Nawet ze Skandynawii czasami wieje nudą...
Oktet pod nazwą Meer grający
symfoniczną odmianę rocka progresywnego powstał w miejscowości Hamar w Norwegi, w
2008 roku jako duet. Na swoim koncie mają trzy wydawnictwa - epkę "Ted
Glen Extended" z 2012 roku oraz debiutancki pełnometrażowy krążek
zatytułowany po prostu "Meer" z 2016 roku, najnowszy zaś, któremu się
dziś przyjrzymy, jest ich drugim albumem studyjnym, który miał swoją
premierę 29 stycznia tego roku. Obecny skład grupy składa się z
dwójki wokalistów Johanne i Knuta Kippersund, gitarzysty Eivinda
Strømstada, skrzypaczki Åsy Ree, grającej na altówce Ingvild Nordstoga
Eide, pianisty Ole Gjøstøla, basisty Mortena Strypeta oraz perkusisty
Matsa Lillehaug. Oktet miesza w swojej muzyce orkiestrowy pop, muzykę
klasyczną i rocka progresywnego z polifonicznymi wokalami. Co wynikło z
tego połączenia?
Na
płycie znalazło się jedenaście numerów o łącznym czasie prawie
pięćdziesięciu pięciu minut, co przy pomyśle, jaki ma na siebie Meer,
może wydać się trochę długim czasie, tym bardziej, że krótkie utwory
bliższe są tutaj radiowej estetyce popowej, w której wykorzystuje się
smyczki i progresje, ale tak naprawdę ciężko mówić o rozbudowanych
formach. Jest na niej lirycznie, deszczowo i lekko, a ostrzejsze
fragmenty pojawiają się rzadko. Niepokorni słuchacze, tacy jak ja,
którzy oczywiście lubią liryzm, delikatność i od czasu do czasu nawet
popowe melodie, mogą poczuć się jednak nieco zagubieni. Brzmienie jest
przyjemne i lekkie, a grupa sympatycznie rozkłada akcenty, potrafi
zaskoczyć i poruszyć, a czasami, obok spokojnych dźwięków pozwalają
sobie na więcej werwy czy zapału, ale tak naprawdę ciężko wyróżnić na
niej utwór, który zrobiłby jakieś szczególne wrażenie, właśnie przez to,
że całościowo płyta jest leniwa, niespieszna i mocno zanurzona w popie,
po który sięgają intensywnie, sprawiając, że płyta wydaje się
zwyczajnie nużąca. Są na niej momenty naprawdę świetne - Knut brzmiący
jak Einar Solberg z Leprous w utworze "Child" czy fantastyczne
akcentowanie w "Beehive" czy "She Goes" (prawdopodobnie najlepszy utwór
na albumie) balansujący między ostrzejszym brzmieniem, a dominującym
tutaj liryzmem, albo finałowy "Lay It Down".
Mam
jednak z Meer i ich płytą problem, a właściwie kilka: płyta jest bardzo
jednostajna i dość nudna, nie porywa, ani nie zachwyca też wokal
Johanne, który jest często zbyt poszarpany, nazbyt ekspresyjny i mało
fascynujący, a całości zwyczajnie brakuje tempa. To miłe granie, które
spokojnie można by podzielić na dwa krótsze wydawnictwa, które
wchodziłyby znacznie łatwiej, a tak nie tylko wkrada się się nie tylko
nuda, ale także wszechogarniający chaos, w którym przy ośmiu osobach
zaczynamy się czuć tak, jakbyśmy byli w znacznie większym tłumie. Każdy
ma coś do powiedzenia, każdy chce coś robić i w tej całej miłej,
spokojnej muzyce, robi się trochę nazbyt tłoczno i hałaśliwie, a chyba
nie oto chodziło twórcom, tym bardziej, że tkwi w niej naprawdę spory,
aczkolwiek całkowicie niewykorzystany potencjał . Być może to tylko moje
odczucia czy wrażenia i na pewno znajdą się osoby, którym takie granie
będzie się podobało bardziej niż mi, ale ja nie byłem w stanie odsłuchać
tej płyty w całości w żadnym podejściu i być może to sprawiło, że nie
byłem w stanie zabrać się za kolejne. Bywa i tak - szkoda.
Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości
Creative Eclipse PR i Karisma Records.