wtorek, 31 marca 2020

Pearl Jam - Gigaton (2020)


Napisała: Karolina Andrzejewska (The Superunknown)

Nowy album Pearl Jam ukazuje się w bardzo specyficznym momencie historii ludzkości. W momencie, gdy pomimo nadchodzącej i dającej się już gdzieniegdzie wyczuć wiosny zamykamy drzwi swoich domów i izolujemy się od siebie nawzajem. Sytuacja, w jakiej znalazł się świat spowoduje zapewne także to, że płyta „Gigaton” nie będzie w tym roku w ogóle promowana koncertowo. To wszystko bardzo nietypowe i tak naprawdę niezwykle smutne. Szczególnie, że na nowe wydawnictwo grupy z Seattle fani czekali aż 7 lat, a wszyscy ci, którym udało się upolować bilety na europejską odsłonę tournee zaczęli już niecierpliwie wypatrywać jego rozpoczęcia.

Moje obawy związane z pojawieniem się płyty „Gigaton” były spore, jej poprzednik nie powalił mnie bowiem na kolana, choć, obiektywnie rzecz ujmując, był solidnym, rockowym materiałem. W osłupienie wprawiło mnie więc brzmienie pierwszego singla promującego „Gigaton” – mocno odstającego od reszty dorobku grupy utworu „Dance of the Clairvoyants”. Moje wrażenia w tym przypadku były jednak jak najbardziej pozytywne, bo było to coś zaskakującego, świeżego, niestandardowego. Co ciekawe, nastawieni swego czasu sceptycznie do kwestii kręcenia teledysków Eddie Vedder i jego koledzy tym razem, do pierwszej odsłony swego nowego wydawnictwa stworzyli aż trzy różne wersje videoclipu. 

Po pojawieniu się „Tańca Jasnowidzów” grzecznie czekałam na ciąg dalszy, który, jak się okazało nastąpił dość szybko i przyniósł klasykę w postaci kompozycji „Superblood Wolfmoon”. To było już typowe pearljamowe brzmienie, jakie fani grupy znają przynajmniej z ostatnich trzech płyt zespołu. Energetyczne, gitarowe granie, w którym łatwo doszukać się wpływów twórczości największych tuzów rocka. Na trzeci teaser wybrano „Quick Escape”, o równie charakterystycznym dla grupy klimacie (i dość niefortunnym falsecie Eddiego Veddera w refrenie). Trzy wymienione single składały się tak naprawdę dopiero na początek albumu, który w miarę rozkręcania się jakby traci swą zadziorność na rzecz większego wyciszenia. Nie wiem czy był to zabieg celowy – pewnie tak, ale z pewnością nieprzewidywalny. Dla mnie natomiast dający wrażenie przestrzenności, pewnej głębi. Tak bardzo mi teraz potrzebnych.

W dniu premiery płyty, oraz w ciągu kilku następujących po niej dni Internet wręcz płonął od mnogości pojawiających się na łamach różnych stron, forów i grup recenzji albumu. Zadziwiająco rozmijających się z opiniami krytyków muzycznych, którzy odtrąbili wielki powrót legendy. 

Kocham Pearl Jam miłością czystą, bezwarunkową i wieloletnią. Dość powiedzieć, że z okazji moich mocno okrągłych urodzin umieściłam dozgonnie na swym nadgarstku tytuł jednego z utworów grupy. Grupy, która - nie zawaham się użyć tego patetycznego stwierdzenia - zmieniła moje życie, której muzyka stała się ścieżką dźwiękową wielu ważnych i przełomowych momentów mojego istnienia. Nie potrafiłabym zatem odżegnać od czci i wiary żadnego z jej dokonań. Ale, umówmy się, nie ma też ku temu powodów. Nowa płyta nie stanowi co prawda przełomu w twórczości Pearl Jam, nie jest skokiem w muzycznie dziewicze rejony, ani żadną rewolucją. Mam jednak wrażenie, że nie taką wyznaczono jej rolę. To pewna konwencja, której Eddie, Mike, Stone, Jeff i Matt pozostają wierni od lat. Stosując, co prawda, pewne nowe zabiegi stylistyczne, czy nawet uprawiając flirt z elektroniką, ale nie udając młodzieniaszków, którymi po prostu już nie są.


Najjaśniejszymi punktami albumu są dla mnie z pewnością singlowy „Dance of the Clairvoyants” z doskonałą rozbudowaną i warstwową końcówką, „Alright”, z fajnie pulsującym elektronicznym motywem wiodącym i tekstem Jeffa Amenta oraz „Comes Than Goes” – piękna i klasyczna pearljamowa ballada, o której mówi się, że dotyczy postaci Chrisa Cornella. Nie wiem dlaczego psy wiesza się na „Buckle Up”, którego autorem jest w stu procentach Stone Gossard. Utwór ma fajny feeling, jest kolejnym zaskoczeniem i zastrzykiem pozytywnej energii. Podobno „Seven O’clock” też nie robi specjalnego wrażenia. Proszę absolutnie nie sugerować się takimi opiniami. 
Według mnie najbardziej niewyraziście brzmią, i najmniej zapisują się w mojej pamięci kawałki „Retrograde” oraz „Never Destination”. Co nie znaczy, że są to utwory złe. Raczej maksymalnie przewidywalne, dobre jako podkład muzyczny spotkania towarzyskiego, ale nie z gatunku tych, które wyrywają słuchacza z butów.

Na albumie „Gigaton” wyjątkowo brzmią za to bębny (Matt „Fuckin’” Cameron po raz kolejny udowadnia, że w pełni zasługuje na swój przydomek), fajną sprawą są pojawiające się dość często motywy klawiszowe oraz ewidentne nawiązania do poprzednich, jak również tych starszych albumów („Take the Long Way” pozostaje w klimacie ostatnich płyt, ale pobrzmiewają w nim wyraźnie echa „Vitalogy”). To wszystko sprawia, że dostajemy materiał wiarygodny, nie tworzony pod publikę (czy ktoś mógłby o to podejrzewać akurat ten zespół?), nie obliczony na opanowanie list przebojów. Może dlatego, że Pearl Jam nie musi już niczym i niczego udowadniać. Zresztą to nigdy nie był zespół kierujący się przy podejmowaniu decyzji jakimiś zewnętrznymi naciskami. Czego najlepszym dowodem była wolta, jaką Eddie i spółka wykonali w roku 1996 wydając album „No Code”.

Ocena: Pierwsza Kwadra
Cieszy mnie to, że w czasach wszechobecnego auto-tune, sztucznie wygenerowanego brzmienia czy przebojów stworzonych pod dyktando wszelakich algorytmów pojawia się płyta zakorzeniona w oldschoolowym sposobie tworzenia muzyki, płyta klimatyczna. Typowo rockowa, skręcająca mocno w stronę stylu Bruce’a Springsteena i będąca naturalną kontynuacją efektów uzyskanych na poprzednich wydawnictwach grupy. Dla mnie „Gigaton” jest, paradoksalnie, czymś odświeżającym, a także czymś, co w tych trudnych dla wszystkich czasach stanowi pewien łącznik z przeszłością, do której chyba wszyscy po trosze tęsknimy.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza