Petrucciego oraz "The Best Of Times" z wokalem Portnoya. Warto też zwrócić uwagę, że jest to jedyne wydawnictwo grupy na którym nie znalazło się MajestyLogo.

Do ballady "Wither" wydano teledysk przedstawiający zdjęcia z trasy, a w jednym z kadrów można nawet zauważyć Mikaela Akerfeldta, co z kolei ciekawie łączy się z czcionką tytułu epki na okładce, bo przypomina trochę tą, którą stosuje Opeth. Utwór napisany przez Petrucciego tekstowo zaś dotyczy procesu pisania liryków i trudnościach z nimi związanych, choć można go też łączyć z relacjami międzyludzkimi, wydarzeniami i problemami, które kształtują bieg historii. Do oryginalnej wersji wrócimy przy okazji pisania o płycie macierzystej, a skupimy się na wersjach alternatywnych. Wersja pianinowa to niesamowity popis umiejętności i geniuszu Jordana Rudessa, który cudnie parafrazuje wszystkie elementy za pomocą lirycznych klawiszy i rozwinięć każdego z motywów jedynie za pomocą pianina i orkiestracji. Efekt nieznacznie psuje tutaj wokal LaBriego, który co prawda dostosował się do delikatniejszej formy i śpiewa odrobinę wolniej, to nie da się ukryć, że przyjemnie byłoby posłuchać tylko Rudessa. Co ciekawe, Jordan Rudess również w 2009 roku wydał solowy album złożony ze szkiców około Dreamowych zatytułowany "Notes On A Dream", do którego wrócimy innym razem w niedalekiej przyszłości. Druga alternatywna wersja "Wither", czyli ta z wokalem Johna Petrucciego różni się nieznacznie brzmieniem, wyraźnie pochodzącej z sesji demo jakie zespół nagrywał na potrzeby "BCSL". Wokal Petrucciego jest w niej nad wyraz interesujący, choć trochę niewprawny i chyba każdy przyzna, że mimo wszystko LaBrie wypada w niej bardziej przekonująco. Ostatni z utworów na epce to "The Best Of Times" z wokalem Portnoya, któremu zależało na nagraniu takiej wersji ze względów osobistych. W tekście żegna bowiem swojego ojca, co z kolei stanowi swoisty pomost ze suitą "A Change Of Seasons". Analogicznie skupmy się na razie jedynie na tym jak wypadł Portnoy jako wokalista w pełnym utworze. Oczywiście, jest to też kwestia przyzwyczajenia do LaBriego jako głosu Dreamów, bo przecież Portnoya czasem słychać na płytach, ale o ile był (i jest) znakomitym perkusistą to niestety wokalistą jest słabym, chyba nawet słabszym od Petrucciego. Brzmienie w tej wersji jest identyczne jak w tej, która znalazła się na "BCSL", poza samym wokalem. Portnoy jest pod tym względem bardzo nierówny - w łagodnych fragmentach nie jest zbyt liryczny, a sama barwa też jest nie wyćwiczona, z kolei tam gdzie trzeba zaśpiewać ostrzej wychodzi kontrast - za mocno, za nerwowo.

"Wither" jako dodatek do dziesiątego albumu wypada słabiutko, bo sama ballada do najlepszych nie należy, a wersje demo z wokalami kolejno gitarzysty i perkusisty Dreamów stanowią jedynie ciekawostkę ze studia dla najbardziej zagorzałych fanów. W zestawieniu ze słynną suitą doskonale słychać jak zmienił się Teatr Marzeń - harmoniczność i jakość ustąpiła miejsca popowym, rozciągniętym melodiom, niemal wypranym z emocji liryzmie i nadmiernym przedłużaniu jak "The Best Of Times", do czego wrócimy również przy okazji tekstu o "BCSL". O ile do "A Change Of Seasons" chce się wracać, o tyle do "Wither" w jakiejkolwiek wersji już niekoniecznie. Swoistym łącznikiem między obiema epkami jest fakt momentu w którym się pojawiały, zmiany i powtarzającej się na obu cykliczności, która jak się okazało również w obu przypadkach była brzemienna w skutki.







*Do których wrócimy przy okazji tekstu o "Black Clouds & Silver Linnings". Wtedy również wrócimy do historii związanej z albumem.


Recenzja powstała w ramach współpracy z polskim fanklubem Dream Theater Polska.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz