wtorek, 13 marca 2012

Soulfly - Enslaved (2012)


Cavalerze chyba czegoś brakuje. Kasy? Pomysłów? A może piątej klepki? Wydaje mi się, że wszystkiego po trochu. W 2010 dopiero co wydał siódmą płytę Soulfly pod tytułem "Omen" – całkiem niezłą, ale pozostawiającą wiele do życzenia, w 2011 pojawiła się druga odsłona Cavalera Conspiracy "Blunt, Force, Trauma", która była masakrycznie wręcz zła, mamy rok 2012 przyszła kolej na... ósmego Soulflya. Czego się spodziewać? Niestety, kolejnej złej płyty…

Otwierająca płytę miniaturka „Resistance” oparta na trochę drone’owej gitarze, black metalowych orkiestracjach i ciekawej perkusji przywodzi na myśl odrobinę pierwsze płyty grupy Cavalery jest całkiem spoko. Jednak numer drugi, wybrany na singiel „World Scum”, już nie wypada dobrze. Ewidentnie black metalowy riff nie pasuje do Soulflya, a refren to po prostu żenada: naturalnie wyrzucany tytuł. W dodatku ohydne, niezrozumiałe wokale i rozwleczenie kawałka do nieco ponad pięciu minut.
Trójka, czyli „Intervention” brzmi znajomo – słychać, że to jest Soulfly, i muzycznie ten kawałek się broni, stylistyka trochę zahaczająca o modny ostatnimi czasy sludge, wypada dobrze, ale całość psuje wokal. Numer czwarty pod tytułem „Gladiator” nie przynosi nic nowego, całość brzmi jakby była wyjęta choćby z takiego „Conquera” (szóstej płyty Soulflya), zresztą dobrej płyty, ale kolejna powtórka riffów, skandów Cavalery i takiej samej perkusji jest po prostu mocno nieświeża.
Następnie następuje przemarsz wojsk w „Legions” – szybki, bardzo charakterystyczny riff i takaż perkusja rzeczywiście brzmi marszowo i… energetycznie, ale nadal jest zbyt powtórkowo, nie ratują go nawet solówki (rzecz o Cavalery raczej rzadka).

Zamarzyła się też Cavalerze własna stal i to w dodatku amerykańska. Cóż, z legendarnym kawałkiem Judas Priest nie ma co się równać, poza tym jaka tam amerykańska, jak Cavalera to Brazylijczyk (dobra, dobra Ameryka Południowa, ale to jednak nie jest taka stal jaką by się oczekiwało) – a kawałek nudny że aż boli – riffy znajome, tu jakieś etno przejścia do których Soulfly dawno nie wracał.
Idziemy dalej – „Redemption of Man By God” to numer siódmy. Wolniejszy kawałek, kroczący, ale tylko na początku, potem przyśpiesza do dobrze znanej Soulfly’owej agresji, no dobrze zwolnienie jest jeszcze od środka, które powoli zaczyna schodzić, aż do wyciszenia, (nie pasuje mi coś takiego do Soulfly’a za cholerę).
Przypierdolnięcie w ósmym numerze „Treachery” może obudzić, gdzieś jednak bardziej pachnie Cavalera Conspiracy aniżeli Soulfly’em i po kiego grzyba krzyczana zapowiedź: „This is Treachery!” – nie mam absolutnego pojęcia. Dziewiątka z charakterystycznym groove’em i w stylu wczesnego Soulfly’a i środkowej Sepultury, z akustycznymi wstawkami to numer „Plata O Plomo” – tylko znów nasuwa się pytanie, po co ten zupełnie już nieciekawy wokal?
Najdłuższy, bo aż o zgrozo, trwający siedem minut z sekundami jest utwór „Chains”. Kolejne wolniejsze, trochę jakby progresywne, wejście i dalej wolny, trochę taki doom/stonerowy szlif. I odnoszę wrażenie, że to najciekawszy i najświeższy kawałek z całej płyty
Ostatni, w wersji podstawowej, jest Revengeance”. Bardziej melodyjny, tłumiony jakby by to był numer w wersji demo, aniżeli oficjalnej, ale wokal jest okropny, brzmi jakby zaraz miał wokalista zejść na brak tlenu w płucach.

Trzy utwory dostajemy bonusowo w wersji rozszerzonej. Najpierw „Slave” – klasyczny, charakterystyczny groove, trochę doomowy klimat. Mógłby spokojnie zastąpić któryś z ewidentnych słabiaków na podstawowej płycie. Tu ponownie, choć znów nie ma absolutnie nic nowego, bo jest tak samo szczekająco-wykrzykiwany, Cavalera jest znośny. Słychać w nim też tęsknotę do dawnej Sepultury w etnicznym zakończeniu.
Drugi jest „Bastard”, w nim gitara wjeżdża powoli i taki właśnie to kawałek: wolny, duszny, jeszcze bardziej doomowy, z black metalowymi naleciałościami i najfajniejszym wokalem z całości, a potem jeszcze przyśpieszenie do charakterystycznego Soulfly’owego szybkiego groove’u. Szkoda, że cała płyta nie jest jak ten kawałek, idealnie by pasował na numer drugi, zaraz po wstępie, może nawet jako singiel reklamujący. Ale niestety tak nie jest.
I numer trzeci, finałowy, to tradycyjnie już kolejna odsłona utworu pod tytułem „Soulfly”. Ósma część wita nas akustyczną gitarą, wietrznymi smyczkami i delikatną senną perkusją.
I coraz bardziej przypomina dokonania jakiejś indie rockowej kapeli – a to bynajmniej nie jest wrzuta, bo wieńczący płytę instrumentalny kawałek brzmi świetnie, i jest to kolejny doby utwór na płycie, żeby nie powiedzieć najlepszy, choć mógłby być krótszy, a zamiast kolejnych powtórzeń motywów mógłby jeszcze być bardziej przywalony. Żal trochę bierze, że Cavalera nie może zrobić całej płyty w takiej stylistyce jak ten…

Nie zaskoczyła mnie niestety najnowsza płyta Cavalery niczym pozytywnym. Kiedyś bardzo lubiłem słuchać Cavalery, ale z roku na roku jest coraz gorzej. Produkcja owszem jest rewelacyjna, perkusja też brzmi dobrze, Rizzo nawet się poprawił od drugiego wydawnictwa Cavalera Conspiracy, ale wszystko, absolutnie wszystko już było. Ma się wrażenie, silnego deja vu, a takie odgrzewane danie nie smakuje najlepiej. Zatwardziali fani Soulfly’a raczej będą mieli podzielone zdania – jedni będą zachwalać, inni będą wkurzeni, za to że dali sobie wcisnąć kolejną chałę.  Cavalera swoje już wymyślił, więc naprawdę niczego nowego się po tej płycie spodziewać nie należy. Nasuwa się znów pytanie z zeszłego roku: czemu z taką intensywnością wydaje te płyty? Może warto poczekać kilka lat, trochę przemyśleć kolejne, powielane od lat pomysły?

Lepiej puścić sobie pierwsze płyty Soulfly’a, kiedy jeszcze miało to ręce i nogi, albo wrzucić w odtwarzacz mieszanki w rodzaju grup Kvelertak czy Balaclava, jeśli chce się posłuchać metalcore’u, black metalu i groove metalu na jednej płycie, czasu bowiem na „Enslaved” tracić nie warto.

Ocena: 3/10