poniedziałek, 23 marca 2020

Pray For Sound - Waves (2019)/B-sides (2020)


Pamiętacie zespół Bruce'a Malley'a, muzyka cierpiącego na głuchotę lewego ucha, który mimo przeciwności realizuje się w grupie Pray For Sound, a o której pisaliśmy ponad trzy lata temu, przy okazji albumu "Everything Is Beatiful" z 2016 roku? W zeszłym roku wrócili ze swoim czwartym albumem studyjnym. Czwartym, bo w 2018 roku pojawił się jeszcze eksperymentalny "Waiting Room", którego nie miałem okazji słyszeć. Sprawdźmy, jak wyglądają, czy też raczej brzmią - fale z zeszłego roku oraz świeżutki marcowy suplement... 

Gdy grupa zaczęła nagrywać "Waves" w roku 2018, zatapiając się głęboko w tworzeniu nowego krążka, jeden z muzyków grupy Nick Stewart doznał poważnej kontuzji pleców i musiał się z nią zmagać przez cały proces pisania i nagrywania płyty. - "Starałem się pisać takie utwory, które mnie podniosą. Nie chciałem napisać niczego wściekłego, czy dające upust bólowi. Tytuł oddaje proces przechodzenia przez nasze wzloty i upadki razem." - opowiada. Bruce zaś dodaje, co następuje: - "Dla mnie to była interesująca perspektywa. Na pierwszym albumie sportretowaliśmy mrok i ból ponieważ byłem sfrustrowany swoją głuchotą. Na tym, chciałem uzyskać efekt, w którym Nick poczuje się lepiej. Ja byłem gotowy przezwyciężyć, to przez co przechodziłem. Teraz - w pewnym sensie - jest to już za mną. Tym razem dostałem szansę, by to właśnie mu pomóc. Byliśmy w tym wszystkim razem, by wspierać się wzajemnie." Grupa, jak można się dowiedzieć z notatki prasowej, postawiła na lżejsze i jaśniejsze brzmienie niż dotychczas, inspirując się takimi grupami jak The Naked & Famous, Vacationer czy The 1975. Uzyskany rezultat to subtelny, ale ambitny mariaż z popem.
- "Wszyscy kochamy dobre, chwytliwe melodie." - kontynuuje Nick. - "Musisz umieć wyszumić z siebie to, co słyszysz. Chcieliśmy, by każdy słuchacz czerpał z nich przyjemność. To, co jest najbardziej ekscytujące w naszym zespole, to fakt że czujemy się w niej naprawdę dobrze. Na koniec dnia wciąż mamy nadzieję na dzielenie się tymi sentymentami z każdym."

1. Waves

Na nowym albumie znalazło się dziewięć numerów o łącznym czasie czterdziestu dwóch minut, a otwiera ją świetny "All The Days" oparty na wietrznych tłach i zaburzających je perkusjonaliach. Wynurza się z ciszy i trochę niespodziewanie uderza najpierw grzechotkami, a następnie potężnym perkusyjnym bitem, do których dołącz lekko dysonansowo, a trochę shoegaze'owo gitara. Chwilę później robi się już melodyjnie, ciepło i energetycznie. Drugi utwór nosi tytuł "Julia" zaczynając się dużo spokojniej i delikatniej od gitarowej melodii i znacznie wolniejszej perkusji. Jest bardzo przejrzyście, łagodnie i wyciszająco, wreszcie trochę sentymentalnie. W podobnym, choć zdecydowanie żywszym tonie utrzymany jest następujący po nim "Spiral". Chłopaki nie silą się tutaj na epatowanie ścianami dźwięku, skomplikowane struktury, ani połamane rytmy. Jest lekko, słonecznie i wręcz alternatywnie, co świetnie pasuje do post-rockowych klimatów - rozświetlając je i sprawiając, że nie ma tutaj mowy o nudzie. Numer czwarty to "The Mountain" w którym ponownie zaczynamy od perkusjonali, ale tym razem nie jest to mocne uderzenie, a szurające i pykające przepierzenia do których dołącza delikatna gitara. Tutaj robi się wręcz eksperymentalnie, trochę ambientowo i rzewnie, choć nie trwa ten stan długo. Po chwili panowie wchodzą całym zespołem i znów robi się ciepło, trochę alternatywnie i zaskakująco jak na post-rock skocznie.



Po wyciszającym wejściu na górę przychodzi czas na utwór tytułowy, który również zachwyca swoim nietypowym alternatywnym podejściem - zaczynając się od trochę ejtisowej elektroniki (panowie bynajmniej nie idą w tym kierunku) i następnie rozkręcając się do kolejnej porcji melodyjnej i delikatnej gitary, wreszcie shoegaze'owego rozpędzenia kilku bardzo pasujących zwolnień. Czy ten numer tylko mi pachnie U2 gdzieś z lat 90tych, kiedy Irlandczykom jeszcze chciało się tworzyć porywające kawałki? Sentymentalnie, trochę nawet smutno robi się z kolei w kolejnej kompozycji, niespełna dwuminutowej "Wren". Ambientowy pejzaż rozciąga się w przestrzeni pianinowymi tonami, delikatnym płynącym tłem prowadząc prosto do następująco po nim "The Canyon". To kolejny dość wolny, ale  urzekający swoim ciepłym, melodyjnym brzmieniem utwór na tej płycie. Podobnie jak podczas wędrówki na górę, tak spacer przez kanion, jest spokojny, pełen rzewnych zagrań gitary, ale także piękna i emocji, które wymykają się trochę z kanonu post-rocka, co sprawia, że słucha się go bez poczucia zażenowania i znudzenia.

"Talus" to przedostatni utwór na "Waves", a w nim witają nas - fale. Te prawdziwe i te wydobywające się z elektroniki zmiksowane razem, po czym zostają one zgrabnie wplecione w gitarową melodię i rozpędzającą się perkusję. Ponownie robi się żywiej, troszkę szybciej i energetycznie, ponownie trochę jakby wyjęte z U2 podlanego shoegaze'owym sosem. Obrazy malują się jednak swobodnie, nie nachalnie i tworzą piękną atmosferę wokół. Finałowy "Ezra" wyłania się z ciszy gitarową, delikatną melodią, która znów jakby od niechcenia przywołuje irlandzką legendę, która przecież nigdy post-rockiem się nie parała, stopniowo rozwijając się i znów tworząc niesamowity klimat. Panowie świetnie balansują między melodią, a atmosferą wpisaną w post-rock, dbają o różnorodność i bez silenia się na komplikowanie grania, które - co się autentycznie czuje - płynie prosto z wnętrza.


2. B-sides

Suplement pod postacią czterech numerów z sesji nagraniowej "Waves", które nie znalazły się na podstawowej płycie, pojawiły się dopiero co, bo w marcu tego roku na bandcampie Pray For Sound, a my nie omieszkamy sprawdzić czy słusznie zostały odrzucone i jak uzupełniają one czwarty album chłopaków.

Zaczynamy od "Young", które ambientowym tłem wyłania się z ciszy i oplata słuchacza wyciszającą aurą. Po chwili jednak płynnie przechodzi do gitarowo-perkusyjnego rozwinięcia. Tu także jest bardzo przejrzyście, ciepło, alternatywnie i kojąco. Wydaje mi się, że to taki trochę bliźniak do "Julii", bo podobnie buduje się w nim sentymentalne, wspominkowe wymiary i pejzaże. Jednocześnie zgrabnie eksploruje się tutaj połączenia między post-rockiem, shoegazem, ambientem, a alternatywą. Drugi z nich to "Portland, OR" w którym wita nas energetyczna, rozpędzająca się z ciszy perkusja oraz kolejna porcja ambientowych teł, które po chwili przechodzą w dość szybki, melodyjny kawałek, raz po raz przerywany zwolnieniem do przywołania początku. Podróż przez stan Oregon przywołuje wreszcie typowe post-rockowe ścianowe zagrania gitary, ale doskonale łączą się one z całością, nie są wymuszone, nie denerwują.

Numer trzy nosi tytuł "Emarie" i jakże kapitalny jest to kawałek! Perkusja rozłożona została tutaj na dwóch planach - głównego bita i przeszkadzajek w tle, które w późniejszym czasie usuwają się nieco w tył. Świetna jest tutaj także zarówno melodyjna gitara i pejzaże tworzone klawiszami. Jest tutaj delikatnie, ale też nieco szybciej zarazem, aniżeli we wszystkich utworach, które znalazły się na głównym krążku. Trochę szkoda, że nie znalazł się na "Waves", bo znakomicie by do niej pasował i spokojnie mógłby zastąpić "Wren". W ostatnim na suplemencie, zatytułowanym "Trees", chłopaki jeszcze mocniej dają upust alternatywnym ciągotom i zdecydowanie stawiają na melodię, którą tkają subtelnie i stopniowo, rozkładając poszczególne elementy układanki tak, by muzyka rozwijała się, nakładała się na siebie i budowała atmosferę. To nie jest czysty post-rock, to nie jest muzyka pisana na kolanie, ani siląca się na ściany dźwięku, tylko taka, która jest wypełniona szczerością i niezwykłym talentem. Ten kawałek także mógłby spokojnie znaleźć się na podstawowej płycie, ale niestety tak się nie stało.


3. Podsumowanie

Ocena: Pełnia (dla obu wydawnictw)
Pray For Sound urzekło mnie po raz drugi. Począwszy od bardzo ładnych minimalistycznych grafik autorstwa Rachel Breeden, a kończąc na pięknie pomyślanej muzycznej podróży. W porównaniu do poprzednika (mam tu na myśli "Everything Is Beautiful") jest jeszcze spokojniej, bardziej wyważenie, ale nie nużąco. Chłopaki malują swoje dźwięki z dużym zaangażowaniem i luzem, nigdzie się nie spieszą, a ciepło i liryzm ukryty w ich dźwiękach koi, ale nie usypia. Nie ma na "Waves" zbędnych zrywów czy przesadzonych fragmentów, a wszystko idealnie się ze sobą łączy. Spójny pomysł na twórczość i płyty w post-rocku nie zawsze - niestety - idzie w parze z umiejętnościami muzykami, ale Pray For Sound doskonale się odnajduje w jednym i drugim. Być może to jest właśnie płyta, której wszyscy teraz potrzebujemy - lekkiej, spokojnej i ciepłej, ale nie ociekającej słodyczą. Być może dlatego przeleżała ona od listopada zeszłego roku na kupce wstydu, by dać się przesłuchać właśnie teraz trafiając w sedno, prosto w serducho i podnosząc na duchu - dokładnie tak, jak zamarzyli sobie chłopaki zasiadając do pisania i nagrywania tej płyty. Trochę szkoda, że numery z suplementu nie znalazły się na zeszłorocznym albumie, ale z drugiej strony może jego siłą jest także to, że nie jest on zbyt długi, nie dłuży się, a jako osobne wydawnictwo ta epka doskonale ją uzupełnia i choć nie wyłamuje się zbytnio stylem i pomysłem, to ostatecznie mogłaby zaważyć na dobrym wrażeniu związanym z "Waves". Razem, słucha się ich doskonale, ale jeszcze doskonalej wybrzmiewają właśnie w takiej formie w jakiej się pojawiły. Jeśli podobał Wam się "Everything Is Beatufil" z 2016 roku, to "Waves" także będzie się podobać. Sprawdźcie koniecznie.


Płytę "Waves" przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki 
uprzejmości Creative Eclipse PR i dunk!records.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza