W pięćdziesiątym czwartym WNSie razem z Dominikiem "Stanleyem" Stankiewiczem przysłuchamy się dwóm płytom mieszającymi wpływy sludge'owe i post-metalowe z blackowymi i progresywnymi naleciałościami. Krakow i Minsk nie pochodzą z Polski, ani z Białorusi. Oba zespoły pochodzą z zagranicy, obie możecie kojarzyć, a jeśli jeszcze ich nie znacie, to może któraś z nich Was zainteresuje?
1. Krakow - Amaran (2015)
Wypadkową
stylistyk, którą proponują na swoim kolejnym wydawnictwie panowie ze swojsko
brzmiącego norweskiego ansamblu Krakow trudno jednoznacznie określić. Już w pierwszym
numerze ponurym i wlokącym się niczym pogrzebowy orszak można wyłuskać zarówno
stylistykę post rockową, doom metalową, sludge'u czy blackowe naleciałości. Także
mój pierwszy kontakt z tą grupą należał do szorstkich i nieprzyjaznych, ale
cholernie intrygujących. Bo Krakow maltretuje dźwiękiem, ale i czaruje
jednocześnie poddając słuchacza swoistej hipnozie.
Co ciekawe
ta hipnoza utrzymuje się przy utworach bardziej chaotycznej natury (kojarzący
mi się z jazzowymi poszukiwaniami norweskiego Shining utwór genesis) jak
i bardziej przyjaznym melodiom, których nie brakuje, choć utworów jest zaledwie
siedem. Generalnie nad całością unosi się jednak dość nieprzyjemny odór i
nawiedzona atmosfera. To trochę jak podróż od nieba przez czyściec na samo dno
piekła z tym, że po drodze obijać się będziemy o rożne ich rejony, niczym na
bardzo złośliwej trampolinie by ostatecznie uzmysłowić sobie, że na końcu
zostaniemy wśród kotłów i diabłów. Jeśli więc lubicie się czasem ponurkować w
pozornej monotonii, ulec zwodniczej zagrywce, która zawiedzie na hałaśliwe
manowce, obcować z trzymanym w ryzach przez muzyków chaosie to jest to album
dla Was.
Sam
przyznam, że trochę się tej muzyki boję, bo może uaktywniać skrywane w
człowieku lęki, z drugiej zaś strony jak zaserwują coś na swój sposób „uroczego”
to chcę słuchać dalej. Nie mam jednie pewności do jakiej grupy odbiorców swą
muzykę Krakow kieruje więc pozostanę przy określeniu „dla openmindów”. Co
prawda nie będę do tego krążka wracać zbyt często, ale dla Was może być to
ciekawe odkrycie także miejcie tych dziwaków na uwadze. Impresja godna
zapamiętania. Ocena: 7/10 [stanley]
2. Minsk - The Crash & The Draw (2015)
Reaktywowana w 2013 roku amerykańska grupa Minsk właśnie zrealizowała swój czwarty album studyjny. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że dla wielu to właśnie ten album będzie pierwszym zetknięciem z ich twórczością. Tak jest ze mną, choć przed zapoznaniem się z najnowszym, dokładnie przesłuchałem poprzednie albumy sludge'owców. Sądzę też, że wilcze głowy na okładce nowej płyty naprawdę przyciągają uwagę.
Pierwszy od sześciu lat krążek jest z kolei najdłuższym wydawnictwem grupy Minsk zarówno pod względem czasu, ale także pod względem ilościowym. Na płycie bowiem czeka ponad siedemdziesiąt pięć minut muzyki i jedenaście utworów, a właściwie osiem, bo jeden z nich rozbity na cztery osobne numery to tak naprawdę dwudziestominutowa suita. To także najdłuższy utwór w historii tego zespołu. Płytę otwiera niezwykle klimatyczny ponad dwunastominutowy "To the Initiate", najpierw wyłaniający się przestrzennie z ciszy, a następnie porażający potężnym przywodzącym na myśl Toola uderzeniem i niespecjalnie to dziwi, bo Minsk dość mocno się na legendarnym zespole wzoruje. Płynne przejście do równie udanego, rozkołysanego "Within and Without", który po chwili również pęcznieje od ciężkich gitar, mocnej perkusji i bogatego, wbijającego w fotel aranżu.
Po nim czteroczęściowy fenomenalny "Onward Procession", w którym znów fantastycznie zbalansowano przestrzenne, lekkie pasaże z ciężkimi, rozbudowanymi i bardzo klimatycznymi fragmentami wyjętymi z wciąż porażającej pięknem twórczości nieistniejącego już Isis czy Neurosis, z których również czerpią garściami i robią to naprawdę dobrze. Kolejny jest odrobinę ambientowy przerywnik "Conjuction", trochę niepotrzebny, ale wyciszoną formą nieźle wprowadzający do akustycznego początku "The Way Is Through", jednakże i tu nie brakuje wgniatających w fotel przyspieszeń i rozpędzeń. Po kolejnym instrumentalnym przerywniku "To You There Is No End" rozpiętym na plemiennej perkusji uderza w nas "To the Garish Rememberance Of Failure", a całość wieńczy ponad dziesięciominutowy "When the Walls Fell".
Warstwy, klimat i zróżnicowany wokal sprawia, że "TCATD" nie tylko znakomicie się słucha, ale i bez namysłu do niego wraca i za każdym razem, podobnie jak na wcześniejszych trzech, wciąż odkrywa coś nowego. To album, który się chłonie i niczym wilki z okładki rozszarpuje na drobne kawałeczki, czerpiąc radość z każdego jej elementu. Jeśli nie znacie posłuchajcie i oceńcie sami, a jeśli znacie i lubicie, zapewne przyznacie rację. To płyta godna uwagi i polecenia nie tylko fanom Minska, ale także tym, którzy znudzeni są sztampowym podejściem do sludge, post-metalu i szeroko pojętej progresywy. Wreszcie jest to jedna z tegorocznych pięknistych perełek, która na pewno znajdzie się w podsumowaniach rocznych. Ocena: 8/10 [lupus]