Napisała: Milena "Lady Stoner" Barysz
Niemiecka grupa Zodiac,
zaczęła tworzyć swoją historię w roku dwóch tysięcy jesieni. Wydali wtedy debiutancką epkę zatytułowaną po prostu "Zodiac". Później ukazały się dwa albumy długogrające "A Bit Of Devil"
w 2012 roku i "A Hilding Place" w 2013. We wrześniu tego roku zaprezentowany został "Sonic Child". Czego można się spodziewać po bluesowo hard rockowych
Niemcach? Kolejnego hard bluesa? Brudnych stonerowych dźwięków? Przy trzeciej publikacji, Panowie przygotowali coś
specjalnego. Zaczynając już od okładki, która robi swoisty wstęp dla albumowych
kompozycji i jest zupełnie inna od tej, która witała na drugim albumie...
Na okładce widzimy małego chłopca, siedzącego na podłodze.
Dziecko ma na uszach słuchawki. Dookoła jego głowy widać świetlisty nimb, który
rozgałęzia się i przypomina pawi ogon. Może on symbolizować bardzo wiele.
Proces słuchania muzyki, myśli chłopca, wrażenia, emocje. W rozgałęzieniach
wychodzących z nimbu widać uszy, oczy, komórki nerwowe, fragmenty płatów
mózgowych. Przeważają kolory w tonacji zimnej. Okładka jest bardzo przemyślana.
Finezyjna barwność i frywolność z delikatnymi psychodelicznymi elementami może
przywodzić na myśl okładki Toola,
które swoją drogą cieszą się sporą sławą. Grafika wzbudza ciekawość, jest czymś
obiecującym, wyostrza zmysły i daje nadzieję a być może stawia wysoką
poprzeczkę – widząc taką okładkę słuchacz może sobie życzyć czegoś specjalnego.
Czy "Sonic Child" to coś specjalnego? Całe wydawnictwo składa się dwu płytowy album. Skład podstawowy to
dwanaście utworów, drugi album (bonusowy) to cztery pozycje koncertowe.
Stosunkowo psychodeliczne i mroczne, ale za razem subtelnie
melodyjne intro - delikatnie wodzi za nos. Stylistycznie, brzmieniowo i
aranżacyjnie słuchacz jest przygotowany na coś innego. Na pewno nie na to, co
usłyszy w kolejnych pozycjach. Dodatkowo, wokalista wyjaśnia w intro, że album
ten to esencja jego życia – czyli muzyka i miłość do niej. Wprowadzenie jest
adekwatne do reszty utworów. Co prawda jest to hard rock połączony z bluesem.
Jest to też specyficzna odsłona stoneru. Dlaczego specyficzna? I dlaczego
ostrożnie nazywam to hard rockiem? Cały materiał ma bardzo złagodzone i
zmiękczone brzmienie. Na próżno tam szukać surowych partii i brudu. Wszystko
jest szalenie przyjemną i spójną całością. Już od pierwszego, nawet pobieżnego
przesłuchania przekonuje do siebie, wywołuje uśmiech na twarzy. Nawet nie
słuchając intra, nie czytając nic o "Sonic
Child" ma się wrażenie, że płyta ta została zrobiona ze szczerym oddaniem
muzyce, miłością do dźwięków, do melodii. Zapewnia słuchaczowi pewnego rodzaju
oazę, odskocznię. Uspokaja, pomimo porywających fragmentów. W żadnym wypadku
nie jest melancholijna ani nostalgiczna. Raczej pełna żywiołu i energii. Mocny i charakterystyczny wokal, który
jednocześnie jest bardzo subtelny w połączeniu z bluesowymi partiami pozostawia
poczucie estetyki. Nie brakuje
oczywiście instrumentalnego solo, jak na przykład w "Holding
On", "A Penny And A Dead Horse", który jest okraszony akustycznymi wstawkami
czy "Out The City", który bawi się
słuchaczem zmieniając tempo i eksplodując na końcu.
Odnosząc się do całości,
można mieć mieszane uczucia. Powstaje wewnętrzne rozdarcie. Chce się
powiedzieć, że właśnie przesłuchałeś kawał dobrego, mocnego rock bluesa, ale z
drugiej strony nie była to brutalna odsłona tych gatunków – jakiej można by się
spodziewać po takim połączeniu. Chce się powiedzieć, że to dziwaczna odsłona
stoneru ale nie jest się do końca o tym przekonanym. "Sonic Child" to porcja bardzo dobrze i czysto zrobionego materiału.
Bardzo przyjemnie się tego słucha, rozpieszcza zmysły i przenika przez
wszystkie komórki nerwowe. Dobrze dobrano kompozycje, skrojono i zadbano o brzmienie. W zasadzie nie ma się do czego przyczepić - to album naprawdę ładnie wydany i
przyjemny w odsłuchu. Ocena: 9/10