czwartek, 31 października 2019

Love Machine - Mirrors & Money (2019)


Pamiętacie brodatych, wąsatych i bosonogich panów z Dusseldorfu, którzy lubią kwiatowe dywaniki? Pisaliśmy o nich zaledwie rok temu, a tymczasem w tym pojawiła się ich kolejna płyta, tym razem trwająca niecałe dwadzieścia minut epka. Co tym razem przygotowali?

Pierwsze spojrzenie należy się oczywiście na okładkę, a właściwie na całość grafiki, bo jest ona kontynuowana także na tylniej części kartonikowego opakowania. Abstrakcyjne, trochę groteskowe malowidło przedstawia różnego rodzaju stworki, ludzi, Pacmana w okularkach (czyżby Lennonki?), domy i place zabaw bardziej zwisające do góry nogami, aniżeli wyrastające z ziemi, jeszcze więcej stworów i do tego ptasi zespół, łódki i rowery. Wszystko to utrzymane w jaskrawych kolorach, namalowanych tak jakby całość była zrobiona plakatówkami albo wręcz gwaszówkami - pamiętacie jeszcze takie farby z przedszkola/zerówki i szkoły podstawowej? W środku opakowania dodano jeszcze komplet zdjęć Love Machine z sali prób oraz imprez - są więc muzycy uśmiechnięci, muzycy pijący, wystrojeni, stroniący miny, pożerający pizzę i... przebrani za kobiety lub w długaśnych skarpetkach z kotwicami. 

Różnorodność stała się także motywem przewodnim epki, na którą złożyło się sześć numerów mających ukazywać szerokie inspiracje niemieckiego kwintetu, który z zaproszonymi gośćmi stał się tutaj nonetem. Postawili bardziej na nowoczesność, aniżeli spoglądanie w przeszłość, dlatego różne gatunki się ze tutaj ze sobą przenikają, często w ramach jednego utworu. Mimo to wydaje się, że panowie tak naprawdę nie dbają tutaj o konwencje, nic nie robią sobie z jakichkolwiek szufladek gatunkowych i stworzyli absurdalną mieszankę z tego, co akurat przyszło im do głowy. Absurdalna tematyka stała się też domeną liryków, które jak można się dowiedzieć z notkami kręcą się nie tylko wokół aspektów personalnych, ale także erotycznych obsesji związanych z pizzą, wspomnieniami papużki falistej którą kiedyś w dzieciństwie posiadał któryś z muzyków. Do tego wszystkiego wszystkie one mają miejsce między światami - tym rzeczywistym i realnym, a tym wymyślonym, znajdującym się po drugiej stronie. Tego, który odbija się w lustrze i tego, za który trzeba zapłacić. 

I tak pierwsza z nich nosi tytuł "Valentino" będącym muzycznym odpowiednikiem pornografii zamkniętej w formie pieśni utrzymanej w stylistyce żartobliwej jazzującej, trochę soulowej piosenki wyjętej rodem ze słonecznych Włoch. Numer drugi to utwór tytułowy przyspiesza do rytmów, których nie powstydziliby się The Beatles, choć wokal zdecydowanie kojarzy się tutaj z Leonardem Cohenem. Jest energetycznie, ciepło i wesoło, odrobinę garażowo, nadal psychodelicznie, ale już zdradzające punkową woltę. W tej samej stylistyce został utrzymany trzeci kawałek, czyli "Birdy Buddy", choć ten jest zdecydowanie bardziej punkowy. Love Machine nie byliby jednak sobą, gdyby utwór ten nie miał ciepłego brzmienia rodem z lat 60tych oraz gdyby nie pojawiła się świetna, uzupełniająca całość, sekcja dęta. Nadaje mu to nie tylko żartobliwego charakteru, ale także żongluje skojarzeniami do surf rocka, muzyki eksperymentalnej (zwolnienie z ćwierkaniem), alt rockowych rozwinięć i delikatnych przywołań klasyki, wreszcie szczypty muzyki progresywnej, awangardowej i jazzu na dokładkę. Zwalniamy w bardzo dobrym "The Stripper", który znów serwuje klimaty rodem z Leonarda Cohena, popu barokowego i lekkiego radiowego grania. Trochę Beatlesowo, a później niemal jak z U2 z lat 90tych podlanych sosem z The Doors czy Johnny'ego Casha jest z kolei mój absolutny faworyt na tej epce, czyli "Dead Cats Dream". Naprawdę nie obraziłbym się na więcej takich numerów w przyszłości! Najdłuższy, bo prawie pięciominutowy kawałek deserowy, nosi tytuł "Starshine". Tu robi się delikatnie, niespiesznie i ponownie mruga się oczkiem do różnych styli - tu pop barokowy, tu progresywne rozwinięcie płynnie przechodzące w jazzzujący krautrock, którego całkiem panowie nie porzucili, by następnie przejść do zakończenia, które mogłoby się znaleźć na którejś z płyt The Beatles, albo nawet Pink Floyd.

Ocena: Pełnia
Najnowsza, krótka, ale nad wyraz treściwa, epka Love Machine to zbiór kolorowych, wesołych kawałków, który spodobać się powinien nie tylko fanom kwintetu, ale także wszystkim tym, którzy szukają lekkich, przyjemnych i niedługich utworów, których próżno szukać w radiu, a zdecydowanie mogłyby zastąpić większość dzisiejszego popu puszczanego w eterze. Nie ma tu żadnej rewolucji, nie ma silenia się na wielkie przeboje czy artyzm, ale nie ulega wątpliwości, że są to numery przepełnione radością i miłością, dokładnie taką jak na memach o ciastkach z nadzieniem na walentynki. Te, co prawda za trzy i pół miesiąca, ale nic przecież nie stoi na przeszkodzie, by spędzić trochę radosnego czasu z piątką panów z Dusseldorfu, którym humoru nie brakuje, a ten jesienią jest zawsze w cenie.



Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza