czwartek, 21 kwietnia 2011

Recenzja: State Urge – Underground Heart EP (2011)


Obracam w dłoni pudełeczko debiutanckiego wydawnictwa SU i nie mogę się nadziwić jak fantastycznie zostało wydane. Okładka płyty jest, trzeba to przyznać, dość ascetyczna: białe tło, na środku małymi literkami tylko cztery słowa: State Urge „Underground Heart” i pomiędzy nimi niebieska krzywa i czerwona linia przypominające obraz z ekranu kardiografu. W środku książeczki utrzymanej w tych samych barwach znaleźć można psychodeliczną kompozycję z kropek, serc i krzyżyków (poniżej wypisany małymi literkami skład grupy), a także pionkopodobne postacie…
Wygląda to co najmniej dziwnie, ale zarazem niezwykle intrygująco. Drżącą ręką wyjmuję z pudełeczka płytę i wkładam do odtwarzacza…
            Pierwszy numer to „Preface”, który dosłownie eksploduje z głośników niczym gejzer gorącej wulkanicznej lawy. Znany już z koncertów grupy utwór, na płycie brzmi równie tajemniczo.
Zwolnienie i gilmourowy wokal Marcina Cieślika, który zabrzmiał odważnie i pełnie. Skojarzenia z Pink Floyd w tym utworze przychodzą na myśl nie tylko mi, ale należy podkreślić, że już w tym utworze słychać niepowtarzalny, indywidualny styl chłopaków. Po zaledwie dwóch minutach z sekundami z ciszy delikatnie wyłania się drugi utwór: „Heave a sigh”.
            Utwór zaczyna się rozwijać, unosząc się niemal w powietrzu z zamkniętymi z rozmarzenia oczami, wsłuchujemy się w łagodny głos Cieślika. Skojarzenia z „Nie pytaj o Polskę” Obywatela G.C gdy Michał Tarkowski wygrywa nerwowy akord w środku utworu i ponownie lekko Pink Floydowy szlif nasuwają się wręcz same.
            Trzeci utwór to instrumentalna improwizowana opowieść o tajemniczym wędrowcu.
„Mr. Inklobot’s Journeys” rozpięta na unoszących się mglistych klawiszach, delikatnych uderzeniach perkusji, wibrującym basie i właściwie niekończącej się gitarowej solówce ma zupełnie inny klimat niż dwie poprzednie kompozycje. Bliżej tu do minimalistycznego eksperymentu, kraut rocka czy progresywnych eksperymentów Hawkwind, jednego z najważniejszych zespołów wykonujących space rock. Przestrzeń w tym utworze odgrywa wielce istotną rolę. I znów pojawiają się skojarzenia z Pink Floyd (bas) jak również z King Crimson (pierwsza płyta się kłania), a nawet z wczesnym Dream Theater (ostatni numer z płyty „Awake” – „Space Dye-vest”?) czy instrumentalnymi supergrupami Liquid Tension/Trio Experiment. Fantastyczne po prostu. Na koncercie nie odczuwa się tego utworu tak intensywnie i dogłębnie, w zaciszu domowym brzmi to ciekawiej, ale też zupełnie inaczej, naprawdę czuje się wchodzenie w tę muzykę, to niemal mistyczne przeżycie…
            Czwartym i ostatnim na płycie kawałkiem jest niesamowite, wręcz porażające, tytułowe „Underground Heart” – liryczny, powolny lekko Archive’owy wstęp i niezwykły melancholijny wokal Cieślika, a potem płynące uderzenie i fantastyczne zwolnienie, po chwili pojawia się na tym tle gitara, która przywodzi na myśl Marka Knopflera i Dire Straits, później kiedy wchodzi perkusja wczesne U2, a potem znów trochę Archive czy Pink Floyd, a także znów nasuwają mi się skojarzenia z wczesnym Dream Theater (zwłaszcza z płyty „Awake” właśnie). Utwór jest skonstruowany właśnie w taki sposób jakby były to linie i krzywe na kardiografie i nie oznacza to wcale, że jest słaby, tylko ma się niemal wrażenie schodzenia i odżywania. Prawie dwunastominutowy utwór („dzieło w kierunku suity”) wycisza się, na koniec delikatnie niczym pozytywka pojawia się melodia grana na gitarze (zapowiedź dalszego ciągu?).
            Podsumowując, to zaledwie dwudziestosześciominutowe (z sekundami) wydawnictwo jest debiutem (płytowym) bardzo obiecującym. Cztery utwory prezentują dwa oblicza zespołu: jedno bardziej przebojowe, rockowe (dwa pierwsze utwory) i drugie, bardziej liryczne, rozrzewnione, nastawione na klimat i opowieść (dwa kolejne, najdłuższe na płycie).
Wszystkie cztery zaś fantastycznie pokazują jakim niesamowitym zespołem jest SU. Słuchając tej epki nie sposób się oderwać od słuchania i nacieszyć jej pięknem. Stanowi ona też fantastyczną zapowiedź płyty długogrającej zespołu, na którą mam nadzieję, nie trzeba będzie długo czekać. Puszczając ją ponownie i znów zatapiając się w jej dźwiękach bez wahania stawiam najwyższą notę z możliwych i tym razem nie wykraczam poza skalę.   Ocena: 5/5

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza