środa, 18 kwietnia 2018

Tusmørke - Fjernsyn i Farver (2018)


Nie znam twórczości norweskiego Tusmørke tak jak bym chciał znać, bo jeśli mnie pamięć nie myli kiedyś słuchałem debiutu tej grupy zatytułowanego "Underjordisk" z 2012 roku, jednak nie śledziłem tego, co wydawali później. Jak się okazuje najnowszy album jest ich szóstym wydawnictwem i będzie miał swoją premierę 4 maja tego roku. My zaś mieliśmy przyjemność posłuchać go już kilka miesięcy przed premierą i dziś nadszedł czas na recenzję przedpremierową...

Najnowszy album, jak można się dowiedzieć z notki prasowej, jest luźno oparty wokół konceptu światła, czasu i rzeczywistości. Związku z tym dziś na naszych łamach trochę fizyki: Odbite światło rejestrowane jest przez nasze oczy, ale odbicie jest również wysyłane we wszystkich innych możliwych kierunkach podróżujących z prędkością światła. Nieprzerwane odbicia podróżowałyby na zawsze w przestrzeń kosmiczną. Gdybyśmy mogli wymyślić środki, aby poruszać się szybciej niż światło, moglibyśmy wyprzedzić te refleksje i ponownie je zobaczyć, patrząc na na naszą przeszłość. Drugą ideą jest to, że światło nie jest postrzegane jako nicość, dopóki w coś nie uderzy i nie zostanie odbite, tworząc kolorowy obraz widoczny dla ludzkiego oka. Gdyby więc nie było fizycznych obiektów odbijających światło, istniałaby wieczna ciemność, ponieważ światło nie byłoby widoczne.

W niespełna trzy kwadranse i sześć numerów Norwedzy zabierają nas zatem w muzyczną podróż z prędkością światła w głąb czarnej dziury, choć robią to z typową dla siebie przekorą (w zeszłym roku przebierali się za leśne zwierzęta), bo tytułowy numer, który płytę otwiera po angielsku oznacza "Kolorową telewizję". Prawie ośmiominutowy numer zaczyna się wprost kapitalnie od psychodelicznych, niemal dyskotekowych elektronicznych, mrocznych wyrwanych z jakiegoś horroru dźwięków, które następnie rozpędzają się wraz z perkusją i dusznym, kroczącym tempem. Do tego świetny niepokojący flet i ciężki norweski wokal. Mocne wejście z dużą ilością kosmicznych przejazdów, skocznego rollercoasterowego tempa. Po nim przeskakujemy do równie długiego "Kniven I kurven" który nieco ociepla mroki poprzedniego numeru King Crimsonową lekkością z dwóch pierwszych płyt, fletowymi partiami niczym z Jethro  Tull i bardzo ciekawym kontrastowaniem mrocznym Hammondem. To, w jaki sposób panowie budują tutaj atmosferę jest niesamowite: sporo tutaj lekkości, ale mimo to przesyconej mrokiem, teatralnym zacięciem a zarazem przebojowością i doskonałym balansem między retrobrzmieniem a nowoczesnymi technikami. W trzecim, krótszym, niemal lirycznym i jeszcze bardziej słonecznym "Borgerlig Tussmørke" także należy się spodziewać sporą dawkę duchoty. 

W kolejnym, ponad ośmiominutowym "3001" wracają kosmiczne przejazdy rodem z Hawkwinda, by następnie ustąpić miejsca teatralnemu chórowi i całość świetnie rozpędza się szybką perkusją i gitarowymi riffami, które raz po raz zmieniają swoje konfiguracje i układ sprawiając, że utwór nie nudzi, a naprawdę potrafi zachwycić swoim kwaśnym klimatem i pokręconym brzmieniem wyrwanym gdzieś z lat 60tych czy 70tych. Ten utwór to niemal msza przypominająca to, co najlepsze w takim graniu i co wyróżniało grupy w tamtych czasach - artystyczne i teatralne kombinacje, feeria barw, także tych dźwięków i czarowanie słuchacza. Przedostatni nosi tytuł "Death Czar" stawia na perkusjonalia i klimat trochę przypominający King Crimson, wraca nieco wolniejsze, bardziej kroczące i duszne tempo. Tu także panowie bawią się progresywnymi rozbudowaniami i teatralnością i wypada to naprawdę klimatycznie. "Tøyens Hemmelighet" kończący płytę jest niczym klamra, bo stanowi taki jakby dalszy ciąg numeru pierwszego - ponownie jest skoczniej, klawisze cudnie zazębiają się z fletami i perkusją.

Ocena: Pełnia
Tusmørke nie przesuwa żadnych granic, ani nie zmienia oblicza takiego retro grania, ale trzeba przyznać, że potrafią swoimi dźwiękami oczarować - z jednej strony sporo tutaj szaleństwa, ciepłych dźwięków, a z drugiej sporo mroku, niepokoju i refleksji. Jest to płyta bardzo sprawna i wciągająca, porywająca znakomicie zbalansowanym brzmieniem idealnie wpisującym się w stylistykę, ale jednocześnie bogato czerpiąc z nowoczesności, stając się pomostem niemal idealnym między współczesnym alternatywnym graniem, a psychodelą z początków rocka. Te niespełna trzy kwadranse będą dla każdego wielbiciela takiego grania znakomitą porcją muzyki absolutnie nie wymuszonej, pięknej i przepełnionej emocjami. Nie mam zbytnio porównania z poprzednimi, a z debiutu niewiele pamiętam, ale ten album to bodaj najciekawsza płyta Norwegów, taka do której będzie się chciało wracać.



Recenzja przedpremierowa. Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki
 uprzejmości Karisma Records oraz Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz