piątek, 2 sierpnia 2019

Welcome Inside The Brain - Queen Of The Day Flies (2019)


Panie i Panowie, Jej Wysokość Królowa Muchoelżbieta I !


Formacja Welcome Inside The Brain powstała w 2015 roku w Niemczech i zadebiutowała epką "self-titled" w tym samym roku, która była limitowana do pięciuset sztuk i rozeszła się ponoć w mgnieniu oka. Kwintet zagrał podówczas wiele koncertów i supportował grupę Banned From Utopia, złożoną z byłych członków grup Franka Zappy. Wiosną 2017 roku zagrali trasę po francji i kilka koncertów klubowych z Birth Control i Siena Root, a pod koniec lipca tego samego roku wydali swój pierwszy pełnometrażowy krążek "Celebrate The Depression". W skład wchodzą Frank Mühlenberg na wokalu, Georg Spieß na gitarze, Johann Fritsche na instrumentach klawiszowych, Paul Lapp na kontrabasie (!) oraz Hans Otto na perkusji. Ich psychodeliczno-progresywna mieszanka porównywana jest do King Crimson i Davida Bowie, a najnowszy drugi album ukazał się 24 maja roku dwóch tysięcy dziewięćsiłów. Jak widać panowie nie stronią od żartu, o czym świadczy przerobiona wersja obrazu przedstawiającą królową Elżbietę I Tudor w formie muchy - zupełnie jakby była pokłosiem kolejnego nieudanego eksperymentu Jeffa Goldbluma ze słynnego horroru z 1986 roku. 

Zaczynamy od kapitalnie napędzanego klawiszami "The Baptist Preacher" który może się klimatem kojarzyć z The Doors. Jest lekko, zwiewnie, trochę tanecznie jak przystało na bal u Królowej. Jest też dawka instrumentalnego szaleństwa, a wszystko podane w brzmieniu, które ewidentnie kojarzy się z latami 70tymi. Po świetnym początku panowie nie spuszczają z tonu w "Naked Philosopher", którego przyjmujemy nie ze stoickim spokojem czy nawet wzruszeniem ramion, a autentycznym uśmiechem na twarzy. Zmienia się w nim jednak nieco klimat na bardziej gitarowy, trochę w stylu starego Deep Purple z pierwszych płyt z Ianem Gillianem, co mocno jest akcentowane przez riffy uzupełniające skoczne klawisze. Całość zaś zgrabnie balansuje między hard rockiem, a popem barokowym i melodiami rodem jeszcze z lat 60tych. Nawet zwolnienie pod koniec utworu kojarzyć się może z nie dawno zmarłym Scottem Walkerem. Na trzecim miejscu znalazło się "Broken Record", które wbrew swojemu tytułowi wcale zepsute nie jest. Otwiera go smutniejsza i wolniejsza akustyczno-klawiszowa melodia, a następnie robi się lekko, walcowato (tu oczywiście mam na myśli taniec, a nie ciężar) i ponownie z dużą dbałością o popowe, kolorowe opakowanie w styl Bowiego, może nawet pod względem nastroju Cohena. 


Spotkanie z Królową Muchoelżbietą I czyli utworem tytułowym zaś jest prawdziwie majestatyczne. Mocne wejście sprężystego riffu i skocznej perkusji o charakternym, zadziornym brzmieniu, które bije z każdego dźwięku. Wyraźnie też tu słychać, że panowie po stylistyce poruszają się z wyczuciem, szacunkiem i gracją, niczego nie udają ani nie wykonują zbędnych ruchów czy dźwięków. Być może w takim graniu, będzie to jedna z lepszych rzeczy jakie usłyszycie w tym roku. Gwarantem sprawnej i znakomitej zabawy jest także "White Room" o wolniejszym i ponownie bardziej popowym charakterze. Spacerowy klimat i leniwa tonacja kojarzyć się może znów z The Doors i ponownie jest to zrobione z wyczuciem. Nie inaczej jest w następnym utworze, czyli "Call Me A Liar". Nie skłamię jeśli powiem, że tu też jest rześko, wolno i jednocześnie nieco ciemniej i bardziej niepokojąco, a panowie skrzętnie budują w nim ponurą atmosferę. Tutaj jest ona ponownie bardziej pod Bowiego czy nawet Scotta Walkera, ale zagrane z takim szacunkiem, że nie tylko ma się wrażenie jakby to były jakieś zaginione utwory wspomnianych artystów, ale też idealnie odwzorowane dźwięki z tamtych czasów. Na deser został "Hometown", które zdaje się kontynuować poprzednika rozwijając jego końcowe perkusyjne zwolnienie o świetnie mroczny wstęp wyrwany rodem z Tangerine Dream czy nawet późniejszego pod względem czasu inspiracji gotyckiego Bauhaus. Tu też bardziej panowie pozwalają sobie na eksperymenty i mrugnięcia do King Crimson, a to znów do Deep Purple w szybszych rozwinięciach. Klimat w tym numerze jest po prostu genialny i tylko szkoda, że trwa tylko siedem minut z sekundami, bo aż się prosi o pociągniecie wątków w epicką suitę.

Ocena: Pełnia
Królowa much nie lata koła ucha i nie jest wstrętnym, natrętnym owadem od którego trzeba się odganiać. To dama z zasadami i nienagannymi manierami oraz doskonałym wyczuciem brzmienia. Jak przystało na królową zachowuje powagę i nie ma tu miejsca na pastisz czy naruszenia etykiety jakie powinno obowiązywać w takim retrograniu, bo niemiecki kwintet z Welcome Inside The Brain doskonale wie jak się ma zachowywać nie tylko w obecności Królowej, ale i słuchacza. Panowie trzymają się swojej stylistyki i inspiracji, ale robią to imponująco, interesująco i dbałością o szczegóły. Tak, to prawda, że tak naprawdę nie ma tu niczego nowego, ale jest to zrobione z gracją, jakiej wielu podobnym zespołom brakuje. Warto pozwolić, by ta mucha, a właściwie siedem, polatało nam koło ucha i ich nie odtrącać, bo takich małych perełek jak ten zespół nigdy za wiele. 


Płytę przesłuchałem i zrecenzowałem dzięki uprzejmości Creative Eclipse PR.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza