sobota, 27 czerwca 2020

W NiewieLU Słowach: Seims, Untitled With Drums, 3 South & Banana


Poganiając samego siebie, doganiając rzeczywistość i nadganiając to, co leży zbyt długo czekając na swój moment. W kolejnej odsłonie W NiewieLU Słowach zawitamy w Australii, Francji oraz Niemczech. Będzie matematycznie, alternatywnie i psychodelicznie. Wystarczy za rekomendację?

1. Seims - 3+3.1

Zaczynamy lotem do Australii, prosto do Sydney. Stąd pochodzi grupa Seims, która jak większość projektów ewoluowała z jednej osoby do pełnego składu. Najnowszy album, mający swoją premierę na początku kwietnia to piąte wydawnictwo. Znalazło się na nim siedem utworów i choć oficjalnie grupa ma pięciu członków, to skład albumowy obejmuje szesnaście osób. Czy proponowany przez Seims math rock jest odpowiednio matematyczny i pokręcony?

Tytuł albumu nie jest jak się okazuje przypadkowy. Trzy numery to bezpośrednie odniesienie do palety barw CMYK (cyjan, magenta, żółty i ich pochodnych), które następnie są kontynuowane relacją nazwaną przez grupę 3.1 - dwoma czarnymi i dwoma jakby osobnymi, będącymi tymi pomiędzy i wieńczącymi całość. Odnosi się to także do faktu, że jest on także albumem kompilacyjnym - zawierającym na jednej płycie krążki "3" i "3.1". Zaczynamy od "Cyan" w którym wita nas surowy gitarowy przesterowany gitarowy riff i trochę garażowa perkusja. Nie jest tutaj hałaśliwie, ani szczególnie pogmatwanie, ale z całą pewnością stawia się na klimat. Bardzo fajnie wypada tutaj nieco jazzujące rozwinięcie z klawiszami, sekcją dętą i smyczkową, która odpowiednio atmosfer podgrzewa i intensyfikuje pokręcenie muzyki Seims, choć co nieoczywiste w math rocku - to właśnie te dodatkowe instrumenty najmocniej wybijają się na pierwszy plan, podczas gdy główne gitarowo-perkusyjne elementy zdają się być osadzone bardziej w tle. Jako druga wskakuje "Magenta", która wytacza się z przestrzeni i dość niepokojąco buduje ambientowy krajobraz, który następnie zostaje rozbudowany o shoegaze'owy riff, rozpędzającą się perkusją i elementy flamenco, by po chwili przejść w alt rockową jazdę bez trzymanki podlaną szaleństwem i fantastycznie uzupełniającymi się dźwiękami instrumentów nie łączonych z takim graniem (ponownie klawisze, które wprowadzają odpowiednią dawkę chaosu). Ponad dwuanstominutowy "Yellow" rozwija się z początku w galopadę wstęp o nieco ejtisowym brzmieniu, które później zostają fajnie zastąpione nieco mroczniejszymi rozbudowaniami i kolejnymi wersjami poszczególnych motywów, wyciszaniem do szumów i powrotów przypominających pijacką imprezę, by następnie skończyć dziwnym dubstepem. Drugą połowę płyty otwiera wyraźnie inspirowany latami 90tymi "Imperfect Black". Zdecydowanie krótsza forma wypada dużo lepiej, choć żeńskie wokale są tu zdecydowanie niepotrzebne, zwłaszcza w tej zawodzącej formie. Kolejny numer na płycie nosi tytuł "Absolute Black" i jest jednym z najciekawszych. Sekcja dęta kapitalnie łączy się tu z mocnym bitem perkusji, gitarowymi riffami i jakby irlandzkimi zagrywkami. Przedostatni "Transluence" jest z kolei dużo spokojniejszy, jakby balladowy, a wraz z budowaniem klimatu, sporo miejsca zajmują tutaj smyki. Kończymy wraz z "Clarity" o czystym gitarowym brzmieniu i trochę punkowym charakterze.

Nieznany mi wcześniej Seims potrafi zaskoczyć. Pomysł, by album nagrać w rozbudowanym kolektywie muzyków i każdemu dać miejsce na zaznaczenie swojej obecności oraz poeksperymentować z dźwiękami zamiast zwyczajnie uderzyć w słuchacza ścianą dźwięku to dobry kierunek. Z drugiej strony trudno tutaj szukać dźwięków czysto rozrywkowych, bo propozycja Australijczyków jest tyleż gęsta, co pozbawiona przebojowości i tego matematycznego pokręcenia, które skłaniałoby do przemyśleń nad kolejnymi warstwami, polirytmiami i nałożeniami instrumentów, które choć w wielu miejscach brzmią fajnie, to niestety nigdzie nie prowadzą. Odnosiłem bowiem bardziej wrażenie, że cała grupa po prostu nagrywała tutaj wszystko, co tylko przychodziło do głowy, nie zastanawiając się zbytnio czy jest to ze sobą spójne. Szkoda. Ocena: Pierwsza Kwadra


2. Untitled With Drums - Hollow

Witamy we Francji, a konkretniej w Clermont-Ferrand skąd pochodzi formacja Untitled With Drums w swojej muzyce sięgająca po surową alternatywę i noise rodem z lat 90tych, dodając do niej szczyptę nowoczesnego psot-rocka. "Hollow" to drugi album grupy, który jest następcą debiutanckiego "S/T W/D" z 2017 roku. Płytę nagrywano na setę, tak by zachować organiczne brzmienie i koncertową energię. 

Pięcioosobowy skład ukrywający się pod nazwą Untitled With Drums zaczyna od udanej zabawy z ogniem. Pierwszy numer nosi właśnie taki tytuł "Play with Fire" i otwiera go punkowy gitarowy riff, a następnie przyspieszamy z godnie z noise'ową stylistyką prosto z lat 90tych. Wolniejszy "Passing On" wręcz zdaje się flirtować z niektórymi elementami grunge'u. W trzecim, noszącym tytuł "Stasis" te grungowe, a nawet Nirvanowe skojarzenia stają się zdecydowanie wyraźniejsze i i wychodzą UWD bardzo zgrabnie. "Amazed" czyli numer czwarty kontynuuje tę duszną, chropawą stylistykę. Jeszcze duszniej robi się w bardzo dobrym, niemal eterycznym "Silver", który spokojnie mógłby znaleźć się jakiejś płycie Nirvany, może nawet solowym Cobaina, gdyby ten zdecydował się na takowy i nie popełnił samobójstwa. Mocniejszy i bardziej gitarowy "Hex" także sięga po grunge'ową stylistykę, ale bliższą Pearl Jam albo Alice In Chains. Świetnie wypada ostrzejszy "Consider", po którym znów pojawia się spokojniejszy kawałek pod tytułem "Revolve", by następnie ponownie postawić na duszny (choć bardziej tym razem bardziej post-rockowy) klimat w "Heirs". W kończącym z kolei album "Strangers" zostajemy w tych dusznych post-rockowych klimatach, nieznacznie wręcz skręcając w stronę doomu.

Untitled With Drums nie wymyśla alternatywnego grania na nowo, ale zmyślnie żongluje skojarzeniami z grungem i klimatem. Nie bawi się w łatwe, plastikowe piosenki, ani nie dba o miłe dla ucha brzmienie. Całość jest więc nieco garażowa, nieco przybrudzona i surowa, ale jednocześnie pełna i przemyślana. Słychać też, że jest to album który był nagrywany niczym koncert, bo dźwięk jest naturalny, przejrzysty i niemal słyszy się te drobne pomyłki, których normalnie w studyjnych, wymuskanych nagraniach się nie doświadczy. Zastanawiając się jednakże dla kogo jest to krążek - odpowiem, że dla stęsknionych. Stęsknionych za latami 90tymi i ówczesną gitarową alternatywą, która dziś w radiu nie poleci, bo młodzież już takiej muzy nie słucha, a wtedy zrobiłaby prawdziwą furorę. Ocena: Pełnia


 3. 3 South & Banana - 3 South & Banana

Twórca tego projektu to Francuz, choć mieszka w Berlinie, więc lecimy właśnie do stolicy Niemiec. Aurélien Bernard, bo o nim mowa to multiinstrumentalista i producent, który 10 kwietnia wydał swój debiut pod nazwą 3 South & Banana. - Mam silny francuski akcent kiedy mówię po anielsku i kiedy wymyśliłem nazwę 3 South & Banana, która powstała jako komediowe nieporozumienie, zmieniła się w żart między mną a moimi przyjaciółmi. Ten żart stał się wreszcie drogą do przełamania z samo zwątpienia i tak powstał album, projekt który tak naprawdę eksploruje ten fenomen. - mówi muzyk. Inspirowany psychodelą, a szczególnie Shintaro Sakamoto, Arielem Punkiem czy Sydem Barettem z jednej strony bawi się więc dziwactwami, a z drugiej klasycznym popem. Czy podobnie jak banany (przy założeniu, że je lubicie) jest płyta równie smaczna, co szalona?

Zaczynamy od beztroskiego utworu tytułowego zapisanego w skróconej formie i wyrwanego z szalonych lat 60tych. Brzmienie przypomina trochę The Beatles, ale także solowe płyty Syda Baretta. Po przyjemnym starcie czas na "BlaBlaBla" który tę beztroskę podtrzymuje. Jest wesoło, ciepluchno i hipnotycznie. Następnie przenosimy się do innej galaktyki wraz z numerem pod tytułem "55 Million Lights Years Away" w którym zasadniczo klimat się nie zmienia, choć wyraźniej słychać tu wpływ francuskiej piosenki czy nawet japońskiej psychodeli z której słynął Sakamoto w swojej grupie YuraYura Teikoku (która co, ciekawe powstała w 1989 roku). W kolejnym "Rush Hour" (zapisanym jako IIII, a nie IV) zostajemy w podobnej stylistyce, a skojarzenia z Barettem czy Lennonem będą tu bliskie i bardzo miłe. Następnie czas na spotkanie z "KittyKatKatHappyBadSad" w którym robi się jeszcze bardziej psychodelicznie, intrygująco i barwnie. Instrumentalny przerywnik w postaci "Intermission" to z kolei wręcz przepisanie jakiegoś swingującego numeru z początku lat 60tych w rytm którego tańczy sobie jak gdyby nigdy nic Leonardo DiCaprio w filmie Quentina Tarantina. Skok w bok pod względem języka następuje w świetnym francuskojęzycznym "Avec Le Coeur" wyrwanym chyba z jakiegoś filmu z Luisem de Funesem. Kolejny, również francuskojęzyczny, balladowy i rzewny "Bâtons Mȇlés" to już coś innego. Dziewiątka (zapisana jako VIIII, a nie IX) nosi tytuł "I Will Not Stop Loving You" wraca do szybszych temp, ponownie jakby wyjętych z twórczości The Beatles, ale kontynuujący zarazem balladowy klimat poprzednika. Nieco Rolling Stonesowo robi się w "Rooftop Trees" i tylko głos i stylistyka Bernarda przypomina, że tak nie jest. Na deser "Wings" wracający w bardziej eteryczne, lżejsze klimaty. Naprawdę miłe.

Zabawa konwencją i mariaż japońszczyzny z brytyjskim sznytem wychodzi tutaj nadzwyczaj interesująco. Całość brzmi jak jakaś zaginiona płyta z lat 60tych i tylko czyste, współczesne brzmienie przypomina, że to płyta wydana w 2020 roku, a nie taka, która mogłaby przeleżeć w szafie te pięćdziesiąt lat. Intrygujące jest też to, że Pan Bałagan nie tylko tutaj smakuje, ale także nie powoduje niechcianego efektu poślizgu, jeśli rzucić go na ziemię. To płyta zrobiona ze smakiem, żarem, żartobliwością i miłością do minionych czasów. Wreszcie to płyta idealna na lato i przypomnienie, że mimo tego, co wokół może być kolorowo i wesoło. Ocena: Pełnia


Płyty przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza