Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Jeśli zaś będziesz miał szczęście to odrodzisz się w nowym ciele, na pewno już nie takim samym choć z całą pewnością bardzo znajomym. Jak ma się takie przemyślenie do najnowszej płyty grupy Mastodon, pierwszej od czasu odejścia z zespołu oraz śmierci gitarzysty Brenta Hindsa?
Po wydaniu albumu "Hushed and Grim" w 2021 roku zespół Mastodon przez kilka lat pracował nad materiałem na swój dziewiąty krążek studyjny. W latach 2025 i 2026 perkusista Brann Dailor informował w wywiadach, że prace nad płytą zostały zakończone, a jej premiera przewidywana jest na 2026 rok. Proces nagrywania zbiegł się w czasie z okresem zmian w składzie grupy, następujących po odejściu i śmierci współzałożyciela oraz gitarzysty Brenta Hindsa. Do zespołu dołączył wówczas gitarzysta Nick Johnston, biorąc udział w nagraniach. Co ciekawe, Nick Johnston nigdy wcześniej nie grał tak ciężkiej odmiany muzyki gitarowej, skupiając się na kompozycjach instrumentalnych z pogranicza jazzu i bluesa. Jako swoje inspiracje wymienia Hendrixa, Claptona, Steviego Ray Vaughana, Van Halena, Yngwiego Mamstena, Jeffa Becka czy Satraniego, występował z Johnem Gilbettem i perkusistą Marco Minnemanem. Bill Kelliher potwierdził później udział Johnstona w sesjach nagraniowych. Ponadto do Mastodona dołączył klawiszowiec, Brazylijczyk João Nogueira, który grał między innymi z The Claypool Lennon Delirium.
Na kształt "Marrow Deep" z całą pewnością wpłynęła seria tragedii, z jakimi musieli zmierzyć się w ostatnim czasie członkowie Mastodon: śmierć matki Dailora oraz odejście Hindsa. W rezultacie album wyróżnia się powrotem do bardziej „pierwotnego, rytualnego” brzmienia, jednocześnie rezygnującym z elementów rocka psychodelicznego, progresywnego i punk rocka – obecnych na kilku poprzednich płytach dzięki wkładowi Hindsa – na rzecz bardziej bezpośredniego heavy metalu. Mimo to najnowszy album określa się jako łączący elementy metalu progresywnego, sludge metalu i stoner metalu, który raczej nawiązuje do cięższego brzmienia z wcześniejszego okresu działalności Mastodon, niż wprowadza nowe pomysły, które są jedynie zasugerowane okazjonalnym brzmieniem klawiszy wnoszącym do muzyki grupy powiew świeżości.
![]() |
| Mastodon w 2026 roku: od lewej João Nogueira, Brann Dailor, Bill Kelliher, Troy Sanders, Nick Johnston |
Swoistym novum, choć też nie do końca, dla twórczości Mastodon jest także udział gościnnych muzyków, takich jak Joshua Homme z Queens of the Stoneage w utworze „Snakes for Dinner” (który wcześniej gościnnie wystąpił w utworze „Colony of Birchmen” na albumie "Blood Mountain"), Neil Fallon z Clutch w utworze „The Three Fates” (który wcześniej gościnnie wystąpił w utworze „Blood and Thunder” z albumu "Leviathan"), Geezer Butler z Black Sabbath i Joe Duplantier z Gojira w utworze „The Vanishing” oraz Randy Blythe z Lamb of God w utworze „A Vampire's Demeanor”. Dodatkową perkusję w utworze "Babarian's Blood" nagrał z kolei Ben Koller, znany między innymi z Converge czy Killer Be Killed. Z kolei w "A Vampire's Demeanor" można także usłyszeć Nate'a Newtona, również znanego z Converge.
Dwanaście utworów zamknięto w czasie sześćdziesięciu pięciu minut i dwudziestu trzech sekund, ale zanim przyjrzę i przysłucham się numerom, warto spojrzeć na okładkę i grafiki składające się na "Marrow Deep". Wróciły kolory, choć wcale nie zrezygnowano z dużej ilości szarości, czerni i bieli, która zdominowała epkę "Cold Dark Place" i ostatni album z Hindsem, monumentalny dwupłytowiec "Hushed and Grim". Wszakże, nawet "Medium Rarities" miał grafice nieco więcej kolorów. O ile jednak wcześniejsze płyty Mastodona miały sporo żółci, czerwieni, czy nawet zieleni, o tyle tym razem postawiono na powracające u nich odcienie różu i fiolety, które pojawiły się choćby na "Remission". Najnowsza, patrząc od góry przedstawiają trzy siostry, pochodzące z mitologii greckiej Mojry, decydujące o życiu i śmierci każdego człowieka. Ta znajdująca się najbardziej po lewej, ubrana w zieleń i kwiaty to zapewne Kloto (Przędząca) - trzymająca wrzeciono i wyciągająca nić życia, odpowiadająca za narodziny. Środkowa, przypomnająca wielobarwnego motyla to najprawdopodobniej Lachesis (Przydzielająca) - odmierzająca długość nici i losująca przeznaczenie każdego człowieka. Wreszcie, trzecia znajdująca się po prawej stronie, przypominająca szpetnego gargulca albo nietoperza czyli Atropos (Nieodwracalna) - przecinająca nić życia w wyznaczonym momencie, co oznaczało śmierć. Przez środek grafiki w dół spływa humanoidalna postać, która zapewne reprezentuje człowieka, ale to, co wydaje się być tutaj istotne, przybiera ona wygląd kościotrupa, jak gdyby mała sugerować średniowieczny koncept ars bene moriendi. Całość rozłożona jest na różowo-fioletowym nieboskłonie i morzu pełnym zatopionych galer, co być może ma nawiązywać do... "Leviathana". Trzy siostry zaś wyraźnie tkają, trzymają i przecinają nić która układa się również w logotyp zespołu (na książeczce zaś mamy samą nić). Warto też spojrzeć na ciało Atropos, gdyż pomiędzy głowami zmarłych dostrzec można Brenta Hindsa i matkę Branna Dailora, Michelle Jeanne Lawrence.
Co ciekawe, brodata i wytatuowana twarz Hindsa wkomponowana między czaszki stała się nawet powodem pozwu sądowego ze strony jego spadkobierców za bezprawne wykorzystanie wizerunku. Spadkobiercy muzyka uznali to za komercyjne i bezprawne wykorzystanie wizerunku zmarłego bez ich zgody, mające na celu promowanie pierwszego albumu nagranego bez jego udziału. Muzycy Mastodon odpierają te zarzuty, twierdząc, że grafika ma charakter artystyczny i symboliczny, a sam album jest zakorzeniony w tematyce straty i przepracowywania żałoby. Konflikt ten mocno podzielił fanów – jedni widzą w okładce piękny, pośmiertny hołd, inni zaś nieetyczne posunięcie marketingowe ze strony zespołu. Dla mnie, zdecydowanie jest to hołd dla wybitnego twórcy, przyjaciela członków Mastodona, nie mającym żadnego związku z ostatnimi latami życia gitarzysty. Ukryte wizerunki na grafice stworzonej przez Paula Romano zdecydowanie bowiem symbolizują motyw straty i żałoby, które silnie zdefiniowały ten krążek, a łącząc prawdziwe osoby z przypadkowymi twarzami zyskują głębszy wymiar i nabierają mocniejszego znaczenia w kontekście treści i muzyki wypełniającej album. Środek kartonika z płytą i książeczką zdobią zaś rozwinięcia motywu - węże na zielonkawo-różowych/fioletowych tłach (jeden z nich układa się w wyraźny symbol Uroborosa, czyli węża zjadającego swój własny ogon, symbol początku i końca); motyle i poczwarki w każdym cyklu życia, w tym także w przerażającej i mającej w sobie coś z twórczości Beksińskiego nietoperzo-czaszkowej formie z nożycami zamiast odwłoka. W książeczce znajdziemy zaś więcej motyli, przerażającą humanoidalną pajęczycę pochylającą się nad motylem oraz galerę w czasie sztormu będącą kolejnym wyraźnym nawiązaniem do "Leviathana", ale także sybmolizującą burzliwy okres w historii Mastodona.
Zaczynamy od "Barbarians Blood" w którym wita nas intensywne perkusyjne intro, następnie okraszone ciężkim, charakterystycznym dla Mastodona gitarowym brzmieniem. To potężny początek płyty utrzymany w ich typowym, rozpoznawalnym stylu, choć z całą pewnością nieco żywszym, niż miało to miejsce na poprzednim, skąd inąd bardzo dobrym, albumie. Jeszcze ciekawszy, równie ociężały i gęsty, kojarzący się z "Blood Mountain" czy "Crack the Sky" jest jeden z moich ulubionych na tej płycie numer drugi czyli "Poisonous Weapons" w którym słychać nowy element - klawisze, które kapitalnie wibrują w stylistyce lat 70tych, co znakomicie łączy się z muzyką i stylem Mastodon, ale także klasycznym, starym zestawem perkusyjnym Branna Dailora. Wybrany na jeden z singli promujących krążek "Your Ghost Again" nawet na moment nie zwalnia tempa, a jego szybki, wręcz pierwotny charakter ma w sobie coś z zupełnych początków Mastodona, choć oczywiście został przefiltrowany przez późniejsze naleciałości, do tego stopnia, że z powodzeniem mógłby znaleźć się zarówno na "The Hunter", "Once More 'Round The Sun", jak i na "Emperor of Sand". Tu ponownie pojawia się na chwilę coś nowego i nieoczekiwanego, a mianowicie ponownie pojawiają się klawisze z iście psychodelicznym fragmentem i brzmi to świetnie.
Znajomo, choć nadal wciągająco, a przy ty intensywnie brzmi znakomity "Snakes For Dinner". Tu także swój moment otrzymuje Nogueira, ale ponownie jest to jedynie dodatkowy akcent, który mam nadzieję w przyszłości zostanie rozwinięty i klawiszowiec w muzyce Mastodona będzie miał więcej do powiedzenia, tudzież zagrania. Po nim wpada "Out Like a Lamb" rozpoczynający się gitarowym riffem, a następnie rozwijający się o perkusyjne rozbudowanie. Tu bliżej jest do poprzednika, bo jest bardziej duszno, nieco tylko wolniej, a pośród riffów i perkusji znów słychać klawiszowe dodatki, które choć nieco schowane, znakomicie uzupełniają się z całością. Nawet się nie orientujemy kiedy dochodzimy do półmetku albumu wraz z "In the Ruins" w którym wraca bardziej melodyjna strona Mastodona. Odrobinę wolniejszy, spokojniejszy, ale wypełniony bólem i smutkiem, nie jest zwykłą balladą, a takie przecież panowie nigdy nie nagrali. Także tutaj pomiędzy wszystkim pięknie skrada się Nogueira, a panowie nie zapominają o mocniejszym uderzeniu, które rozwija ten fantastyczny, z pozoru tylko wolniejszy kawałek.
W "They're Coming For You" panowie znów usypiają czujność po swojemu, czyli w dość mroczny sposób, co może przywodzić na myśl zarówno poprzednika, jak i "Crack the Skye". Jest też jakby bardziej bluesowo, co może wynikać z faktu udziału Johnstona, który równie znakomicie odnajduje się w tak ciężkim graniu preferowanym przez Mastodona, co nieco spokojniejszym, ale nadal dość mocno nastawionym na precyzję i technikę. Odnoszę wręcz wrażenie, że tutaj Nick miał więcej do powiedzenia odnośnie kształtu partii gitarowych, aniżeli Bill Kelliher. Ponownie też jest spokojniej, powolniej i przejmująco, a zarazem nieco bardziej duszniej niż w poprzedniku, choć i tu nie stronią od gęstego, ociężałego rozwinięcia. Do szybszego, bardziej nastawionego na ciężar grania wracamy w świetnym "Gold Spires", który znów brzmi jakby był wyjęty z najlepszego okresu grupy, ale pomiędzy ciężarem panowie tkają delikatniejszym brzmieniem, które wraz z okraszeniem klawiszami nabierają jeszcze bardziej niepokojącego charakteru. Po nim pojawia się "Moth and Bone", gdzie zaczynamy od wyciszonego, wietrznego ambientu od Nogueiry, a następnie przechodzimy w akustyczne, zwiewne rozwinięcie. Spokojniejszych fragmentów na najnowszej płycie Mastodona nie brakuje, ale tutaj są chyba najbardziej liryczne. W tym spokoju panowie nie zostają jednak długo, bo niemal od razu pojawia się ciężki kontrapunkt, który znakomicie rozwija wątki.
Powoli zbliżając się do końca, przechodzimy do numeru dziesiątego, czyli "A Vampire's Demeanor" w którym znów nie brakuje gęstego, ciężkiego i przy tym ostrego grania, a także znakomitego horrorowego klimatu czy brzmieniowych odbić pierwszych płyt Mastodona. Udział Randy'ego Blythe'a jest tutaj także podkreślony nie tylko wokalem, ale także zdecydowanym mrugnięciem oka do macierzystej formacji wokalisty czyli Lamb of God, bo niemal można odnieść wrażenie, że po drobnych poprawkach mógłby znaleźć się na którejś z płyt wspomnianej grupy, do czasu "Wraith" włącznie. Przedostatni "The Vanishing" zaskakuje jeszcze bardziej, bo udział Geezera Butlera, wyraźnie zaś klimatem zbliża się do Black Sabbath. Brzmienia legendarnego basisty nie da się pomylić, a choć słychać go jedynie na początku, to panowie z Mastodon kapitalnie i do tego w swoim stylu rozwijają ten wstęp w bardzo sabbathowy kawałek. Wokale przerobione lekko przez vocoder brzmią psychodelicznie niczym wyrwane z lat 70tych, z jednej strony mogąc kojarzyć się z Ozzym, a z drugiej nawet z Robertem Plantem, a tym samym z Led Zeppelin. Tego wrażenia dopełniają fantastyczne klawisze Nogueiry. Ponownie jest też wolniej, bardziej lirycznie, a panowie bawią się tutaj nie tylko atmosferą, ale także brzmieniem i napięciem. Zakończenie przychodzi w "The Three Fates", czyli numerze bezpośrednio odnoszącym się do grafiki okładkowej. Jeśli poprzednik był ciszą przed burzą, o tyle właśnie finał "Marrow Deep" istotnie jest burzą. Ponownie ociężały, gęsty i charakterystycznie melodyjny dosłownie wgniata w fotel i znów kapitalnie bawiący się psychodelicznym klawiszowo-gitarowym klimatem w zwolnieniu (brylują tu oczywiście Nogueira i Johnston). Rewelacja.
![]() |
| Ocena: Pełnia |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz