piątek, 5 czerwca 2020

W niewielu słowach: Pornohelmut, Çub


Niektóre nazwy zespołów lub okładki tychże przyprawiają o niechęć. Na szczęście można o nich napisać krócej niż zwykle, bo W Niewielu Słowach. W takiej właśnie wybierzemy się do Teksasu na spotkanie z nową płytą grupy Pornohelmut. Następnie polecimy do Francji gdzie sprawdzimy nową płytę formacji Çub, która co prawda okropnej okładki nie ma, ale obyło się bez zachwytów.Ponadto obie, mają ze sobą wspólne mianowniki więc uznałem, że powinny się znaleźć w jednym tekście, a nie w dwóch osobnych. W tych podróżach na szczęście nie potrzebujecie maseczek, wystarczą słuchawki, wygodny fotel i miseczka pełna cierpliwości. Gotowi?


1. Pornohelmut - Bang Lord 

Spójrzcie w lewo. Tak to jest okładka płyty, która na szczęście trwa tylko dwadzieścia minut i trzydzieści sekund. Prawdziwy graficzny koszmar. Z całą pewnością nie jest to obrazek, który przyciąga uwagę. Mnie przeraża i odrzuca. 

Pornohelmut - równie koszmarna nazwa - to jednoosobowy projekt z Teksasu, którego twórcą jest Neil Barrett, powstały w 2001 roku. Muzyk, producent i DJ stawia na miksowanie perkusyjnych sampli, gitarowych efektów oraz wykorzystywania telewizorów kineskopowych, kaset VHS i analogowych obrazów podczas swoich występów na żywo. Jeśli to za mało, Brent Hinds z Mastodona miał ponoć nawet powiedzieć: "Co zamierza zrobić jako następne, zacznie zabijać ludzi?" Naprawdę martwię się o tego gościa..." Spojrzenie w lewo - tak... my też się martwimy. A jak sytuacja przedstawia się od strony - ekhm - muzycznej?

Niewiele lepiej. Od pierwszego numeru zatytułowanego "Astroglide" słychać, że gitary są mechaniczne i do tego oparte na dysonansach. Nie są to dysonanse jakie często spotyka się w djentach, a nieskładne zbitki riffów. Po chwili dołącza do tego perkusja i elektronika, a całość tak naprawdę donikąd nie prowadzi. Do tego wita nas straszliwie nieprzyjemne, suche i nieludzkie brzmienie rodem z najgorszej współczesnej dyskoteki. "Bell Ringer", czyli drugi numer też nie wypada dobrze. Suchy bit i surowy, jednostajny riff z piskami i przejazdami w stylistyce techno i rave. Szczególnie do tego ostatniego jest blisko, ale niestety przypomina to marną kopię The Prodigy. Co gorsza pojawia się też wokal - wyjęta z jakiejś dziecięcej piosenki melodyjka śpiewająca "lalala". Brzmi to wręcz komicznie. Nawet niezły klimat pojawia się na początku "Mother Duster" z mrocznym ambientowym tłem i fragmentem dialogu wyciętego z jakiegoś filmu, by następne ustąpić czymś co w zamierzeniu chyba miało przypominać punk rock albo wręcz wczesne Nine Inch Nails. Cóż, nawet najgorsze rzeczy od Reznora wypadają ciekawiej. "Night Rider", czyli propozycja czwarta także korzysta z asychronicznych surowych, bulgotających riffów, dziwnie nieskładnych melodii klawiszy i łupań bitu. Gdyby osadzić to w kontekście jakiegoś horroru w stylistyce Resident Evil może by miało to sens, ale do słuchania ot tak, jest raczej ciężko strawne. Do kompletu wokal - śpiew waleni. Po nim następuje "Ultra Mega" w którym pozornie zaczyna się pojawiać jakaś melodia, nawet robić spójnie, ale nadal jest surowo, mechanicznie i średnio atrakcyjnie. "Wizard Sleeve" czyli utwór szósty chyba jako jedyny ma jakąkolwiek melodię. Szkoda tylko, że podkład oparty na midi sprawia wrażenie jakby cały czas przeskakiwał dźwięk. Ostatni nosi tytuł "Black Magic Dope Sack" z piskami jak ze starej gry komputerowej typu arcade i bity, które odbijają się w przestrzeni w niechlujny sposób, ponownie przywołując przeskakiwanie dźwięku. Na samym zaś końcu kobiecy głos oznajmia: "I'm wet" - "Jestem mokra" we wiadomym kontekście. I tylko szkoda, że słuchacz nie może powiedzieć tego samego.

Ocena: Nów
Jeśli ma to być pokazanie możliwości komputera i pokręteł na konsoli, wykorzystania sampli oraz miksowania muzy to jest to eksperyment udany. Niestety brakuje w nim pomysłu, spójności i polotu, czegoś co by przyciągnęło. Nie ma tu brzmienia, nie ma melodii, nie ma tu głębi. Dobre jest chyba jedynie to, że płyta nie jest długa, bo słucha się jej bez jakichkolwiek uczuć, wrażeń, zachwytów czy odkryć, choć może ktoś znajdzie tutaj coś, czego nie dostrzegam lub nie słyszę. Może wynika to także z faktu, że jeśli dobrze rozumiem w domyśle ma ona wybrzmiewać razem z wizualiami, których nie ma dołączonych do płyty (a razem z nim w utworze poniżej jest chyba jeszcze gorzej), albo na imprezie na której ludzie się bawią przy tego typu dźwiękach. W warunkach domowych wypada raczej nijako, a okładka dobitnie pokazuje swoisty przerost formy nad treścią i treści nad formą - jeśli w ogóle w tym "muzycznym tworze" jest jakakolwiek treść.


2. Çub - Ouais

Z Teksasu przenosimy się do Lyonu, we Francji, ale pozostajemy w stylistyce, bo i tym razem będzie zabawa elektroniką, techno i rockową zajawką w tle.

Çub to tak zwana grupa łączona, gdyż powstała w wyniku połączenia sił Ça i SubmarineFM. "Ouasis" to drugi album tej grupy, będący następcą "Musique Actuelle" sprzed trzech lat, a samą grupę Ça możecie już kojarzyć, bo na naszych łamach już pisaliśmy o ich płycie "MTPÇAMSDAGJQJSLV". Wspomniany bardzo apetyczny matematyczny i przedziwny konstrukt sugeruje, że i ten będzie ciekawym przeżyciem, a na pewno ciekawszym od Pornohelmuta. Jak jest w rzeczywistości?

Pomysł na siebie prezentuje już otwierający "Terfuge" oparty na elektronice, egzotycznej melodyce i mocnym elektro-gitarowym riffem który z nieco tanecznego rytmu szybko przekształca się w precyzyjną techno kanonadę, tylko na chwilę przerywanej wyciszonymi fragmentami, także stricte ambientowymi. Nie jest to może mój typ muzyki - zwłaszcza imprezowej - ale jestem w stanie ją sobie nie tylko wyobrazić ile słuchać z zainteresowaniem. Po nim czas na "Stance" wyłaniający się niepokojąco i wietrznie z ciszy, następnie ustępujący tykaniom niczym ze starej maszyny do pisania i rytmicznemu, rozwijającemu się gitarowemu riffowi. Wraz z narastaniem wkraczamy w porcję szaleńczych pląsów gdzie nowoczesna techno dyskoteka miesza się z math rockiem. Do tego dochodzi solidne brzmienie, które pokręconym pomysłom formacji pozwala znaleźć się we właściwym miejscu i sprawić, że słuchacz doskonale się przy tych propozycjach bawi. Trzeci kawałek nosi tytuł "Jugué" zaczyna się wręcz deszczowo i smutno, ale wraz z dodaniem pulsującej elektroniki robi się nieco szybciej, marszowo. Gitara szybko z lirycznego fragmentu przechodzi w polirytmiczną melodię, razem z bitami i elektronicznym tłem doskonale bawiąc się przestrzenią i klimatem, do tego stopnia że na myśl przychodzi Kraftwerk do którego dodano gitarę. Przedostatni utwór zatytułowano "Til", który na początku przywołuje znajomą melodyjkę ze starych telefonów Nokia, po czym rytmicznie podkręca się do kolejnej porcji bitów i energicznych, połamanych gitarowych riffów. Kapitalnie robi się w drugiej połowie utworu, po krótkim zwolnieniu, gdy bit znacząco przyspiesza, pojawiają się podśpiewywania, a nawet hardcore'owe ujadanie. Kończący album "Zidiare" jest równie udany. Kontynuując szaleństwo poprzednika formacja wręcz bawi się eksperymentami King Crimson gdzie piski i elektroniczne melodie łączą się z gitarowymi, rwanymi dźwiękami. Nałożenie na to rytmiki techno i mrocznych tonów z kolei jeszcze bardziej urozmaica tę niecodzienną dyskotekę.

Ocena: Pierwsza Kwadra
"Ouais" nie jest albumem tak intrygującym jak "MTPÇAMSDAGJQJSLV" Ça, ale przecież nie jest to kolejny krążek tejże, a wypadkowa dwóch grup, które połączyły matematyczne zajawki z elektroniką, flirtem z ambientem i techno. Jest energicznie, melodyjnie, a przede wszystkim dziwnie i niejednoznacznie gatunkowo. Zestawienie z Pornohelmutem wydaje mi się tutaj nie przypadkowe - w wypadku Çub mamy do czynienia z grupą ludzi i słychać to w brzmieniu, energii i prowadzeniu poszczególnych kawałków oraz dźwięków. Na próżno szukać tu mechaniczności czy sztuczności. Niecałe półgodziny mija szybko, ale znacznie przyjemniej, zachęcając do ponownego odsłuchu, nawet w celu wyłapania wszystkich smaczków i założeń konstrukcyjnych obu grup, które składają się na Çub. Nie jest to może płyta, którą by się słuchało na okrągło, ale jest to coś, co mogłoby być muzyczną ilustracją awangardowego teatru czy spektaklu w stylistyce techno z tekstem Doroty Masłowskiej, podczas gdy opisany wyżej muzyczny twór zamiast uśmiechu wywołuje autentyczne poczucie zagrożenia i chęć udania się w ustronne miejsce w celu opróżnienia... żołądka. Bywa i tak. Jeśli znacie poprzedni album Çub, albo podobało się Wam to, co miało do przekazania samo Ça to koniecznie sprawdźcie "Ouais" to sięgnięcie bez wahania, inni być może będą bawić się równie znakomicie, choć na pewno nie jest to muza do ciągłego słuchania czy po prostu łatwa.


Płyty przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza