Solidna powtórka z rozrywki...
Tym jednym zdaniem można by podsumować i zakończyć recenzję najnowszego, siódmego albumu studyjnego szwedzkiego Soen wydanego w trzy lata po płycie "Memorial". Byłoby to jednak nie do końca sprawiedliwe, a warto zastanowić się nad fenomenem tej grupy, która stawiając na znane już patenty i własne, charakterystyczne brzmienie, po raz kolejny nagrała ten sam album. Owszem, solidny, ale jednak ten sam. Jednakże po kolei. W grupie od czasu ostatniego krążka zaszła jedna miana personalna, a mianowicie na stanowisko basisty wrócił Stefan Stenberg, który dołączył do grupy już po wydaniu debiutanckiego albumu "Cognitive" z 2012 roku zastępując wówczas Steve'a DiGorgio*, a tym razem wracając w 2025 roku zastąpił ukraińskiego basistę Oleksiija "Zlatoyara" Kobela, z którym Soen zrealizował dwa wydawnictwa studyjne - wspomniany już "Memorial" z 2023 roku oraz "Imperial" z 2021 roku oraz koncertowy "Atlantis" z 2022 roku. Zmiana ta nie przyczyniła się znacząco do wypracowanego przez Soen stylu, bo brzmienie grupy nie zmieniło się od czasu "Lotusa" (może nawet "Lykaia") i pozostawało spójne na dwóch kolejnych albumach z Kobelem.
W podobnej stylistyce, co poprzedniczki została utrzymana grafika okładkowa, bo ponownie mamy do czynienia z czarnym tłem, logotypem zespołu, tytułem złożonym z jednego słowa i pojedynczym. minimalistycznym obrazem (wyjątkiem od tej reguły była jedynie grafika "Telluriana"). Na "Imperial" był to wąż, na "Memorial" para w maskach przeciwgazowych, a na najnowszej znalazła się postać przywodząca na myśl Kordycepsy z gry komputerowej "Last of Us". Brzmieniowo zaś, panowie podobnie jak na poprzednich albumach serwują melodyjne utwory w których cięższe fragmenty harmonizują się z łagodniejszymi i bardziej lirycznymi, składając się na przyjemną, choć już nie odkrywczą okołoprogresywną, quasi-metalową całość na którą złożyło się dziesięć kompozycji o łącznym czasie niespełna trzech kwadransów.
Zaczynamy od "Primal" intensywnego, ociężałego, bardzo dobrego otwieracza kontrastowanego łagodnymi fragmentami. To typowy, dobrze znany Soen, który cieszy i jeśli się go lubi, to się będzie podobać, bo na zaskoczenie nie ma co liczyć. Udany jest też "Mercenary" w którym panowie serwują delikatniejsze wejście, by następnie mocno je rozkręcić w stylistyce, którą fani tej grupy znają od samego początku, a która w pełni wykrystalizowała się na znakomitym "Lykaia". Jest charakterystycznie i z charakterem, a że dobrze znane? Przynajmniej wiadomo z kim ma się do czynienia, bo nie da się tego brzmienia pomylić z nikim innym. Zaskoczenia dla fanów Soen nie przyniesie również "Discordia" gdzie na początku stawia się z kolei na lżejsze, bardziej melancholijne brzmienia, skontrastowane z kolei mocniejszym, ostrzejszym rozbudowaniem. Małym, ale jednak novum są tutaj niemal djentowe fragmenty, których jest... zdecydowanie za mało. W numerze czwartym, zatytułowanym "Axis" z kolei panowie od razu dają do pieca w swoim charakterystycznym stylu i znów jest ciężko, porządnie i gęsto, a zarazem przebojowo. Pierwszą połowę płyty zamyka zaś "Huntress" w którym również nie brakuje solidnego, metalowego i kontrastowanego delikatnością brzmienia Soen, co z jednej strony nadal brzmi znakomicie, a z drugiej może nieco nużyć brakiem zróżnicowania w jakikolwiek choćby minimalny sposób, choć nadal jest smakowicie.
Płytę kontynuuje "Unbound" gdzie ponownie jest ciężko i charakterystycznie dla Soen gęsto oraz hymnowo. Następny w kolejce jest "Indiffirent", który dla odmiany rozpoczyna usypianie czujności oparte na klawiszach i samym głosem Joela Ekelöfa. Utwór rozwija się powoli smykami oraz melodyjną gitarą, stanowiąc miły balans pomiędzy ociężałymi, zmetalizowanymi kompozycjami, ale jest tylko przerywnikiem i do tego nadal utrzymanym w dobrze znanym Soenowym klimacie, między następnym uderzeniem. Wyłaniający się z ciszy "Drifter" szybko przyspiesza marszowym tempem gitar i perkusji. Przerywany cichszymi momentami nadal pozostaje numerem dość ciężkim i znów wywołującym miłe, ale jednak uczucie, deja-vu. Przedostatni "Draconian" również na moment usypia czujność delikatnym klawiszem, by następnie znów uderzyć dobrze znaną rytmiką, tempem orz spokojniejszym, nieco orientalnym w duchu kontrastem. Wreszcie, całość wieńczy tym razem "Vellichor" w którym nikogo, kto zna Soen, nie powinno dziwić panowie znów bawią się znanym już klimatem, ale tym razem o bardziej progresywnym charakterze pełnym melancholijnego rozbudowywania i nieco mocniej stawiając na delikatność. Na początku pojawiają się nawet męskie chóry, a całość momentami ma bardziej popowy charakter, ale o około metalowym brzmieniu przypomina gitarowa solówka i mocniejszy finał.
"Reliance", czyli siódmy album Soen nie przynosi im ujmy. Jest solidny, nie schodzi poniżej poziomu do którego grupa zdążyła nas przyzwyczaić, a brzmienie jest potężne i znakomicie zrealizowane. Nie ma jednak mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu, bo panowie nie silą się na żadne zmiany formuły i trzymają się wypracowanego schematu znanego z wcześniejszych płyt. Nie chcę powiedzieć, że jest to wydawnictwo rozczarowujące, bo wszystko jest na swoim miejscu i nadal brzmi to naprawdę fajnie, przyciągająco i potężnie, ale zaczyna brakować w tym wszystkim świeżości i oddechu. Wielu fanom, w tym także i mi, nadal będzie się ten krążek podobał, ale wielu też się od niego odbije. Może przyciągnąć nowych słuchaczy, którzy wcześniej Soen nie znali, ale jednocześnie uważam, że próg wejścia może być nieco zaburzony, bo jednak pierwsze płyty były świeższe i ciekawsze. Paradoks polega na tym, że ta istniejąca od szesnastu lat grupa nagrała kolejny niemal identyczny materiał, który jeśli by pozbawić nowej grafiki i nowych tytułów, mógłby stanowić część dowolnej innej płyty formacji, a szczególnie dwóch, czy trzech ostatnich albumów i właściwie nie dałoby się ich rozróżnić. To nadal kawał naprawdę znakomitego, porządnego grania, ale jednak przydałoby się tę formułę nieco odświeżyć, coś zmodyfikować, bo nie można ciągle nagrywać tej samej płyty. Jeszcze bowiem nie nudzi, ale jeśli kolejny ósmy już album będzie brzmiał tak samo, to ten bardzo dobry zespół zjadając swój ogon przestanie kogokolwiek interesować.
![]() |
| Ocena: Pierwsza Kwadra |
* Następca "Cognitive" zatytułowany "Tellurian" ukazał się w roku 2014 roku, ale partie basu nagrał Chrstian Andolf. Stefan Stenberg brał udział przy nagrywaniu "Lykaia" z 2017 roku oraz "Lotus" z 2019 roku.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz