Kolejny koncert w gdyńskim Rockzie i po raz kolejny pozytywne wrażenia. Dobrze spędzony wieczór, nie tyle z grupą znajomych, ile przy dobrych zespołach to chyba najlepsze, co może się przydarzyć na koniec miesiąca, dobry początek nowego i prawie koniec tygodnia.
Trzy zespoły i trzy różne style, dwa z Gdyni i jeden z Gdańska. Z czego we dwóch grają osoby z którymi miałem styczność przy okazji szukaniu lub składaniu zespołu w którym mógłbym udzielać się wokalnie, niestety z żadnym skutkiem, choćby z tego względu, że wówczas jeszcze było dość nędznie. Ale to nie jest akurat ważne, nieważne też jakie to osoby, to pozostanie moją małą tajemnicą, bo najważniejsze są zespoły, które zagrały tego wieczora.
A zagrały takie zespoły jak: Option Hoax, Ad Rem i Dry.
Option Hoax
Zespół powstał w grudniu 2009 roku po rozpadzie Comanches Scream z inicjatywy gitarzysty i wokalisty Łukasza Remisiewicza oraz gitarzysty Krzyśka Drzewieckiego. W kwietniu 2010 roku do zespołu dołączył basista Paweł Piwowarski, z nim i Krzyśkiem na perkusji zagrali dwa koncerty, ale z powodów artystycznych rozstają się z Pawłem, a jego miejsce zajął Szymon Browarczyk (ex – The Dionysos). W lipcu 2010 roku zespół znajduje perkusistę Oskara Handzlika, który po jakimś czasie opuścił zespół i został zastąpiony Rafałem Kozerą, a ten Kubą Jastrzembskim.
Zespół gra luźną mieszankę chwytliwego, melodyjnego rocka z brzmieniami alternatywy i metalu oraz post – rocka.
Tytułu pierwszego numeru nie dosłyszałem, ale zabrzmiał jak odrobinę łagodniejsza wersja sludge metalu w rodzaju grupy Kyuss z dość wysokim wokalem zamiast growlów.
Z kolei w utworze "The end of history”, który został zaprezentowany jako trzeci, odniosłem wrażenie inspiracji takimi grupami jak Pagan’s Mind czy Dreamscape. Potężne wejście oparte na ciężkich riffach i uderzeniach perkusji, a potem delikatne zwolnienie do mrocznego pochodowego tonu w klimatach space metalu (gatunku, który reprezentuje grupa Amplifier).
Rewelacyjny utwór, szkoda tylko, że krótki. Zabrakło rozimprowizowanych dłuższych instrumentali, które ubarwiłyby znacznie i tak bardzo ciekawy utwór.
Bardzo podobał mi się też przebojowy „Lonely Heart" z fantastycznym wibrującym basem. Ciekawie został też zaprezentowany cover utworu „Imagine” Johnna Lennona z lekko fałszującym wokalem (specjalnie jak sądzę, taki żarcik) i mocniejszym, pochodowym szlifie.
Gdzieś dało się nawet wyczuć zimno falowe podejście, które zapewne wcale nie jest takie odległe zespołowi, jeśli na basie gra Browarczyk.
Ostatni utwór (z jedenastu, które zaprezentowało Option Hoax) nosił tytuł „Walking” o ewidentnie progresywnej budowie – najpierw wolno i łagodnie a momentami odrobinę szybciej. Bujający, a jednocześnie jakiś taki dziwnie smutny.
To, co prezentuje Option Hoax nie jest specjalnie odkrywcze i nie wyważa grupa żadnych drzwi, ale nie można zaprzeczyć, że słucha się ich bardzo przyjemnie.
Ogromne brawa należą się grającemu na gitarze i śpiewającemu Łukaszowi Remisiewiczowi, który z powodu choroby porusza się na wózku. Mimo tej przeciwności bardzo ciekawie gra na gitarze i dobrze śpiewa – gratulacje za charyzmę i po prostu duży szacunek.
Niewiele osób stać na takie poświęcenie i oddanie się pasji mimo przeciwności na jakie się natrafiło niezależnie od siebie. Co do grania – dobrą i ciekawą drogą dla Option Hoax byłoby skręcenie w stronę stylistyki Amplifier, grupy która łączy ciężkie metalowe brzmienia z przestrzennym dźwiękiem, klimatem i czystym, dość wysokim wokalem.
Ad Rem
Grupę tę widziałem wcale nie tak dawno w Uchu. Miałem dość mieszane uczucia. W wypadku koncertu w Rockzie, który słynie z małej sceny i dość fatalnej akustyki (choć zdarzają się koncerty nagłośnione bardzo dobrze), zespół wypadł znacznie ciekawiej. Bardziej brudne i garażowe brzmienie znacznie lepiej wyszło w małym pomieszczeniu niż na dużej scenie Ucha.
Pierwszy utwór, którego niestety nie znam z tytułu, który stylistyczne zahacza gdzieś o stary klasyczny punk rock zapachniał mi kawałkiem „Już idziemy spać” zespołu WC.
Następnie został zagrany fantastyczny „Black Devil”. Bardzo ciekawie wypadł też utwór „A ty na pewno wiesz” odśpiewany razem z publicznością. Ad Rem zaprezentowało też utwór, o który fani zespołu się dopytywali, bo taki fajny, a dawno nie był grany, czyli „Papierowy motyl”. Nieco wolniejszy od pozostałych utworów zespołu, nie wywarł na mnie wrażenia. Nie zauważyłem nadzwyczajnej fajności tego kawałka, no ale słyszałem go pierwszy raz, może trza usłyszeć go więcej razy, żeby wyczuć to „coś”. Kapitalnie wypadły utwory „Stąd do wolności” i pędzący „Bez winy”. Przedostatni był utwór „do skakania”, czyli „Stać nas na więcej” i na koniec był jeszcze jeden szybszy kawałek.
Koncert grupy Ad Rem w Rockzie zdecydowanie bardziej się mi podobał niż ten z Ucha.
Tym koncertem udowodnili też chłopaki, że są zespołem ciekawym i konsekwentnie szukającym swojego brzmienia. Duży plus dla Mateusza, wokalisty zespołu, za to, że nie pytał się już publiczności po każdym kawałku: „Może być?” i za zdecydowaną poprawę stylistyki wokalu, który już tak bardzo nie przypominał mi Lemmy’go.
Jest to też zespół, przy którym można świetnie się bawić bo utwory, zwłaszcza te szybkie są dosłownie przesycone nieposkromioną energią i zapałem do fantastycznej zabawy. I oby tak dalej!
Dry
Początki zespołu sięgają marca 2009 roku. Styl grupy to połączenie rocka z lat 70 i 80 z funkiem, bluesem z naciskiem na hard rock. To, co wyróżnia zespół to zapomniane już trochę brzmienie organów Hammonda (niestety nie jest to model B5, tylko XK3).
Cóż, wiele słyszałem o tym zespole, o tym jaka to fantastyczna kapela i jaką kapitalną atmosferę potrafi zrobić. Niestety z mojego punktu widzenia wcale tak niesamowicie i ciekawie nie jest. Organy Hammonda niewątpliwie brzmią cudownie i dodają utworom zespołu niezwykłej energii, gdzieś dzięki temu czuć w powietrzu powiew dawnego Deep Purple. Również groteskowe, zdystansowane czy też raczej trochę kabaretowe podejście do grania wypada intrygująco – wokalista noszący dresowy kombinezon i dosłownie uprawiający gimnastykę nie tylko na scenie, ale i poza nią i rzucający dowcipne teksty w rodzaju: „Ubrałem kombinezon jak Elvis. A teraz słuchaj tego szajsu, ziom” czy „Dziękuję wszystkim za ten ekskluzywny wieczór w wyselekcjonowanym i tak doborowym towarzystwie”. No to jest ciekawe. Nie da się ukryć, że aktorstwo wokalisty jest przednie i moim zdaniem obok klawiszy chyba najciekawsze z całości.
Gitara Adama Neubauera ma też bardzo ładne, soczyste brzmienie. I właściwie na tym się kończy, bo utwory jak dla mnie są kopią choćby właśnie dawnego Deep Purple (z okresu MK 2 i MK 3). Zupełnie brakuje tutaj świeżości, własnego pomysłu, wszystko już gdzieś było, taki utwór „Haszysz” zawiera przecież tony klawiszy ewidentnie wyjęte z Deep Purplowych pasaży koncertowych z choćby kawałka „Space Truckin’”. Szkoda, bardzo szkoda.
Dry nie powalił mnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jest to zespół zły. Jest to bardzo dobry zespół, tylko bez własnej tożsamości i pomysłu. Odgrzewa to, czego już się nie da odgrzać, a przynajmniej nie w takiej formie. Uważam też, że klawiszowiec się w tym zespole po prostu marnuje - słychać, że chłopak grać potrafi i wyraźnie inspiruje się stylem Lorda, ale niestety w Dry ma mało do pokazania, gdzieś indziej rozwinąłby skrzydła mocniej, tymczasem jest według mnie najciekawszym instrumentalistą w zespole. Nie bardzo też jakoś mam ochotę by ponownie zetknąć się z tą grupą.
Strony
- Strona główna
- Wstępniak
- O Nas
- Kontakt - dla zespołów
- WAFP! 2011 - 2014
- Heavy Metal Pages 2013 - 2015
- Rock3miasto.pl
- LMF 2016 - 2019
- Polisz Jor Inglisz
- Weekend Węgierski
- Weekend Chorwacki
- Wydział Filmowy
- LUpa czy Pod LUpą?
- Wilk z zakładką
- Muzyczna Biblioteka
- Wilk Kulturalny/Książki autorskie
- Oceny
- Patronat medialny LU
- Współpraca
niedziela, 3 lipca 2011
piątek, 1 lipca 2011
Relacja XV: Heavy Metal Night (Ucho, 29 VI 2011)
Z pozdrowieniami dla Brodacza
Jak miło jest po robocie pójść na koncert, wrócić późno i następnego dnia będąc niewyspanym znów pędzić do roboty. A już w ogóle cudownie jest jak wszystkie zespoły reprezentują sobą wysoki poziom i grają po prostu iście „zajebisty” koncert.
Po bardzo ciężkich i ekstremalnych klimatach przyszedł czas na nieco tylko lżejsze granie. Trzy zespoły i dwa podejścia. Jeden zespół parający się nieco ostrzejszą odmianą metalu progresywnego i dwa grające klasyczny heavy/power metal. Jako, że nie należy szufladkować żadnego zespołu gatunkowo, toteż zamiast to robić, jak w poprzednim zdaniu, należy po prostu się dokładnie przysłuchać i spojrzeć na ich twórczość bliżej. Zaczynamy:
Diavolopera
O nazwie grupa pisze tak: Diavolopera – znaczy tyle, co diabelska opera bądź opera diabła; w symbolice numerologicznej wibracja cyfry 1; z hiszpańskiego... gatunek gruszki. Dla nas to groteskowe, nieco cyniczne i przewrotne połączenie dwóch wyrazów w jednej frazie, cechujące dualizm jak i dystans do świata zewnętrznego i zastanego w nim porządku.
Zespół z kolei powstał na przełomie sierpnia i września 2009 roku z inicjatywy perkusisty Sławka Kliszewskiego, do którego ostatecznie dołączyli gitarzysta Robert Bandżul, basista Mirek Abramowicz i klawiszowiec Przemek Cygański. Żmudne poszukiwania wokalisty zakończyły się wiosną 2010 roku, kiedy dołączyła do nich Julia Grisznina.
W tym samym czasie zmienił się klawiszowiec, którym ostatecznie został Tomasz Bartoszek.
Latem 2010 roku grupa wydała debiutanckie demo, na którym znalazły się trzy kawałki (na klawiszach wówczas grał Roman Wróblewski, a także Janek Banas na drugiej gitarze).
Zespół połączył ze sobą orientalny szlif i ciężkie brzmienia z melodyjnym wokalem i chwytliwym refrenem.
Nie będę się rozpisywał o każdym utworze, bo nie ma to najmniejszego sensu, w wypadku tej grupy bowiem słychać zarówno profesjonalizm (wszak to grający już dobre kilka lat muzycy z uznanych, lokalnych grup m. in. Norden czy Sonheillon), jak i pomysł. Jest to granie mocne, bardzo interesujące stylistycznie i przywołujące na myśl późne Dream Theater zmieszane z Dark Tranquillity i szczyptą epickiego metalu w stylu Bathory’ego. Niezwykle intrygujący jest głos Julii. Jako, że nie przepadam za żeńskim wokalem i pochodzę doń dość sceptycznie, szukałem kruczka, tego, co się pisze małym druczkiem. Nie znalazłem, wokal Julii mnie powalił na łopatki, no dobra, może nie aż tak. Ale nie ukrywam, że bardzo mnie zaciekawił: ciekawa barwa głosu i oryginalne podejście, przede wszystkim zwracające uwagę na nie siłowe kształtowanie linii wokalnych i trzymanie się jednego pułapu, niektóre wokalistki niepotrzebnie bowiem próbują growlować czy screamować tracąc przy tym swoja naturalną barwę i właśnie oryginalność (Marzenka z Empire jest chlubnym wyjątkiem).
Obok naprawdę kapitalnych i fantastycznie pomyślanych utworów własnych z pierwszej demówki i nadchodzącej drugiej Diavolopera zagrała cover z repertuaru nieodżałowanych „lesbijeczek z Rosji” czyli niepokonanego swego czasu duetu Tatu, a mianowicie „All things she said” – naturalnie po rosyjsku.
Diavolopera to zespół intrygujący i dobrze dający po głowie, według niektórych najlepsza kapela wieczoru (choćby zdaniem stałego bywalca Ucha – Brodacza) a według mnie po prostu bardzo ciekawy zespół. Do kwestii technicznych czy kompozycyjnych nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Brakuje jedynie może małej odskoczni w postaci męskiego growlowanego wokalu – skoro opera i w dodatku diabelska, głos męski by się przydał, choćby nawet na momenty, na zasadzie podobnej jak te w niderlandzkiej kapeli Mayan na tegorocznej debiutanckiej płycie „Quaterpast” (recenzja już niedługo). Zespół ten ma na pewno ogromny potencjał i możliwości i trzymam kciuki, nie chciałbym żeby podzielił los Nordena (który stał się niemalże nieistniejącym jednoosobowym projektem czy Sonheillona, którego też praktycznie już nie ma).
Hateseed
Grupę tę nie tak dawno słyszałem na otwarciu oliwskiego Rock Out Pubu i podobało mi się to co zaprezentowali. Miałem ochotę na więcej i w Uchu mogłem nie tylko zweryfikować czy zespół naprawdę tak mi się podoba, czy to było tylko złudzenie, ale także właśnie posłuchać ich więcej. Nadal nie jestem pewien wszystkich tytułów, ale na pewno zapamiętałem więcej.
Koncert otworzył utwór „One Thousand Deaths” z fantastycznymi solówkami, następnie był kawałek „Exile” i istna galopada rozpoczynająca się od mylącego akustycznego wejścia.
Czwarty był utwór „The Horizon” (Łukasz – gitarzysta i wokalista, zapowiadając kawałek zwraca się do mnie: „Widzę, że kolega w pierwszym rzędzie notuje, to możesz zapisać, że po tym utworze wszyscy się zesrali”. Jak sądzę, miało to być dowcipne, ale chyba do końca nie było, przynajmniej do końca nie zrozumiałem kontekstu. Cóż bywa i tak).
Szósty utwór był chwilą dla muzyków, a zwłaszcza dla Jacka – perkusisty, który dał fenomenalny pokaz swoich umiejętności. Z pasaży do spokojnych, a to znów galopady, a to marsze wojskowe, a to znów spokojnie… gdzieś te Portnoyowe inspiracje słychać i czuć… zabrakło tylko Bonhamowskiego walenia łapą i gongów (ale Hateseed to nie The Brew, więc nie możemy tego wymagać).
Znów były (w Uchu) jakieś problemy techniczne z gitarą, więc Łukasz musiał zastąpić swojego Stratocastera zwyklejszym modelem pożyczonym od jednego z zespołów i zagrano wówczas świetny kawałek „The Soul Eater”. I pewnie w wyniku komplikacji w Uchu zrobiło się jakoś nieprzyjemnie pusto, a Hateseed zagrał ostatni utwór „My hate”.
Utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to zespół niesamowity i bardzo ciekawy i mający jeszcze wiele do zaprezentowania w swoim gatunku. Z ogromną satysfakcją przyjdę na ich kolejny koncert i z niecierpliwością wypatruję też jakiegoś materiału płytowego, może kiedy posłucham Hateseed w zaciszu domowym zrozumiem żart o zesraniu, w tym wypadku raczej było mi trochę głupio, może nie poczułem się urażony, ale było to co najmniej dziwne. Tymczasem borem lasem, trzymam kciuki i jako się rzekło: czekam na więcej!
Shadowsight
Ostatni zespół wieczora powstał w Gdyni w 2008 roku z inicjatywy dwóch gitarzystów Michała Marcinkowskiego i Łukasza Szczepańskiego. Po kilku miesiącach prób i jammowania do projektu dołącza basistka Sylwia Dylewska i perkusista Michał Ryczkowski.
Zespół wydał dwie demówki (na których wokalnie udzielał się Łukasz). Obecnie wokalem zajmuje się Michał, który od czasu do czasu jest wspomagany wokalem Łukasza.
W niedługim czasie ma pojawić się nowe wydawnictwo zespołu zatytułowane „Path of the Damned”.
Koncert otworzył dość interesujący kawałek tytułowy z nadchodzącego wydawnictwa. Gdzieś coś mi zapachniało starym Iron Maiden czy Edgyuem, podobno nawet sam zespół nie ukrywa inspiracji tymi grupami – choć wokaliści niestety nie dorównują ani Dickinsonowi ani Sammetowi, a wielka szkoda, bo grają ciekawie, nieoryginalnie, ale mocno i z polotem.
Szef Ucha kiedyś mi powiedział, że w zespole powinna być ładna basistka, bo jeśli zespół gra hujowo to przynajmniej na nią można popatrzeć, w wypadku Shadowsight nie było wcale hujowo, ale i tak wolałem popatrzeć na basistkę – nie tylko ładna (mam nadzieję, że nikt nie będzie zazdrosny), ale także dobrze grała. W ogóle bas w tej grupie to mocna sprawa, wyszczególniony tak jak lubię na wierzch, świetnie pasował do muzyki zespołu. Kapitalnie brzmiało to choćby w hymnowym utworze „Nemezis”. Problemem zespołu jest zupełnie inna sprawa: niezdecydowanie gatunkowe. Raz grają tradycyjny heavy/power a z chwilę potrafią przywalić pirate metalem w stylu Running Wild czy Aelestorm. Może inaczej to nie jest problem, wychodzi to bardzo ciekawie, ale w pewnym momencie już byłem skonfundowany – w ramach jednego zespołu trochę za dużo już było jak jesz został zagrany utwór w stylu medieval. Bardzo podobał mi się cover Ironów, czyli „The Trooper” zagrany z gościnnym udziałem Jacka z Hateseed na bębnach i Łukasza z tegoż na wokalu. Utwór zagrał potężnie i nie został odegrany, a Łukasz zaśpiewał mocniej i zadziorniej, nieco tylko niżej niż Dickinson. Niezwykle interesujące były te utwory, które Shadowsight zaprezentował po polsku – czy gdzieś nie zapachniało Turbo z lat 80?
W podobnym stylu został zaprezentowany też utwór „Szalony Ikar”, który podobno był jeszcze bardziej szalony niż zwykle (nie mając porównania, bo pierwszy raz słuchałem tego zespołu, wierzę na słowo tym, którzy mi to podpowiedzieli). A na bis zagrali cover „Breaking the law” – również nieco inaczej niż oryginał.
Shadowsight ma sporą liczbę zwolenników i wcale się nie dziwię, grają ciekawie i energetycznie. Szkopuł polega na tym, że przy małej dawce oryginalności zespół ten podobał mi się najmniej z wszystkich. Nawet Brodacz rzucił do mnie: „Pierwszy zespół i tak był najlepszy”.
Podsumowując, środowa noc heavy metalu w Uchu była kolejną ucztą dla uszu. Bardzo zaciekawiła mnie Diavolopera i postaram się na bieżaco śledzić rozwój i karierę tego naprawdę obiecującego zespołu, który może sporo jeszcze namieszać na trójmiejskiej scenie, a i mam nadzieję, że nie tylko. Fantastycznie wypadł Hateseed, który mimo problemów technicznych i nagłego wykruszenia publiki zagrał koncert świetny i moim zdaniem znacznie lepszy niż w Rock Oucie. Mógłbym tego zespołu słuchać niemal bez końca.
Shadowsight w moim odczuciu wypadł najsłabiej – z jednej strony z powodu trochę dużego rozrzutu stylistycznego, z drugiej z powodu zbyt późnej już dla mnie pory (przyznam się, że zasypiałem już koło tej jedenastej, dwunastej w nocy). Nie można jednak zaprzeczyć, że wszystkie zespoły pokazały się mocno i ciekawie, przed dwoma można wypatrywać licznych sukcesów w niedługim czasie (Diavolopera i Hateseed), a przed jednym (Shadowsight), cóż nie jestem wyrocznią i mogę się mylić, widziałbym kilka zmian: przede wszystkim znaleźć wokalistę, który miałby jakiś własny styl i radziłby sobie z wysokimi rejestrami (nie jest źle z tym aktualnym wokalem, ale mimo wszystko oczekuje się nieco więcej) i odrobinę bym przyciszył bas – kocham bas na wierzchu, ale w wypadku tego grania trochę za bardzo się wybijał. Dodał bym klawisze – może jakiś utwór w stylu King Diamond albo Mercyful Fate? Tak czy inaczej, bawiłem się dobrze i trzymam kciuki za wszystkie zespoły, które zagrały podczas tej odsłony nocy heavy metalu.
Jak miło jest po robocie pójść na koncert, wrócić późno i następnego dnia będąc niewyspanym znów pędzić do roboty. A już w ogóle cudownie jest jak wszystkie zespoły reprezentują sobą wysoki poziom i grają po prostu iście „zajebisty” koncert.
Po bardzo ciężkich i ekstremalnych klimatach przyszedł czas na nieco tylko lżejsze granie. Trzy zespoły i dwa podejścia. Jeden zespół parający się nieco ostrzejszą odmianą metalu progresywnego i dwa grające klasyczny heavy/power metal. Jako, że nie należy szufladkować żadnego zespołu gatunkowo, toteż zamiast to robić, jak w poprzednim zdaniu, należy po prostu się dokładnie przysłuchać i spojrzeć na ich twórczość bliżej. Zaczynamy:
Diavolopera
O nazwie grupa pisze tak: Diavolopera – znaczy tyle, co diabelska opera bądź opera diabła; w symbolice numerologicznej wibracja cyfry 1; z hiszpańskiego... gatunek gruszki. Dla nas to groteskowe, nieco cyniczne i przewrotne połączenie dwóch wyrazów w jednej frazie, cechujące dualizm jak i dystans do świata zewnętrznego i zastanego w nim porządku.
Zespół z kolei powstał na przełomie sierpnia i września 2009 roku z inicjatywy perkusisty Sławka Kliszewskiego, do którego ostatecznie dołączyli gitarzysta Robert Bandżul, basista Mirek Abramowicz i klawiszowiec Przemek Cygański. Żmudne poszukiwania wokalisty zakończyły się wiosną 2010 roku, kiedy dołączyła do nich Julia Grisznina.
W tym samym czasie zmienił się klawiszowiec, którym ostatecznie został Tomasz Bartoszek.
Latem 2010 roku grupa wydała debiutanckie demo, na którym znalazły się trzy kawałki (na klawiszach wówczas grał Roman Wróblewski, a także Janek Banas na drugiej gitarze).
Zespół połączył ze sobą orientalny szlif i ciężkie brzmienia z melodyjnym wokalem i chwytliwym refrenem.
Nie będę się rozpisywał o każdym utworze, bo nie ma to najmniejszego sensu, w wypadku tej grupy bowiem słychać zarówno profesjonalizm (wszak to grający już dobre kilka lat muzycy z uznanych, lokalnych grup m. in. Norden czy Sonheillon), jak i pomysł. Jest to granie mocne, bardzo interesujące stylistycznie i przywołujące na myśl późne Dream Theater zmieszane z Dark Tranquillity i szczyptą epickiego metalu w stylu Bathory’ego. Niezwykle intrygujący jest głos Julii. Jako, że nie przepadam za żeńskim wokalem i pochodzę doń dość sceptycznie, szukałem kruczka, tego, co się pisze małym druczkiem. Nie znalazłem, wokal Julii mnie powalił na łopatki, no dobra, może nie aż tak. Ale nie ukrywam, że bardzo mnie zaciekawił: ciekawa barwa głosu i oryginalne podejście, przede wszystkim zwracające uwagę na nie siłowe kształtowanie linii wokalnych i trzymanie się jednego pułapu, niektóre wokalistki niepotrzebnie bowiem próbują growlować czy screamować tracąc przy tym swoja naturalną barwę i właśnie oryginalność (Marzenka z Empire jest chlubnym wyjątkiem).
Obok naprawdę kapitalnych i fantastycznie pomyślanych utworów własnych z pierwszej demówki i nadchodzącej drugiej Diavolopera zagrała cover z repertuaru nieodżałowanych „lesbijeczek z Rosji” czyli niepokonanego swego czasu duetu Tatu, a mianowicie „All things she said” – naturalnie po rosyjsku.
Diavolopera to zespół intrygujący i dobrze dający po głowie, według niektórych najlepsza kapela wieczoru (choćby zdaniem stałego bywalca Ucha – Brodacza) a według mnie po prostu bardzo ciekawy zespół. Do kwestii technicznych czy kompozycyjnych nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Brakuje jedynie może małej odskoczni w postaci męskiego growlowanego wokalu – skoro opera i w dodatku diabelska, głos męski by się przydał, choćby nawet na momenty, na zasadzie podobnej jak te w niderlandzkiej kapeli Mayan na tegorocznej debiutanckiej płycie „Quaterpast” (recenzja już niedługo). Zespół ten ma na pewno ogromny potencjał i możliwości i trzymam kciuki, nie chciałbym żeby podzielił los Nordena (który stał się niemalże nieistniejącym jednoosobowym projektem czy Sonheillona, którego też praktycznie już nie ma).
Hateseed
Grupę tę nie tak dawno słyszałem na otwarciu oliwskiego Rock Out Pubu i podobało mi się to co zaprezentowali. Miałem ochotę na więcej i w Uchu mogłem nie tylko zweryfikować czy zespół naprawdę tak mi się podoba, czy to było tylko złudzenie, ale także właśnie posłuchać ich więcej. Nadal nie jestem pewien wszystkich tytułów, ale na pewno zapamiętałem więcej.
Koncert otworzył utwór „One Thousand Deaths” z fantastycznymi solówkami, następnie był kawałek „Exile” i istna galopada rozpoczynająca się od mylącego akustycznego wejścia.
Czwarty był utwór „The Horizon” (Łukasz – gitarzysta i wokalista, zapowiadając kawałek zwraca się do mnie: „Widzę, że kolega w pierwszym rzędzie notuje, to możesz zapisać, że po tym utworze wszyscy się zesrali”. Jak sądzę, miało to być dowcipne, ale chyba do końca nie było, przynajmniej do końca nie zrozumiałem kontekstu. Cóż bywa i tak).
Szósty utwór był chwilą dla muzyków, a zwłaszcza dla Jacka – perkusisty, który dał fenomenalny pokaz swoich umiejętności. Z pasaży do spokojnych, a to znów galopady, a to marsze wojskowe, a to znów spokojnie… gdzieś te Portnoyowe inspiracje słychać i czuć… zabrakło tylko Bonhamowskiego walenia łapą i gongów (ale Hateseed to nie The Brew, więc nie możemy tego wymagać).
Znów były (w Uchu) jakieś problemy techniczne z gitarą, więc Łukasz musiał zastąpić swojego Stratocastera zwyklejszym modelem pożyczonym od jednego z zespołów i zagrano wówczas świetny kawałek „The Soul Eater”. I pewnie w wyniku komplikacji w Uchu zrobiło się jakoś nieprzyjemnie pusto, a Hateseed zagrał ostatni utwór „My hate”.
Utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to zespół niesamowity i bardzo ciekawy i mający jeszcze wiele do zaprezentowania w swoim gatunku. Z ogromną satysfakcją przyjdę na ich kolejny koncert i z niecierpliwością wypatruję też jakiegoś materiału płytowego, może kiedy posłucham Hateseed w zaciszu domowym zrozumiem żart o zesraniu, w tym wypadku raczej było mi trochę głupio, może nie poczułem się urażony, ale było to co najmniej dziwne. Tymczasem borem lasem, trzymam kciuki i jako się rzekło: czekam na więcej!
Shadowsight
Ostatni zespół wieczora powstał w Gdyni w 2008 roku z inicjatywy dwóch gitarzystów Michała Marcinkowskiego i Łukasza Szczepańskiego. Po kilku miesiącach prób i jammowania do projektu dołącza basistka Sylwia Dylewska i perkusista Michał Ryczkowski.
Zespół wydał dwie demówki (na których wokalnie udzielał się Łukasz). Obecnie wokalem zajmuje się Michał, który od czasu do czasu jest wspomagany wokalem Łukasza.
W niedługim czasie ma pojawić się nowe wydawnictwo zespołu zatytułowane „Path of the Damned”.
Koncert otworzył dość interesujący kawałek tytułowy z nadchodzącego wydawnictwa. Gdzieś coś mi zapachniało starym Iron Maiden czy Edgyuem, podobno nawet sam zespół nie ukrywa inspiracji tymi grupami – choć wokaliści niestety nie dorównują ani Dickinsonowi ani Sammetowi, a wielka szkoda, bo grają ciekawie, nieoryginalnie, ale mocno i z polotem.
Szef Ucha kiedyś mi powiedział, że w zespole powinna być ładna basistka, bo jeśli zespół gra hujowo to przynajmniej na nią można popatrzeć, w wypadku Shadowsight nie było wcale hujowo, ale i tak wolałem popatrzeć na basistkę – nie tylko ładna (mam nadzieję, że nikt nie będzie zazdrosny), ale także dobrze grała. W ogóle bas w tej grupie to mocna sprawa, wyszczególniony tak jak lubię na wierzch, świetnie pasował do muzyki zespołu. Kapitalnie brzmiało to choćby w hymnowym utworze „Nemezis”. Problemem zespołu jest zupełnie inna sprawa: niezdecydowanie gatunkowe. Raz grają tradycyjny heavy/power a z chwilę potrafią przywalić pirate metalem w stylu Running Wild czy Aelestorm. Może inaczej to nie jest problem, wychodzi to bardzo ciekawie, ale w pewnym momencie już byłem skonfundowany – w ramach jednego zespołu trochę za dużo już było jak jesz został zagrany utwór w stylu medieval. Bardzo podobał mi się cover Ironów, czyli „The Trooper” zagrany z gościnnym udziałem Jacka z Hateseed na bębnach i Łukasza z tegoż na wokalu. Utwór zagrał potężnie i nie został odegrany, a Łukasz zaśpiewał mocniej i zadziorniej, nieco tylko niżej niż Dickinson. Niezwykle interesujące były te utwory, które Shadowsight zaprezentował po polsku – czy gdzieś nie zapachniało Turbo z lat 80?
W podobnym stylu został zaprezentowany też utwór „Szalony Ikar”, który podobno był jeszcze bardziej szalony niż zwykle (nie mając porównania, bo pierwszy raz słuchałem tego zespołu, wierzę na słowo tym, którzy mi to podpowiedzieli). A na bis zagrali cover „Breaking the law” – również nieco inaczej niż oryginał.
Shadowsight ma sporą liczbę zwolenników i wcale się nie dziwię, grają ciekawie i energetycznie. Szkopuł polega na tym, że przy małej dawce oryginalności zespół ten podobał mi się najmniej z wszystkich. Nawet Brodacz rzucił do mnie: „Pierwszy zespół i tak był najlepszy”.
Podsumowując, środowa noc heavy metalu w Uchu była kolejną ucztą dla uszu. Bardzo zaciekawiła mnie Diavolopera i postaram się na bieżaco śledzić rozwój i karierę tego naprawdę obiecującego zespołu, który może sporo jeszcze namieszać na trójmiejskiej scenie, a i mam nadzieję, że nie tylko. Fantastycznie wypadł Hateseed, który mimo problemów technicznych i nagłego wykruszenia publiki zagrał koncert świetny i moim zdaniem znacznie lepszy niż w Rock Oucie. Mógłbym tego zespołu słuchać niemal bez końca.
Shadowsight w moim odczuciu wypadł najsłabiej – z jednej strony z powodu trochę dużego rozrzutu stylistycznego, z drugiej z powodu zbyt późnej już dla mnie pory (przyznam się, że zasypiałem już koło tej jedenastej, dwunastej w nocy). Nie można jednak zaprzeczyć, że wszystkie zespoły pokazały się mocno i ciekawie, przed dwoma można wypatrywać licznych sukcesów w niedługim czasie (Diavolopera i Hateseed), a przed jednym (Shadowsight), cóż nie jestem wyrocznią i mogę się mylić, widziałbym kilka zmian: przede wszystkim znaleźć wokalistę, który miałby jakiś własny styl i radziłby sobie z wysokimi rejestrami (nie jest źle z tym aktualnym wokalem, ale mimo wszystko oczekuje się nieco więcej) i odrobinę bym przyciszył bas – kocham bas na wierzchu, ale w wypadku tego grania trochę za bardzo się wybijał. Dodał bym klawisze – może jakiś utwór w stylu King Diamond albo Mercyful Fate? Tak czy inaczej, bawiłem się dobrze i trzymam kciuki za wszystkie zespoły, które zagrały podczas tej odsłony nocy heavy metalu.
Etykiety:
death metal,
Diavolopera,
Hateseed,
heavy metal,
metal progresywny,
power metal,
relacja,
Shadowsight,
symphonic metal,
thrash metal,
Ucho
niedziela, 26 czerwca 2011
Relacja XIV: Tone Shot Metal Fest Vol. I (Klub Rockz, 25 VI 2011)
„Apetyt rośnie w miarę jedzenia” – to powiedzenie zna każdy, zauważyłem jednak, że powinno się powiedzieć: „Zainteresowanie rośnie w miarę bywania”. Dotyczy to nie tylko mojego bloga, ale także młodych zespołów, które dotąd z niewiadomych powodów nie zdążyły się wybić, zaistnieć bardziej niż lokalnie. Im więcej się będzie pisało i promowało młode grupy, im więcej będą grać, tym większe są bowiem szanse, że zainteresowanie ich graniem urośnie do podpisania kontraktów ze światowymi labelami produkcyjnymi, a nawet koncertów obok największych sław gatunku w jakim się obracają.
Wychodząc z takiego założenia, nie tylko z czystej ciekawości, ale również z chęci posłuchania bardziej ekstremalnych odmian muzyki metalowej, wybrałem się do gdyńskiego Rockza. Nie zawiodłem się. Cztery zespoły, cztery nieco inne podejścia i tylko jeden, który moim zdaniem odstawał od całości. I do tego jeszcze trzy zespoły, które jak przystało na prawidła gatunku, rozwaliły mnie i dosłownie zmiotły z powierzchni ziemi.
1. Influence
Grupa powstała w październiku 2008 roku w Goleniowie, miejscowości pod Szczecinem. Muzycy łączą w swojej muzyce techniczny death metal z elementami progresji. Zespół ma fantastyczne podejście marketingowe zakładające organizowanie koncertów w kraju i za granicą na zasadzie tak zwanej wymiany, zarówno z grupami polskimi, jak i zagranicznymi.
To zespół otwarty na współpracę i nie zamykający się w sztywnych regułach gatunkowych, grający z pasją i z pomysłem na rozwój zarówno swojego, jak i innych zespołów.
Jak to w regułach gatunku bywa, tytuł utworu jest odpowiednio przedstawiony, a zatem wycharczany i nie do usłyszenia (na pewno nie przy pierwszym zetknięciu i to w dodatku koncertowym). Z tej oto przyczyny trzeba się skupić na warstwie muzycznej.
Obok bardzo dobrych melodii i ciekawych riffów, na plus trzeba zaznaczyć świetny growlowany wokal i bas, który najczęściej ginie pomiędzy gitarami, jednak tu był idealnie słyszalny i co najważniejsze grał swoje, a nie tylko powtarzał to, co grają gitary.
Żałuję, że nie mogę opisać konkretnych utworów, nie tylko dlatego, że nie udało mi się uchwycić tytułów poszczególnych kawałków, ale również dlatego, że zespół zagrał najkrócej ze wszystkich kapel wieczora. Było to raptem sześć utworów, ale pod każdym względem dopracowanych i brzmiących bardzo ciekawie i mocno. Szkoda, że grali tak krótko, całość występu grupy Influence nie trwała chyba nawet pół godziny…
2. Sincretic
Zgodnie z nazwą gdański zespół skupia w sobie różnorodne podejście do granej muzyki i zróżnicowany growlowany wokal. Znajdziemy to zarówno elementy melodyjnego death metalu, jak również tradycyjnego, technicznego death metalu, a nawet elementy wyraźnie zbliżające się do muzyki progresywnej. Podobnie jak w przypadku Influence, tytuły kawałków były niezwykle trudne do uchwycenia, więc jeśli je uchwyciłem, to podaję je tak jak usłyszałem.
Pierwszy kawałek z rosnącym wejściem i po chwili mocne uderzenie z kapitalnym growlem uzupełnionym ciekawym screamo. Drugi kawałek o podobnej konstrukcji z fantastycznym „szeptanym” zwolnieniem. Zaraz potem wokalista oznajmuje, że „przyjechali tutaj rozpierdolić tę budę”. Naturalnie, do rozpierdolenia budy nie doszło, ale na pewno moc i niesamowita energia zawarta w kompozycjach grupy mogłaby klub rozwalić, ograniczenia wynikające z „dobrego zachowania” jednak do tego nie dopuściły. Niewątpliwie słuchacza takie granie może rozwalić w kontekście zadowolenia z słuchanej muzyki, i muszę przyznać, że bardzo mi się ten zespół spodobał. Fantastycznie wypadł wibrujący i narastający z każdą sekundą „No eyes at the day”. Po prostu miazga. Duży plus należy się grupie Sincretic za utwory po polsku. „Po czasach ciemności przychodzi światło. Utwór nosi tytuł: „Bóg Ciemności. Światło.” – powiedział wokalista i nastąpiło klimatyczne wolne, akustyczne wejście, jednak to była zmyła, zaraz nastąpiło przepiękne przypierdolnięcie na całego. Utwór zapachniał mi niektórymi dokonaniami naszych innych (już słynnych) polskich kapel takich jak Vader, Kat czy nawet Frontside. Drugi polskojęzyczny utwór nosił z kolei tytuł „Na płomieni stos” i opowiadał o tym, że „wszystko co dobre, prawe i sprawiedliwe spłonie na stosie”. Znów była moc. Gdyby pod sceną było pogo, a przy takim graniu powinno być, rozpętałoby się prawdziwe piekło. Naszła mnie wtedy też refleksja, że z przyjemnością usłyszałbym „Lucifera” Tadeusza Micińskiego w wykonaniu grupy Sincretic (moim zdaniem wersja Behemotha straszliwie zniekształca piękno tego niesamowitego wiersza, jest nudna i pozbawiona potęgi, a w dodatku okrojona – utwór ma przecież dwie części…).
Kolejne utwory z kolei skojarzyły mi się z twórczością Dark Tranquillity – jakiś taki wolniejszy i melodyjny, bardziej progresywny szlif, z którego ta grupa słynie dał się usłyszeć zwłaszcza po słowach wokalisty: „Koniec z napierdalaniem, nawet Szatan musiał odpocząć”.
Co wcale nie znaczy, że był to koniec koncertu, wtedy właśnie nastąpiło kolejne pierdolnięcie. Utwór „The sound of our scream” i kapitalny utwór „G.O.D” (thrashowe frazowanie i sieka) zwieńczyły występ zespołu. Fantastyczny występ, fantastycznego zespołu.
Zabrakło mi jedynie wstawek z czystymi wokalami (nie musi ich być wiele, tak tylko dla kontrastu) i ewentualnie chórków, które z powodzeniem mogliby wykonać bardzo dobrzy gitarzyści grupy.
3. Driller
Najmniej pasujący do całości zespół, powstał w Gdyni w 2009 roku z inicjatywy braci Wojtka (wokal, bas) i Marcina (wokal wspierający i gitara) Andrzejewskich. Z początku miał to być projekt w klimatach rock’n’rolla, jednak okazało się, że do ich muzyki zakradły się elementy thrash metalu. Wraz z perkusistą Tomaszem Dembkiem rozpoczynają intensywną działalność koncertową. W styczniu 2010 roku widziałem tę grupę w Uchu na koncercie WOŚPu (na tym samym co pierwszy raz widziałem Hurricane), nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć.
W kwietniu tego samego roku do zespołu dołącza drugi gitarzysta – Rafał Mołocznik i zostaje nagrana debiutancka płyta „Hell Trucker”, która zbiera pozytywne opinie, a sam zespół został nawet przyrównany do Slayera (!). Aktualnie zespół pracuje nad nowym materiałem.
Driller anno domini 2011 to zespół znacznie ciekawszy niż półtora roku temu z kilku względów. Przede wszystkim: drugi gitarzysta, który fantastycznie uzupełnia utwory i wypełnia lukę brzmieniową, która w wypadku takiego grania jest bardzo słyszalna gdy jest jeden gitarzysta i (niestety wciąż jeszcze słabo słyszalny) bas.
Drugi powód inności to brzmienie właśnie, jest dojrzalsze, mocniejsze i bardziej przemyślane.
Jest też istotny problem z tym zespołem, a mianowicie niezbyt konsekwentne podchodzenie do kwestii gatunkowych (z jednej strony dobrze, z drugiej źle), gra się bowiem albo cięższego rock’n’rolla albo thrash metal, łączenie dwóch bardzo odmiennych stylów chyba jeszcze nikomu nie udało się w pełni dobrze. Nie można jednak wykluczyć, że jest to granie energetyczne, ciężkie i z dużą dawką tak zwanych jaj.
Dużą wadą jest także, moim zdaniem, koszmarny wokal Wojtka – suchy, bez wyczucia i na jedno kopyto, zupełnie nie pasujący do grania. Nie podoba mi się tez ciągle powtarzana fraza „napierdalamy” – skoro wszyscy słyszą, że napierdalają to, po cholerę to powtarzać? Jest to wokal meczący i jest nie do odróżnienia w każdym utworze (zupełnie jakby pod różnymi kawałkami był ten sam tekst i linia wokalna, a przecież tak nie jest).
Perkusista: pod względem technicznym nie można niczego zarzucić - gra, czy też raczej łomocze swoje, ale w porównaniu z perkusistą poprzedniej kapeli nie potrafi zupełnie zbudować klimatu. Z kolei obaj gitarzyści, według mnie, marnują się w tym zespole…
Driller zaprezentował obok swoich własnych kompozycji (te thrashowe zapachniały nawet Sepulturą okresu środkowego, wczesnym Soulflyem, czy nawet solowym projektem Derricka Greena kongenialną grupą Musica Diablo) własne interpretacje „Ace of Spades” Motörhead (zacna wersja, ale czemu naśladować Lemmy’ego? Można zaśpiewać to po swojemu przecież) czy słynne „Blood Rain” Slayera, coverowane choćby przez Vadera.
Drillerowi brakuje, moim zdaniem, oryginalności i własnej tożsamości, wszystko bowiem już gdzieś było, a odgrzewany kotlet nie jest najlepszym rozwiązaniem. „Polski Slayer” – no można tak powiedzieć, ale sądzę, że jest to jeszcze trochę górnolotne określenie. Przed tym zespołem jeszcze sporo „drążenia” i poszukiwania własnej drogi, ale jestem przekonany, że droga, którą wybiorą w najbliższym czasie zaprowadzi zespół ku lepszemu, na razie jest ogromny postęp w stosunku do roku poprzedniego, ale wciąż nie jest to do końca to, czego by się oczekiwało po zespole łączącym metal z rock’n’rollem i przyrównywanym do Slayera właśnie…
4. Manslaughter
Początki tego gdyńskiego zespołu sięgają 2007 roku, kiedy to zespół powstał z inicjatywy gitarzysty Carriona i perkusisty Mary’ego. Rok później dołączył do nich drugi gitarzysta Grall a w sopockim Long Train Studio (obecnie Music Saloon) zostaje zarejestrowany debiutancki materiał na tak zwane potrzeby własne. Nieco później do grupy dołącza basista Ponchek i wokalista Sinner. W pełnym składzie, w roku 2009 roku zespół nagrywa oficjalną debiutancką płytę pod tytułem „Prelude to Sonic Destruction”. Obecnie zespół szuka wytwórni muzycznej i przygotowuje materiał na drugie wydawnictwo, które planowane jest na ten rok.
Manslaughter od razu rozpoczęło z grubej rury huśtającymi ciężkimi riffami i bardzo interesującym, „szczekanym” growlem. I tym razem nie dosłyszałem tytułu, ale już pierwszy zaprezentowany utwór mnie zainteresował, a dalej było tylko ciekawiej. Większość utworów, które zagrała grupa były ich autorskimi kompozycjami, o dość wolnej ale ostrej, miażdżącej konstrukcji. Zgodnie z nazwą zespół dosłownie zarzyna kapitalnymi pomysłami i rozwiązaniami podejmowanymi w kolejnych kawałkach.
Właśnie muzyka w Manslaughterze podoba mi się najbardziej, wokal podobał mi się trochę mniej, z początku bowiem wydawał się trochę drażniący, ale z łatwością przyzwyczaiłem się do niego w trakcie koncertu. Nie obyło się bez coverów, zagranych znacznie ciężej niż oryginały i trzeba przyznać, że bardzo, bardzo interesująco. I tak obok utworu grupy Sodom został zagrany kawałek Testamentu (który z podobnymi brzmieniami wszak eksperymentował w ostatnich latach).
Niestety z racji niezrozumiale wypowiadanych tytułów, również i tu nie jestem w stanie określić szczególniej konkretnych kawałków, ale wszystkie bez wyjątku zostały zaprezentowane miażdżąco i z ogromną dawką mocy i szatańskiej wręcz energii.
Absolutnie rewelacyjny koncert i absolutnie rewelacyjny zespół, uważam nawet, że najciekawszy z wszystkich, które zaprezentowały się tego wieczora w Rockzie.
Podsumowując, był to koncert niesamowity i przedstawił zespoły znakomite i bardzo interesujące, konsekwentnie „wyrąbujące” sobie drogę do czegoś więcej niż zaściankowego grania po małych klubach (a takim niestety jest Rockz), które mają szanse na zaistnienie i wybicie poza obręb naszego kraju i koszmarnie słabo rozwiniętego rynku muzycznego.
Z death metalem jest jak z bluesem – tę muzykę trzeba poczuć, aby zrozumieć. Trzy zespoły (Influence, Sincretic i Manslaughter) zdecydowanie czują i rozumieją to granie, są w stanie pociągnąć energią płynącą ze sceny do rewelacyjnej zabawy. I tylko jeden odstawał od całości (bardziej stylistycznie, aniżeli umiejętnościami), ale zawsze jednak. Trochę szkoda.
I tak: Influence przy ciekawym podejściu do grania ma kapitalny pomysł na promowanie siebie i innych zespołów. Sincretic łącząc skrajne inspiracje tworzy muzykę ze świetnymi tekstami i niebanalnym przekazem (co w death metalu wcale nie jest takie oczywiste).
Driller ma przed sobą jeszcze długą drogę i wiele do zmienienia, ale jest to grupa, która jest w stanie się wybić dzięki determinacji, wytrwaniu i charyzmie, której nie można grupie zaprzeczyć. I wreszcie Manslaughter… wiem jedno, o tym zespole będzie jeszcze głośno.
Wychodząc z takiego założenia, nie tylko z czystej ciekawości, ale również z chęci posłuchania bardziej ekstremalnych odmian muzyki metalowej, wybrałem się do gdyńskiego Rockza. Nie zawiodłem się. Cztery zespoły, cztery nieco inne podejścia i tylko jeden, który moim zdaniem odstawał od całości. I do tego jeszcze trzy zespoły, które jak przystało na prawidła gatunku, rozwaliły mnie i dosłownie zmiotły z powierzchni ziemi.
1. Influence
Grupa powstała w październiku 2008 roku w Goleniowie, miejscowości pod Szczecinem. Muzycy łączą w swojej muzyce techniczny death metal z elementami progresji. Zespół ma fantastyczne podejście marketingowe zakładające organizowanie koncertów w kraju i za granicą na zasadzie tak zwanej wymiany, zarówno z grupami polskimi, jak i zagranicznymi.
To zespół otwarty na współpracę i nie zamykający się w sztywnych regułach gatunkowych, grający z pasją i z pomysłem na rozwój zarówno swojego, jak i innych zespołów.
Jak to w regułach gatunku bywa, tytuł utworu jest odpowiednio przedstawiony, a zatem wycharczany i nie do usłyszenia (na pewno nie przy pierwszym zetknięciu i to w dodatku koncertowym). Z tej oto przyczyny trzeba się skupić na warstwie muzycznej.
Obok bardzo dobrych melodii i ciekawych riffów, na plus trzeba zaznaczyć świetny growlowany wokal i bas, który najczęściej ginie pomiędzy gitarami, jednak tu był idealnie słyszalny i co najważniejsze grał swoje, a nie tylko powtarzał to, co grają gitary.
Żałuję, że nie mogę opisać konkretnych utworów, nie tylko dlatego, że nie udało mi się uchwycić tytułów poszczególnych kawałków, ale również dlatego, że zespół zagrał najkrócej ze wszystkich kapel wieczora. Było to raptem sześć utworów, ale pod każdym względem dopracowanych i brzmiących bardzo ciekawie i mocno. Szkoda, że grali tak krótko, całość występu grupy Influence nie trwała chyba nawet pół godziny…
2. Sincretic
Zgodnie z nazwą gdański zespół skupia w sobie różnorodne podejście do granej muzyki i zróżnicowany growlowany wokal. Znajdziemy to zarówno elementy melodyjnego death metalu, jak również tradycyjnego, technicznego death metalu, a nawet elementy wyraźnie zbliżające się do muzyki progresywnej. Podobnie jak w przypadku Influence, tytuły kawałków były niezwykle trudne do uchwycenia, więc jeśli je uchwyciłem, to podaję je tak jak usłyszałem.
Pierwszy kawałek z rosnącym wejściem i po chwili mocne uderzenie z kapitalnym growlem uzupełnionym ciekawym screamo. Drugi kawałek o podobnej konstrukcji z fantastycznym „szeptanym” zwolnieniem. Zaraz potem wokalista oznajmuje, że „przyjechali tutaj rozpierdolić tę budę”. Naturalnie, do rozpierdolenia budy nie doszło, ale na pewno moc i niesamowita energia zawarta w kompozycjach grupy mogłaby klub rozwalić, ograniczenia wynikające z „dobrego zachowania” jednak do tego nie dopuściły. Niewątpliwie słuchacza takie granie może rozwalić w kontekście zadowolenia z słuchanej muzyki, i muszę przyznać, że bardzo mi się ten zespół spodobał. Fantastycznie wypadł wibrujący i narastający z każdą sekundą „No eyes at the day”. Po prostu miazga. Duży plus należy się grupie Sincretic za utwory po polsku. „Po czasach ciemności przychodzi światło. Utwór nosi tytuł: „Bóg Ciemności. Światło.” – powiedział wokalista i nastąpiło klimatyczne wolne, akustyczne wejście, jednak to była zmyła, zaraz nastąpiło przepiękne przypierdolnięcie na całego. Utwór zapachniał mi niektórymi dokonaniami naszych innych (już słynnych) polskich kapel takich jak Vader, Kat czy nawet Frontside. Drugi polskojęzyczny utwór nosił z kolei tytuł „Na płomieni stos” i opowiadał o tym, że „wszystko co dobre, prawe i sprawiedliwe spłonie na stosie”. Znów była moc. Gdyby pod sceną było pogo, a przy takim graniu powinno być, rozpętałoby się prawdziwe piekło. Naszła mnie wtedy też refleksja, że z przyjemnością usłyszałbym „Lucifera” Tadeusza Micińskiego w wykonaniu grupy Sincretic (moim zdaniem wersja Behemotha straszliwie zniekształca piękno tego niesamowitego wiersza, jest nudna i pozbawiona potęgi, a w dodatku okrojona – utwór ma przecież dwie części…).
Kolejne utwory z kolei skojarzyły mi się z twórczością Dark Tranquillity – jakiś taki wolniejszy i melodyjny, bardziej progresywny szlif, z którego ta grupa słynie dał się usłyszeć zwłaszcza po słowach wokalisty: „Koniec z napierdalaniem, nawet Szatan musiał odpocząć”.
Co wcale nie znaczy, że był to koniec koncertu, wtedy właśnie nastąpiło kolejne pierdolnięcie. Utwór „The sound of our scream” i kapitalny utwór „G.O.D” (thrashowe frazowanie i sieka) zwieńczyły występ zespołu. Fantastyczny występ, fantastycznego zespołu.
Zabrakło mi jedynie wstawek z czystymi wokalami (nie musi ich być wiele, tak tylko dla kontrastu) i ewentualnie chórków, które z powodzeniem mogliby wykonać bardzo dobrzy gitarzyści grupy.
3. Driller
Najmniej pasujący do całości zespół, powstał w Gdyni w 2009 roku z inicjatywy braci Wojtka (wokal, bas) i Marcina (wokal wspierający i gitara) Andrzejewskich. Z początku miał to być projekt w klimatach rock’n’rolla, jednak okazało się, że do ich muzyki zakradły się elementy thrash metalu. Wraz z perkusistą Tomaszem Dembkiem rozpoczynają intensywną działalność koncertową. W styczniu 2010 roku widziałem tę grupę w Uchu na koncercie WOŚPu (na tym samym co pierwszy raz widziałem Hurricane), nie zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć.
W kwietniu tego samego roku do zespołu dołącza drugi gitarzysta – Rafał Mołocznik i zostaje nagrana debiutancka płyta „Hell Trucker”, która zbiera pozytywne opinie, a sam zespół został nawet przyrównany do Slayera (!). Aktualnie zespół pracuje nad nowym materiałem.
Driller anno domini 2011 to zespół znacznie ciekawszy niż półtora roku temu z kilku względów. Przede wszystkim: drugi gitarzysta, który fantastycznie uzupełnia utwory i wypełnia lukę brzmieniową, która w wypadku takiego grania jest bardzo słyszalna gdy jest jeden gitarzysta i (niestety wciąż jeszcze słabo słyszalny) bas.
Drugi powód inności to brzmienie właśnie, jest dojrzalsze, mocniejsze i bardziej przemyślane.
Jest też istotny problem z tym zespołem, a mianowicie niezbyt konsekwentne podchodzenie do kwestii gatunkowych (z jednej strony dobrze, z drugiej źle), gra się bowiem albo cięższego rock’n’rolla albo thrash metal, łączenie dwóch bardzo odmiennych stylów chyba jeszcze nikomu nie udało się w pełni dobrze. Nie można jednak wykluczyć, że jest to granie energetyczne, ciężkie i z dużą dawką tak zwanych jaj.
Dużą wadą jest także, moim zdaniem, koszmarny wokal Wojtka – suchy, bez wyczucia i na jedno kopyto, zupełnie nie pasujący do grania. Nie podoba mi się tez ciągle powtarzana fraza „napierdalamy” – skoro wszyscy słyszą, że napierdalają to, po cholerę to powtarzać? Jest to wokal meczący i jest nie do odróżnienia w każdym utworze (zupełnie jakby pod różnymi kawałkami był ten sam tekst i linia wokalna, a przecież tak nie jest).
Perkusista: pod względem technicznym nie można niczego zarzucić - gra, czy też raczej łomocze swoje, ale w porównaniu z perkusistą poprzedniej kapeli nie potrafi zupełnie zbudować klimatu. Z kolei obaj gitarzyści, według mnie, marnują się w tym zespole…
Driller zaprezentował obok swoich własnych kompozycji (te thrashowe zapachniały nawet Sepulturą okresu środkowego, wczesnym Soulflyem, czy nawet solowym projektem Derricka Greena kongenialną grupą Musica Diablo) własne interpretacje „Ace of Spades” Motörhead (zacna wersja, ale czemu naśladować Lemmy’ego? Można zaśpiewać to po swojemu przecież) czy słynne „Blood Rain” Slayera, coverowane choćby przez Vadera.
Drillerowi brakuje, moim zdaniem, oryginalności i własnej tożsamości, wszystko bowiem już gdzieś było, a odgrzewany kotlet nie jest najlepszym rozwiązaniem. „Polski Slayer” – no można tak powiedzieć, ale sądzę, że jest to jeszcze trochę górnolotne określenie. Przed tym zespołem jeszcze sporo „drążenia” i poszukiwania własnej drogi, ale jestem przekonany, że droga, którą wybiorą w najbliższym czasie zaprowadzi zespół ku lepszemu, na razie jest ogromny postęp w stosunku do roku poprzedniego, ale wciąż nie jest to do końca to, czego by się oczekiwało po zespole łączącym metal z rock’n’rollem i przyrównywanym do Slayera właśnie…
4. Manslaughter
Początki tego gdyńskiego zespołu sięgają 2007 roku, kiedy to zespół powstał z inicjatywy gitarzysty Carriona i perkusisty Mary’ego. Rok później dołączył do nich drugi gitarzysta Grall a w sopockim Long Train Studio (obecnie Music Saloon) zostaje zarejestrowany debiutancki materiał na tak zwane potrzeby własne. Nieco później do grupy dołącza basista Ponchek i wokalista Sinner. W pełnym składzie, w roku 2009 roku zespół nagrywa oficjalną debiutancką płytę pod tytułem „Prelude to Sonic Destruction”. Obecnie zespół szuka wytwórni muzycznej i przygotowuje materiał na drugie wydawnictwo, które planowane jest na ten rok.
Manslaughter od razu rozpoczęło z grubej rury huśtającymi ciężkimi riffami i bardzo interesującym, „szczekanym” growlem. I tym razem nie dosłyszałem tytułu, ale już pierwszy zaprezentowany utwór mnie zainteresował, a dalej było tylko ciekawiej. Większość utworów, które zagrała grupa były ich autorskimi kompozycjami, o dość wolnej ale ostrej, miażdżącej konstrukcji. Zgodnie z nazwą zespół dosłownie zarzyna kapitalnymi pomysłami i rozwiązaniami podejmowanymi w kolejnych kawałkach.
Właśnie muzyka w Manslaughterze podoba mi się najbardziej, wokal podobał mi się trochę mniej, z początku bowiem wydawał się trochę drażniący, ale z łatwością przyzwyczaiłem się do niego w trakcie koncertu. Nie obyło się bez coverów, zagranych znacznie ciężej niż oryginały i trzeba przyznać, że bardzo, bardzo interesująco. I tak obok utworu grupy Sodom został zagrany kawałek Testamentu (który z podobnymi brzmieniami wszak eksperymentował w ostatnich latach).
Niestety z racji niezrozumiale wypowiadanych tytułów, również i tu nie jestem w stanie określić szczególniej konkretnych kawałków, ale wszystkie bez wyjątku zostały zaprezentowane miażdżąco i z ogromną dawką mocy i szatańskiej wręcz energii.
Absolutnie rewelacyjny koncert i absolutnie rewelacyjny zespół, uważam nawet, że najciekawszy z wszystkich, które zaprezentowały się tego wieczora w Rockzie.
Podsumowując, był to koncert niesamowity i przedstawił zespoły znakomite i bardzo interesujące, konsekwentnie „wyrąbujące” sobie drogę do czegoś więcej niż zaściankowego grania po małych klubach (a takim niestety jest Rockz), które mają szanse na zaistnienie i wybicie poza obręb naszego kraju i koszmarnie słabo rozwiniętego rynku muzycznego.
Z death metalem jest jak z bluesem – tę muzykę trzeba poczuć, aby zrozumieć. Trzy zespoły (Influence, Sincretic i Manslaughter) zdecydowanie czują i rozumieją to granie, są w stanie pociągnąć energią płynącą ze sceny do rewelacyjnej zabawy. I tylko jeden odstawał od całości (bardziej stylistycznie, aniżeli umiejętnościami), ale zawsze jednak. Trochę szkoda.
I tak: Influence przy ciekawym podejściu do grania ma kapitalny pomysł na promowanie siebie i innych zespołów. Sincretic łącząc skrajne inspiracje tworzy muzykę ze świetnymi tekstami i niebanalnym przekazem (co w death metalu wcale nie jest takie oczywiste).
Driller ma przed sobą jeszcze długą drogę i wiele do zmienienia, ale jest to grupa, która jest w stanie się wybić dzięki determinacji, wytrwaniu i charyzmie, której nie można grupie zaprzeczyć. I wreszcie Manslaughter… wiem jedno, o tym zespole będzie jeszcze głośno.
sobota, 25 czerwca 2011
Relacja XIII: Long Live the Pub (Rock Out, Gdańsk Oliwa, 24 VI 2011)
Powiedzenie „Umarł król, niech żyje król” znają wszyscy. W przypadku klubu muzycznego powinno się jednak powiedzieć: „Zlikwidowano pub, powstał nowy pub”.
Otóż właśnie, niedawno zlikwidowany Troll Pub znajdujący się w Gdańsku Oliwie przy dworcu, został otwarty ponownie, jako Rock Out Pub. Na razie zbytnio w wyglądzie pubu, czy jego otoczenia nie zmieniło się nic, chociaż przydałoby się poprawić płot, poszerzyć scenę i uprzątnąć trochę teren wokół stolików. Nowy/stary pub został otworzony koncertem trzech trójmiejskich zespołów, które zaprezentowały różne style grania i każdy zaprezentował się zgoła inaczej. W każdym razie, na pewno można powiedzieć, że Rock Out został otwarty z hukiem. Hukiem ciężkich odmian rockowego i metalowego grania.
Pierwsza zagrała gdyńska kapela, z którą miesiąc temu pędziłem do Gołunia, czyli Huragany – Szatany. Grupa Hurricane tym razem zagrała nieco gorszy i chyba też krótszy koncert niż poprzednio. Interesująco wypadło bardziej surowe, garażowe brzmienie, które zespół miał ustawione na okoliczności tego koncertu. Zaszwankowały względy techniczne, a przynajmniej tak twierdzą chłopaki. Uważają, że się kompletnie nie słyszeli i grali na czuja, co w znacznej mierze przyczyniło się do kilku błędów i pomyłek w trackie grania poszczególnych kawałków, a do tego jeszcze popsuła się stopa przy perce… i rozpoczęty numer trzeba było rozpoczynać na nowo. Cóż bywa.
Hurricane zagrał kilka starszych utworów, w tym m.in. „Punishment” i bardzo nastrojowy, pochodowy, ciężki „Out of my mind”. Zabrzmiał też utwór „Wake up from the dream”, który teraz nosi tytuł „Splendid Hate”. Chłopaki toczyli zażartą dyskusję o tym, czy nienawiść może być doskonała. Faktycznie „doskonała nienawiść” to trochę taki oksymoron, ale zależy to od punktu widzenia. Ja bym zostawił stary tytuł, ewentualnie zestawił ze sobą oba człony, w dowolnej kolejności. Należy się też ogromne brawa dla Huraganów, za poprawki dotyczące wokalu Kamila. Śpiewa zdecydowanie ostrzej i zadziorniej, choć w dość słabo nagłośnionym Rock Oucie nie było to odpowiednio słyszalne, i o niebo lepiej brzmi to z graną przez Hurricane mieszankę groove metalu i metalcore’u.
W trakcie rozstawiania się drugiego zespołu Fire Breathing Machine, dokoła płynął szereg zażaleń w rodzaju: „Zaczęli punktualnie? A niby z jakiej racji? Na koncercie musi być obsuwa!”. Tym razem jednak obsuwy nie było, koncerty zaczęły się punktualnie i moim zdaniem chwała za to, obsuwy są tylko brakiem szacunku dla tych którzy, przychodzą aby posłuchać mających zagrać kapel. FBM widziałem i słyszałem po raz pierwszy i szczerze mówiąc nie wiem czy mam ochotę usłyszeć ten zespół po raz kolejny.
Nie zagrali złego koncertu, wręcz przeciwnie, grali bardzo sympatycznie, ale odrzuciło mnie raczej to, jak zostało to zagrane. Zespół gra luźną mieszankę hard rocka z southern stoner metalem, silnie inspirowaną dokonaniami takich grup jak Motörhead czy Black Label Society.
Oldskulowe, suche i surowe brzmienie zespołu wypada ciekawie, ale w pewnym momencie zaczyna się już trochę dłużyć. Ktoś obok mnie powiedział, że „zjeżane są te chórki” – faktycznie chórków z jednej strony było za dużo, a z drugiej były raczej odbębnione, aniżeli budujące klimat. Szczerze mówiąc mogłoby ich nie być wcale. Gitarzysta i wokalista moim zdaniem ma trochę monotonną, bezpłciową barwę głosu, śpiewał tak trochę tak bez wyczucia, momentami jakoś za bardzo zbliżał się do Joakima Brodena z Sabatonu i za mało w nim bluesowych zaciągnięć. Wszystkie utwory utrzymane z koeli były w wolnych, pochodowych tempach o dość prostej, choć na pewno nie amatorskiej konstrukcji. Zabrakło choć jednego, ostrzejszego, pędzącego utworu. Jest to zespół interesujący, ale dość monotonny, na pewno przydałoby się więcej szybszych i ostrzejszych momentów i inny, bardziej zadziorny i pasujący do rodzaju muzyki wokal. Możliwe, że to też specyfika miejsca wpłynęła na taki odbiór FBM, ale całość pozostawiała wiele do życzenia.
Trzeci i ostatni zespół tego wieczora, zaprezentował się zdecydowanie najciekawiej i najlepiej ze wszystkich grających grup, a mianowicie Hateseed.
Historia tej gdańskiej grupy sięga 2004 roku, jednak za początek można uznać zimę 2009 roku, kiedy to zespół zarejestrował utwór „The Souleater”. Założyciel zespołu Marek Żmuda odchodzi jednak z zespołu z powodów osobistych, a na jego miejsce zostaje przyjęty Kamil Janulewicz (ex – Hurricane). Oficjalny debiut zespołu odbył się 29 stycznia 2010 roku na deskach gdyńskiego Rockza, ale najważniejszy jak dotychczas był koncert charytatywny „Tribute to Dio” w czasie którego zagrali razem z Tomaszem Struszczykiem z Turbo, Grzegorzem Kupczykiem i Bartkiem Sadurą z CETi oraz Ksawerym Buczkowskim z Panteonu.
Inspiracje takimi grupami jak Running Wild, Iron Maiden, Mercyful Fate/King Diamond, Megadeth, Turbo, czy Helloween są zaś doskonale słyszalne w kompozycjach zespołu, ja bym jeszcze dorzucił do kompletu Gamma Ray, Savatage i Bloodbound.
Hateseed obok dość długich własnych kompozycji zaprezentowała m. in utwór „Fire in the Sky”. Bardzo interesująco wypadła ballada (choć wcale nie łagodna i ckliwa) pod tytułem „Horizon”. Śpiewający gitarzysta Łukasz Szostak ma fantastyczny głos, choć spokojnie moim zdaniem mógłby miejscami śpiewać jeszcze wyżej i może nawet bardziej piskliwie.
Bardzo podobał mi się też sposób gry perkusisty (przed koncertem podsłuchałem i włączyłem się w rozmowę o Dream Theater, o Myungu, Portnoyu i Manginim) mający w sobie coś ze sposobu gry Portnoya. Pierwszy raz słyszałem ten zespół, ale wywarł na mnie duże wrażenie i dziwię się, że zespół dotychczas nie zaistniał szerzej, nie wybił się i nie nagrał jakiegoś większego materiału. Jest ogromny potencjał w tej grupie, a ich utwory w wyeksploatowanym we wszystkie chyba możliwe już strony gatunku są bardzo świeże i ciekawie grane. Ten koncert grupy Hateseed traktuje jednak jako przedsmak, 29 czerwca w gdyńskim Uchu liczę na koncert jeszcze lepszy i z którego zapamiętam więcej. A zapewniam, że będzie co zapamiętać.
Podsumowując, nowy klub został otwarty mocnym uderzeniem. Świetnym posunięciem był przekrój gatunkowy, pokazuje on, że w Trójmieście są grupy grające najróżniejsze odmiany muzyki ciężkiej, ale jeszcze nie tej najcięższej, pokazuje grupy z dużym potencjałem na sukces (a na pewno dotyczy to Hurricane i Hateseed).
Gdyby jeszcze popracować nad dźwiękiem w Rock Oucie (miejscówa przy kolejce i w ogóle takie dość toporne nagłośnienie) to jestem przekonany, że ten pub w najbliższym czasie może stać się jednym z najciekawszych miejsc koncertowych dla młodych i mało znanych zespołów. Relacja ma numer trzynasty, ale ja nie jestem przesądny, i życzę nowemu klubowi jeszcze więcej i jeszcze lepszych koncertów, a zespołom, które zagrały jeszcze lepszych koncertów i sukcesów. Niech żyje Rock Out Pub!
wtorek, 21 czerwca 2011
Relacja XII: Another(o) Concerto (Klub Ucho, 20 VI 2011)
Kolejny koncert młodych trójmiejskich zespołów, który odbył się w gdyńskim klubie Ucho. Pozwoliłem sobie nań wyskoczyć w ramach odskoczni od znajdującego się na półmetku koszmaru każdego studenta, czyli sesji. Wystąpiły trzy nieznane mi dotychczas zespoły: Pretty Scumbags, Ad Rem i Fala Libre (posłuchałem dwóch, ten trzeci grał ostatni, ale przyznam się, że wyszedłem przed końcem, nie mam bowiem obowiązku być na każdej kapeli, nawet jeśli zapłaciłem kosmiczną kwotę siedmiu złych na wstęp… niestety jestem strasznym sknerą) i zespół, o którym obiecałem przez jakiś czas nie pisać, (bo zaczęły napływać do mnie zażalenia od wielbicieli cukrzenia), czyli Blue Jay Way, (ale słowa tym razem nie dotrzymam, a przynajmniej nie w pełni znaczenia składanej deklaracji).
Jako pierwszy wystąpił Pretty Scumbags – zespół, który powstał rok temu w wyniku rozpadu dwóch innych grup. W założeniu chłopaki grają „brytyjską” odmianę indie rocka (pierwszy raz oficjalnie używam znienawidzonej nazwy), czyli zgodnie z wyznacznikiem gatunkowym wszystko i nic. Nie oszukujmy się, indie rock to śmietnik gatunkowy, zero konkretu i własnej inwencji, wszystko już gdzieś było, a podane jeszcze raz na nowo, „odgrzane” niczym w mikrofali i tak pozostanie zimne i niestrawne.
I tak niestety, moim zdaniem jest z grupą Pretty Scumbags… w graniu chłopaków brakuje świeżości, oryginalności i polotu. Takie grupy jak (nasz) gdyński Kiev Office, czy słynne Coldplay albo Muse stanowią piękne przykłady, że z takiego mieszania wszystkiego ze sobą można stworzyć rzeczy ciekawe i interesujące. Szkoda, że chłopaki z PS tego nie potrafią. Moim zdaniem przed chłopakami jeszcze daleka i kręta droga do przejścia – wypracować własny styl, przestać kopiować innych i przede wszystkim w ramach mocno chaotycznego i wyeksploatowanego gatunku znaleźć jakiś punkt odniesienia, coś, co będzie trzymało się całości, na razie jednak to, co grają chłopaki pozostawia wiele do życzenia.
Drugi zespół - Ad Rem (na zdjęciach), przyniósł zmianę stylistyki i w pewnym stopniu też nastroju, który zrobił się dość smętny i w większości wypadków powodował migracją na dwór. Ad Rem, najdłużej istniejący z występujących tego wieczora grup (od września 2009 roku) zaprezentował się zgoła interesująco. Nie powalił mnie, nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ale też nie pozostawił złych wrażeń. Przynajmniej nie tak mocnych i krytycznych jak w przypadku PS.
Kwintet grający luźną mieszankę bluesa, hard rocka i heavy metalu ma moim zdaniem, wiele wspólnego z legendarnym Motörhead, punk rockiem i stylistyką, którą w latach 70 zwykło się nazywać hard’n’heavy lub heavy’n’roll. Muzycznie zespół zaprezentował się znacznie lepiej i ciekawiej od chłopaków z PS. Słychać, że grają dłużej i przede wszystkim czują i wiedzą co grają. Zapach inspiracji jest wyraźny, ale grupa w pewnym stopniu wypracowała swój własny styl, któremu można zarzucić małą odkrywczość i brak oryginalności, ale na pewno nie to, że w graniu tym brakuje energii.
Interesujący, ale silnie przypominający barwą głosu Lemmy’ego (szkoda, że próbuje go kopiować, mógłby spokojnie wypracować własną stylistykę) wokalista po każdym utworze pytał publiczność: „Może być?”. No, może być, ale szczerze mówiąc spodziewałem się ze strony Ad Rem czegoś lepszego i ciekawszego. Na pewno jest spory potencjał w tej grupie, który przy drobnych modyfikacjach stylistycznych i wokalnych może sporo zyskać, grając tak jak teraz nie przetrwają za długo wygryzieni przez ciekawszą konkurencję (Psychollywood) lub rozpadną się z hukiem, czego wcale nie życzę. W każdym razie trzymam kciuki za chłopaków i liczę na ich rozwój i postępy w graniu.
Jako trzeci zagrali chłopaki z Blue Jay Way. Laureaci tegorocznej Gitariady, którzy (przy ostrej konkurencji i werdyktem surowego, ale sprawiedliwego jury) zdobyli zacne IV miejsce zagrali kolejny dobry koncert. W każdym razie mi jak zwykle bardzo się podobali, naprawdę nie mam nic do zarzucenia. Koncert BJW tym razem niemal zakończył się technicznym skandalem, kiedy to padł bas Filipa Arasimowicza, ale szybka interwencja obsługi Ucha przyczyniła się do pożyczenia basu od którejś z kapel, dzięki czemu koncert mógł zostać zakończony (pewnie nie do końca tak jak planowali, ale czasem tak bywa – perfidia rzeczy martwych). W tym czasie reszta zespołu broniła honoru jammowaniem i improwizacją, co wcale nie wyszło im źle. Raz jest lepiej a raz gorzej, tym razem trafiło, a szkoda, na tą drugą opcję. I jeszcze jedna uwaga odnośnie mojego ulubionego kawałka, utworu „Ostatnie tchnienie” – znów czułem jak po plecach przechodzą mnie ciarki… kawałek jest absolutnie kapitalny. Co z tego, że oparty na koncepcie „51” TSA (Tomek Besser śpiewał ten utwór w nieistniejącej już grupie Drifter), skoro jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych i najciekawszych ich utworów i za każdym razem wywołuje u mnie takie emocje…
Podsumowując: jedna zła kapela (kasacja albo radykalne zmiany), jedna dobra kapela (czas na drobną reformę), jedna świetna kapela (tym razem z problemami niezależnymi od nich) i jedna, na której nie zostałem – to dobry wynik, wieczór udany, choć mógł być bardziej. Za zespoły, nawet Pretty Scumbags, trzymam kciuki i liczę na dalszy ich rozwój.
Jako pierwszy wystąpił Pretty Scumbags – zespół, który powstał rok temu w wyniku rozpadu dwóch innych grup. W założeniu chłopaki grają „brytyjską” odmianę indie rocka (pierwszy raz oficjalnie używam znienawidzonej nazwy), czyli zgodnie z wyznacznikiem gatunkowym wszystko i nic. Nie oszukujmy się, indie rock to śmietnik gatunkowy, zero konkretu i własnej inwencji, wszystko już gdzieś było, a podane jeszcze raz na nowo, „odgrzane” niczym w mikrofali i tak pozostanie zimne i niestrawne.
I tak niestety, moim zdaniem jest z grupą Pretty Scumbags… w graniu chłopaków brakuje świeżości, oryginalności i polotu. Takie grupy jak (nasz) gdyński Kiev Office, czy słynne Coldplay albo Muse stanowią piękne przykłady, że z takiego mieszania wszystkiego ze sobą można stworzyć rzeczy ciekawe i interesujące. Szkoda, że chłopaki z PS tego nie potrafią. Moim zdaniem przed chłopakami jeszcze daleka i kręta droga do przejścia – wypracować własny styl, przestać kopiować innych i przede wszystkim w ramach mocno chaotycznego i wyeksploatowanego gatunku znaleźć jakiś punkt odniesienia, coś, co będzie trzymało się całości, na razie jednak to, co grają chłopaki pozostawia wiele do życzenia.
Drugi zespół - Ad Rem (na zdjęciach), przyniósł zmianę stylistyki i w pewnym stopniu też nastroju, który zrobił się dość smętny i w większości wypadków powodował migracją na dwór. Ad Rem, najdłużej istniejący z występujących tego wieczora grup (od września 2009 roku) zaprezentował się zgoła interesująco. Nie powalił mnie, nie zachwycił, ani nie zaskoczył, ale też nie pozostawił złych wrażeń. Przynajmniej nie tak mocnych i krytycznych jak w przypadku PS.
Kwintet grający luźną mieszankę bluesa, hard rocka i heavy metalu ma moim zdaniem, wiele wspólnego z legendarnym Motörhead, punk rockiem i stylistyką, którą w latach 70 zwykło się nazywać hard’n’heavy lub heavy’n’roll. Muzycznie zespół zaprezentował się znacznie lepiej i ciekawiej od chłopaków z PS. Słychać, że grają dłużej i przede wszystkim czują i wiedzą co grają. Zapach inspiracji jest wyraźny, ale grupa w pewnym stopniu wypracowała swój własny styl, któremu można zarzucić małą odkrywczość i brak oryginalności, ale na pewno nie to, że w graniu tym brakuje energii.
Interesujący, ale silnie przypominający barwą głosu Lemmy’ego (szkoda, że próbuje go kopiować, mógłby spokojnie wypracować własną stylistykę) wokalista po każdym utworze pytał publiczność: „Może być?”. No, może być, ale szczerze mówiąc spodziewałem się ze strony Ad Rem czegoś lepszego i ciekawszego. Na pewno jest spory potencjał w tej grupie, który przy drobnych modyfikacjach stylistycznych i wokalnych może sporo zyskać, grając tak jak teraz nie przetrwają za długo wygryzieni przez ciekawszą konkurencję (Psychollywood) lub rozpadną się z hukiem, czego wcale nie życzę. W każdym razie trzymam kciuki za chłopaków i liczę na ich rozwój i postępy w graniu.
Jako trzeci zagrali chłopaki z Blue Jay Way. Laureaci tegorocznej Gitariady, którzy (przy ostrej konkurencji i werdyktem surowego, ale sprawiedliwego jury) zdobyli zacne IV miejsce zagrali kolejny dobry koncert. W każdym razie mi jak zwykle bardzo się podobali, naprawdę nie mam nic do zarzucenia. Koncert BJW tym razem niemal zakończył się technicznym skandalem, kiedy to padł bas Filipa Arasimowicza, ale szybka interwencja obsługi Ucha przyczyniła się do pożyczenia basu od którejś z kapel, dzięki czemu koncert mógł zostać zakończony (pewnie nie do końca tak jak planowali, ale czasem tak bywa – perfidia rzeczy martwych). W tym czasie reszta zespołu broniła honoru jammowaniem i improwizacją, co wcale nie wyszło im źle. Raz jest lepiej a raz gorzej, tym razem trafiło, a szkoda, na tą drugą opcję. I jeszcze jedna uwaga odnośnie mojego ulubionego kawałka, utworu „Ostatnie tchnienie” – znów czułem jak po plecach przechodzą mnie ciarki… kawałek jest absolutnie kapitalny. Co z tego, że oparty na koncepcie „51” TSA (Tomek Besser śpiewał ten utwór w nieistniejącej już grupie Drifter), skoro jest, moim zdaniem, jednym z najlepszych i najciekawszych ich utworów i za każdym razem wywołuje u mnie takie emocje…
Podsumowując: jedna zła kapela (kasacja albo radykalne zmiany), jedna dobra kapela (czas na drobną reformę), jedna świetna kapela (tym razem z problemami niezależnymi od nich) i jedna, na której nie zostałem – to dobry wynik, wieczór udany, choć mógł być bardziej. Za zespoły, nawet Pretty Scumbags, trzymam kciuki i liczę na dalszy ich rozwój.
piątek, 17 czerwca 2011
Queensrÿche – Dedicated to Chaos (2011)
Po kongenialnym i przełomowym, a dla wielu kultowym, koncept albumie „Operation: Mindcrime” z 1988 roku i fantastycznym „Empire” z 1990 (przypomnianym w zeszłym roku świetną dwupłytową rocznicową reedycją zawierającą utwory niepublikowane i zapis koncertu promującego „Empire”) Queensrÿche postawiło sobie poprzeczkę bardzo wysoko i przez wiele lat nie było w stanie jej przeskoczyć. Późniejsze płyty były coraz bardziej chaotyczne, eksperymentalne i stanowiące dziwną mieszankę elektroniki, metalu i zaczynały odpychać nudą aniżeli zapadać w pamięć. Cień szansy na zmianę przyniósł album z 2006 roku, czyli wydanie zgoła niepotrzebnej, monumentalnej kontynuacji opowieści Nicka. „Operation: Mindcrime II” stanowiła jej zwieńczenie i finał (z fantastycznym, gościnnym występem Ronniego Jamesa Dio, w roli tajemniczego Doktora X).
Mogła stanowić idealny kompromis między dawnym a nowym Queensrÿche, piękne pożegnanie z fanami i hołd dla nich. Tak się nie stało. W 2007 roku wydano koszmarną płytę zatytułowaną „Take Cover” (o zawartości wskazanej przez tytuł). Czarę goryczy z kolei dopełnił wydany w 2009 roku dziesiąty, bardzo słaby album zatytułowany „American Soldier” – będący spóźnionym konceptem osnutym wokół traumy żołnierza walczącego z terroryzmem po roku 2001 w Iraku. Pod koniec 2010 roku Queensrÿche ogłosiło podpisanie kontraktu z Roadrunnerem opiewającym na wydanie kolejnego, jedenastego już albumu.
Album ten, pod znamiennym i prowokującym tytułem, właśnie ujrzał światło dzienne i nie wyważa żadnych drzwi, nie jest też w żadnej mierze płytą przełomową ani odkrywczą. Swoje Queensrÿche już wymyśliło. Czym zatem jest nowy album? Jest zbiorem dwunastu, w wersji rozszerzonej szesnastu (!) utworów. Utrzymanych w charakterystycznej stylistyce grupy? Niezupełnie… nastąpiły bowiem (kolejne) dość radykalne zmiany…
Płytę otwiera świetny „Get Started” zupełnie niebrzmiący jak dawne Queensrÿche. Gdyby nie charakterystyczny głos Geoff’a Tate’a i jak zwykle wyciągnięty na wierzch bas powiedziałbym, że to jakiś utwór Deep Purple z okresu składu MK III.
Drugi jest „Hot Spot Junkie” – kapitalny riff i jakby taneczna struktura. Powiedziałbym nawet, że to taki dyskotekowy kawałek, idealny do poskakania.
Trójka to słabiutkie, najgorsze na płycie i zupełnie niepotrzebne „Get It Bad”. Czwarty jest „Around the World” (nie wiem czemu to ten sam kawałek co poprzedni, więc albo zaszła pomyłka albo to efekt zamierzony…) Płyta spokojnie by się mogła bez nich obejść i do tego byłaby krótsza. Piąty z kolei jest znów odrobinę Deep Purplowy, a odrobinę nawet Queenowy, rewelacyjny „Higher” z fantastycznymi saksofonowymi solówkami.
Szóstka, nosi tytuł „Retail Therapy”. Rewelacyjny riff rozpoczynający, który w refrenie dryfuje w stronę punk rocka. Po prostu majstersztyk. Siedem: „At the edge” – deszczowe fortepianowe intro i mroczne tony gitary, uderzenie perkusji i… dalej jest to potężny, ciężki i bardzo przestrzenny absolutnie fantastyczny utwór. Z kolejną saksofonową solówką… Ten kawałek spokojnie mógłby znaleźć się na „Empire”. Ósemka to wyłaniający się deszczowy, jazzujący balladowy i bardzo smutny „Broken”. Dziewiątka to przestrzenne, powolne, melancholijne i znów trochę jazzujące „Hard Times”. Dziesiątka to mroczny, cięższy i utrzymany w pochodowej tonacji „Drive”. Z jednej strony zapachniał mi Hawkwindem, a z drugiej zimno falowym gotyckim punk rockiem w rodzaju Bauhaus czy XIII Stoleti. Może nawet coś z wczesnego U2 albo eksperymentów Queen. Niezwykły i intrygujący to utwór. W podobnej tonacji jest „I Belive” (numer jedenasty), tyle, że wolniejszy, bardziej balladowy i wyraźnie pachnący space rockiem. Rewelacja.
Dwanaście: „Luvnu” – szybszy, i bardzo przebojowy, lekko narastający. Bardzo Znów taki trochę nie Queensrÿchowy… Trzynastka to „Wot We Do” (pisownia oryginalna) – wolniejszy, płynący, znów trochę taki taneczny, znów saksofon i przestrzeń…
Czternaście: „I Take You” - znów trochę cięższy utwór, ale utrzymany w pochodowej tonacji. I do tego krótkie, ale ciekawe solo, tym razem gitarowe. Utwór spokojnie mógłby znaleźć się na „Empire”, może nawet na „Promised Land” (1994).
Piętnastka nosi tytuł „The Lie”. Znów szybszy, ostrzejszy i pochodowy. Pachnie Beatlesami? Może to dziwne, ale tak właśnie, pachnie Beatlesami w wersji heavy metalowej. Rewelacja. Finałowa szesnastka: „Big Noize” – wolne, narastające unoszące się w przestrzeni wejście. I w takiej właśnie ambientowo - space rockowej tonacji zostajemy już do końca.
Podsumowując, jest to album zaskakujący. Charakterystyczny styl grupy został zachowany i poszerzony o hard rockowe i jazzowe inspiracje, ale nowy bardziej przestrzenny dźwięk całość uwypuklił. Jest to zmiana radykalna, ale zdecydowanie wychodząca płycie na dobre. Zabawa ze stylistyką, odniesienia i ukłon w stronę bardziej alternatywnego grania. Nowa płyta skutecznie, moim zdaniem, zmywa niesmak po „American Soldier” i wcześniejszych słabszych dokonaniach Queensrÿche. Wielu pewnie zszokuje, jeszcze innych zachwyci, możliwe, że innych zaciekawi do posłuchania wcześniejszych albumów…
Dla mnie jest to nie tylko jeden z najciekawszych albumów tego roku, ale także jeden z najlepszych albumów tego zespołu. Queensrÿche po prostu wróciło z bardzo dobrym i niezwykłym albumem. Dedykacja dla chaosu? Tak naprawdę to dedykacja dla fanów. Ode mnie mocne 9/10. Polecam zagorzałym fanom, ciekawym i wszystkim, którzy z jakiś powodów nie zetknęli się jeszcze z tym zespołem. Naprawdę warto!
Rekapitulacja: Kończący pewien okres historii grupy Queensrÿche album, a mianowicie okres równi pochyłej po świetnym wzlocie albumami "Operation:Mindcrime" i "Empire", a następnie bardzo dobrym przeinterpretowaniem formuły na "Promised Land" i "Hear In the Now Frontier", pozostawia wiele do życzenia. Ów trzeci etap zakończył się wyrzuceniem oryginalnego wokalisty Geoffa Tate'a i zastąpienia go Toddem La Torre. Sam w sobie nie jest złym wydawnictwem, ale mając jednak w pamięci tamte płyty i wiedząc, że Queensrÿche stać na znacznie więcej, na pewno lepszego materiału, okazuje się, że jednak do naszych rąk, a właściwie uszu, wpadł bubel. Album jest niespójny, zwłaszcza w wersji rozszerzonej, i mimo kilku niezłych pomysłów i rozwiązań kompozycyjnych, nawet nawiązań stylistycznych, nie jest na tyle interesujący jakby się mogło wydawać. Choć niemal dwa lata temu twierdziłem, że jest kapitalny, dziś wiem, że się myliłem. Pisali w komentarzach, umieszczając gdzieś linka do tego tekstu, że "słoń mi na ucho nadepnął", może to było także nieco zbyt drastyczne określenie. Bo nie nadepnął, wówczas ten album wydawał mi się naprawdę dobry, ale preferencje i gusta się jednak zmieniają, i po tym okresie, zmieniłem też swój stosunek do tego "Dedicated to Chaos". Na pewno, wypada go znać, choćby nawet po to, żeby się za głowę złapać, ale raczej nie będzie się do niego wracać za często, zdecydowanie wracając do ich zupełnie pierwszych, następnie dwóch najważniejszych i dwóch kolejnych, które różnie przesuwają granicę między okresami. Ocena: 4/10 [27 IV 2013]
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Relacja XI: Blue Jay Way (Klub Rockz, Gdynia, 9 VI 2011)
Gdyński klub Rockz, dawna Anawa, słynie z małych koncertów, w czasie których prezentują się lokalne młode zespoły, rzadziej większe, znaczące grupy, żeby wymienić choćby Enej czy Lipali. Tym razem odbył się koncert grup Blue Jay Way i Riverhead. Obie grupy pochodzą z Gdyni, lecz reprezentują nieco inne podejście do muzyki. BJW znane jest ze swojego fantastycznego podejścia do hard rocka w stylu lat 70, Riverhead zaś z bluesowych interpretacji standardów. Pierwsza na dniach ma wydać debiutancką epkę, a drugi nie tak dawno prezentował się też na Gdynia Blues Festiwal, organizowanym przez gdyński Blues Club. Pierwsza to jeden z moich najbardziej ulubionych i z uwagą śledzonych w ostatnim czasie grup, a drugi wywołujący raczej mieszane uczucia, który sobie po prostu podarowałem.
BJW grało jako pierwsze, a potem na scenie zaczął się rozstawiać Riverhead. Jednak skoro Riverhead nie słuchałem i nie podoba mi się granie tego zespołu (grają dobrze, wokal też jest bardzo sympatyczny, szkoda tylko, że grają standardy), przejdźmy do wrażeń z jak zwykle bardzo dobrego koncertu BJW. Zanim jednak to uczynię, chcę zauważyć pewien istotny fakt. To, że o niektórych zespołach pisze częściej, o innych rzadziej lub wcale, o niczym nie świadczy, to nie jest żadna faworyzacja czy coś w tym rodzaju, czasami tak po prostu jest. O jednych zespołach pisze się częściej i z ogromną satysfakcją, a o innych rzadziej lub wcale, bo niekoniecznie na to zasługują, choćby właśnie z faktu nie podchodzenie do gustu czy nie bywania na każdym koncercie. Na BJW bywam często, bo ich po prostu lubię.
Chłopaki zastanawiają się też, czy moje liczne wynurzenia i zachwyty nad ich graniem nie są „troszkę naciągane” czy „pocukrzone” na potrzeby takowego pisania czy dlatego, że ich znam (od pewnego czasu również osobiście) i chcę się przypodobać. Otóż śpieszę donieść, co podkreśliłem też chłopakom, że nie są. Zwykłem mówić i pisać to, co myślę, a myślę zwłaszcza o tym, co naprawdę mi się podoba. BJW podoba mi się właśnie w taki sposób. Gdyby coś mi nie pasowało w bieżącym czasie, lub w przyszłości na pewno bym o tym napisał, lub o tym napiszę. Tak jak z tym „utworkiem-potworkiem” po tytułem „Nic” (również zaprzyjaźnionej ze mną) grupy Blind Crows, który od jakiegoś czasu wieńczy ich koncerty. Nie podobał mi się on i szczerze mówiąc, choć po ostatnim koncercie w Parku Oruńskim (w Gdańsku), którego nie opisałem, jest duża i znacząca poprawa, nadal nie podoba. Za co również w tym miejscu, bo zrobiłem to już osobiście, przepraszam Agnieszkę – perkusistkę zespołu. Ale tak właśnie już czasami jest. Jedne rzeczy się podobają, a inne nie. Tyleż. Przejdźmy do najważniejszego tematu tej relacji, czyli do koncertu Blue Jay Way.
W wyjątkowo spartańskich warunkach, jakie reprezentuje Rockz (strasznie mała scena, beznadziejna akustyka pomieszczenia, niezbyt dobre nagłośnienie i kiepskie oświetlenie) BJW zagrało odrobinę gorszy koncert niż ostatnio, ale tylko ze względu na kwestie techniczne, które były za mocno podkręcone, bucząco-rzeżące, czyli należące do tych z rodzaju „mały zespół=gorsze nagłośnienie” – takiego podejścia nie znoszę. Nie mam porównania, czy tak jest na każdym koncercie w Rockzie, a zwłaszcza na tzw. większych koncertach, bo rzadko bywam w tym klubie, choćby z tego względu, że mają marny według mnie repertuar, a perełki dosłownie graniczą ze świętem, lub przysłowiowym cudem.
Wracając do BJW, koncert rozpoczęła kompozycja „A niech ma”. Zaraz potem chłopaki zagrali „Sieć”. Jeden z moich ulubionych utworów tym razem przykuł moją uwagę, mimo marnego nagłośnienia, kapitalną techniką gry Tomka Peteckiego. Z miejsca gdzie przysiadłem miałem na niego świetny widok i muszę zauważyć, że chłopak naprawdę ma talent i bez wątpienia jest jednym z lepszych młodych perkusistów, jakich słyszałem
(i widziałem na żywo). Następnie zagrali balladę, której tytułu nie dosłyszałem, z racji ewidentnych braków nagłośnieniowych, które w wyniku dudnienia, trochę nierównomiernie odbijało dźwięk, przez co czasami to, co Tomek Besser mówił do mikrofonu lub do niego śpiewał ginęło gdzieś w eterze. Pewnie taka specyfika klubu…
Następnie zabrzmiało „Pierdolone życie”, a zaraz po nim fantastyczne i również moje ulubione „Pragnę Cię” i jeden z pierwszych usłyszanych przeze mnie kawałków BJW - „Sex”. W tym miejscu Besser oznajmia, że jest to ich dwudziesty koncert.
A ktoś obok mnie ze zdziwieniem rzucił: „Dopiero?”. Cóż, może i dopiero, ale w ciągu roku istnienia zyskać sobie wierną i ciągle rosnącą publiczność, i z koncertu na koncert grać coraz lepiej i coraz bardziej obiecująco, a w dodatku zostać finalistami tegorocznej Gitariady… uważam, że to spore osiągnięcie.
Siódmym utworem, który zagrali było „Spieprzaj” z nieco dłuższym gitarowym środkiem i zaimprowizowanym zabawianiem publiczności z racji zepsucia się krzesełka przy perkusji (dobrze, że akurat w tym numerze), a następnie mój absolutny faworyt, zagrany bodajże po raz trzeci w karierze BJW, „Moje ostatnie tchnienie” – fantastyczna i przejmująca ballada o śmierci. Następnie zagrali „Opętanego” i na bis zabrzmiał jeszcze kawałek „Taki sam”.
Podsumowując, wyszedłem z koncertu zadowolony. Już podkreśliłem to wcześniej, ale powtórzę to i tutaj, a mianowicie, że BJW z koncertu na koncert jest coraz lepsze.
Z nimi jest jak ze starym winem, im dłużej leżakuje i dojrzewa, tym lepsze. I liczę na to, że nie jest to tylko tymczasowa tendencja wzrostowa, bo chłopaków stać na dużo i kolejnymi koncertami, nawet w spartańskich warunkach Rockza, potwierdzają swoją klasę.
To, co robią, to jak grają, jest przepełnione pasją i zaangażowaniem, które widać i słychać.
Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, że gdy słyszę wokal Bessera przechodzą mnie dosłownie i w przenośni ciary na plecach… (a przecież jestem do licha heteroseksualnym facetem). Był to mój (dopiero) czwarty koncert BJW (i żałuję, że dopiero), ale wcale nie mam chłopaków dosyć, bo słucham ich z ogromną przyjemnością i satysfakcją. Nie jestem jakimś (zidiociałym) jurorem w kretyńskim programie nadawanym w paśmie największej oglądalności, ani (jeszcze) żadnym wielkim autorytetem muzycznym (jak redaktor Kaczkowski), ale jestem (po raz kolejny) na tak. Bez cukrzenia i „dopisków, bo tak wypada”, czy aby się przypodobać. Naprawdę.
I wiecie, co jeszcze? Jestem z nich dumny. Jestem dumny z tego, że na moich oczach (i w moich uszach), czy też raczej naszych, rodzi się legenda - Legenda grupy Blue Jay Way…
BJW grało jako pierwsze, a potem na scenie zaczął się rozstawiać Riverhead. Jednak skoro Riverhead nie słuchałem i nie podoba mi się granie tego zespołu (grają dobrze, wokal też jest bardzo sympatyczny, szkoda tylko, że grają standardy), przejdźmy do wrażeń z jak zwykle bardzo dobrego koncertu BJW. Zanim jednak to uczynię, chcę zauważyć pewien istotny fakt. To, że o niektórych zespołach pisze częściej, o innych rzadziej lub wcale, o niczym nie świadczy, to nie jest żadna faworyzacja czy coś w tym rodzaju, czasami tak po prostu jest. O jednych zespołach pisze się częściej i z ogromną satysfakcją, a o innych rzadziej lub wcale, bo niekoniecznie na to zasługują, choćby właśnie z faktu nie podchodzenie do gustu czy nie bywania na każdym koncercie. Na BJW bywam często, bo ich po prostu lubię.
Chłopaki zastanawiają się też, czy moje liczne wynurzenia i zachwyty nad ich graniem nie są „troszkę naciągane” czy „pocukrzone” na potrzeby takowego pisania czy dlatego, że ich znam (od pewnego czasu również osobiście) i chcę się przypodobać. Otóż śpieszę donieść, co podkreśliłem też chłopakom, że nie są. Zwykłem mówić i pisać to, co myślę, a myślę zwłaszcza o tym, co naprawdę mi się podoba. BJW podoba mi się właśnie w taki sposób. Gdyby coś mi nie pasowało w bieżącym czasie, lub w przyszłości na pewno bym o tym napisał, lub o tym napiszę. Tak jak z tym „utworkiem-potworkiem” po tytułem „Nic” (również zaprzyjaźnionej ze mną) grupy Blind Crows, który od jakiegoś czasu wieńczy ich koncerty. Nie podobał mi się on i szczerze mówiąc, choć po ostatnim koncercie w Parku Oruńskim (w Gdańsku), którego nie opisałem, jest duża i znacząca poprawa, nadal nie podoba. Za co również w tym miejscu, bo zrobiłem to już osobiście, przepraszam Agnieszkę – perkusistkę zespołu. Ale tak właśnie już czasami jest. Jedne rzeczy się podobają, a inne nie. Tyleż. Przejdźmy do najważniejszego tematu tej relacji, czyli do koncertu Blue Jay Way.
W wyjątkowo spartańskich warunkach, jakie reprezentuje Rockz (strasznie mała scena, beznadziejna akustyka pomieszczenia, niezbyt dobre nagłośnienie i kiepskie oświetlenie) BJW zagrało odrobinę gorszy koncert niż ostatnio, ale tylko ze względu na kwestie techniczne, które były za mocno podkręcone, bucząco-rzeżące, czyli należące do tych z rodzaju „mały zespół=gorsze nagłośnienie” – takiego podejścia nie znoszę. Nie mam porównania, czy tak jest na każdym koncercie w Rockzie, a zwłaszcza na tzw. większych koncertach, bo rzadko bywam w tym klubie, choćby z tego względu, że mają marny według mnie repertuar, a perełki dosłownie graniczą ze świętem, lub przysłowiowym cudem.
Wracając do BJW, koncert rozpoczęła kompozycja „A niech ma”. Zaraz potem chłopaki zagrali „Sieć”. Jeden z moich ulubionych utworów tym razem przykuł moją uwagę, mimo marnego nagłośnienia, kapitalną techniką gry Tomka Peteckiego. Z miejsca gdzie przysiadłem miałem na niego świetny widok i muszę zauważyć, że chłopak naprawdę ma talent i bez wątpienia jest jednym z lepszych młodych perkusistów, jakich słyszałem
(i widziałem na żywo). Następnie zagrali balladę, której tytułu nie dosłyszałem, z racji ewidentnych braków nagłośnieniowych, które w wyniku dudnienia, trochę nierównomiernie odbijało dźwięk, przez co czasami to, co Tomek Besser mówił do mikrofonu lub do niego śpiewał ginęło gdzieś w eterze. Pewnie taka specyfika klubu…
Następnie zabrzmiało „Pierdolone życie”, a zaraz po nim fantastyczne i również moje ulubione „Pragnę Cię” i jeden z pierwszych usłyszanych przeze mnie kawałków BJW - „Sex”. W tym miejscu Besser oznajmia, że jest to ich dwudziesty koncert.
A ktoś obok mnie ze zdziwieniem rzucił: „Dopiero?”. Cóż, może i dopiero, ale w ciągu roku istnienia zyskać sobie wierną i ciągle rosnącą publiczność, i z koncertu na koncert grać coraz lepiej i coraz bardziej obiecująco, a w dodatku zostać finalistami tegorocznej Gitariady… uważam, że to spore osiągnięcie.
Siódmym utworem, który zagrali było „Spieprzaj” z nieco dłuższym gitarowym środkiem i zaimprowizowanym zabawianiem publiczności z racji zepsucia się krzesełka przy perkusji (dobrze, że akurat w tym numerze), a następnie mój absolutny faworyt, zagrany bodajże po raz trzeci w karierze BJW, „Moje ostatnie tchnienie” – fantastyczna i przejmująca ballada o śmierci. Następnie zagrali „Opętanego” i na bis zabrzmiał jeszcze kawałek „Taki sam”.
Podsumowując, wyszedłem z koncertu zadowolony. Już podkreśliłem to wcześniej, ale powtórzę to i tutaj, a mianowicie, że BJW z koncertu na koncert jest coraz lepsze.
Z nimi jest jak ze starym winem, im dłużej leżakuje i dojrzewa, tym lepsze. I liczę na to, że nie jest to tylko tymczasowa tendencja wzrostowa, bo chłopaków stać na dużo i kolejnymi koncertami, nawet w spartańskich warunkach Rockza, potwierdzają swoją klasę.
To, co robią, to jak grają, jest przepełnione pasją i zaangażowaniem, które widać i słychać.
Pozwolę sobie w tym miejscu nadmienić, że gdy słyszę wokal Bessera przechodzą mnie dosłownie i w przenośni ciary na plecach… (a przecież jestem do licha heteroseksualnym facetem). Był to mój (dopiero) czwarty koncert BJW (i żałuję, że dopiero), ale wcale nie mam chłopaków dosyć, bo słucham ich z ogromną przyjemnością i satysfakcją. Nie jestem jakimś (zidiociałym) jurorem w kretyńskim programie nadawanym w paśmie największej oglądalności, ani (jeszcze) żadnym wielkim autorytetem muzycznym (jak redaktor Kaczkowski), ale jestem (po raz kolejny) na tak. Bez cukrzenia i „dopisków, bo tak wypada”, czy aby się przypodobać. Naprawdę.
I wiecie, co jeszcze? Jestem z nich dumny. Jestem dumny z tego, że na moich oczach (i w moich uszach), czy też raczej naszych, rodzi się legenda - Legenda grupy Blue Jay Way…
Subskrybuj:
Posty (Atom)
