czwartek, 11 lutego 2016

Weekend Węgierski XXVI: Thy Catafalque (9): Rengeteg (2011)


Czas na przedostatni "Weekend Węgierski" poświęcony twórczości Tamasa Katai i jego Thy Catafalque. W zeszłym rogu pojawił się następca piątego albumu "Rengeteg" zatytułowany "Sgùrr", dlatego tym razem cofniemy się troszkę w czasie i w dwudziestej szóstej odsłonie przyjrzymy się poprzednikowi. To najcięższy i jednocześnie najmroczniejszy krążek Tamasa zamykający pewien rozdział jego twórczości, łączący okres wczesny z tym późniejszym.

To, co na początku zwraca uwagę to oczywiście okładka. Minimalizm, symetryczne rozplanowanie i wieloznaczność. Ostrosłupy przywodzą na myśl kopuły drzew sosnowych, które urosły tak wysoko, że wyrastają ponad księżyc. Jego złowrogie, blade światło sprawia, że drzewa wyglądają niemal jak potwory czające się w nocnym cieniu. Być może jednak nie są to żadne drzewa, a żelazne góry na których szczyt wspinamy się przez całe nasze życie? U góry po lewej i po prawej stronie przywołany został cykl lunarny - pełnia i przybywanie. Drobnymi literami zaznaczono nazwę zespołu i tytuł płyty. Robi wrażenie. Za okładkę odpowiada Tamas, który tym razem całą muzykę przygotował sam. Dołączyły do niego jedynie wokalistki Atilla Bakos i Ágnes Tóth oraz wiolonczelista Mihály Simkó-Várnagy. Sam tytuł zaś można przetłumaczyć jako "ogrom".

Otwiera "Fekete mezők" czyli "Czarne pola". Ciężkie i duszne doomowe riffy i tempo oraz surowe, garażowe blackowe brzmienie. Gdzieś w tle unosi się klawiszowy pasaż nadając całości jeszcze większego szaleństwa i energii. Istna lokomotywa mimo swojego ponad dziewięciominutowego czasu trwania. Po nim następuje seria trzech o średnim czasie czterech minut. Pierwszy z nich to "Kel keleti szél" ("Przebudzenie wschodniego wiatru"), który nie rezygnuje z ciężkiego metalowego, a zarazem melodyjnego brzmienia. Wokal jest tutaj łagodniejszy i może skojarzyć się również z węgierską Karpatią.Choć tempo jest przebojowe i skoczne, to tekst jak zwykle zresztą u Tamasa porusza tematykę śmierci, powrotów i tęsknoty. Przytoczmy choćby ostatni wers:

Przez czerwone tkanki materiału
mego ciała i całej struktury
budzi się wschodni wiatr i zabiera mnie do domu
zabiera mnie do domu, zabiera do domu

Prawdziwą perełką jest jednak "Trilobita" o folkowym wręcz charakterze i lekkim elektronicznym zabarwieniu. Ma się nawet wrażenie, że trylobity tańczą i dzielą się z nami swoją nie spożytą energią. Wymarłe żyjątka są tutaj alegorią życia i jego rozwoju, próbą przywrócenia wiary w to, że gdzieś jest życie po życiu. Płynne przejście w kolejny utwór otwierający się ambientowym pasażem i trelem ptaków uzupełnianym melodia wiolonczeli. "Kő koppan" czyli "Stukot kamieni" jest utrzymany w wietrznej atmosferze, a na cały tekst składają się jedynie dwa wersy: 

Kapią kamienie, wypływają szumem z rezerwatu w chmurach,
Tam pływają niebieskie szmery Wietrznego Lasu, gdy dotykam kamieni

Nie wiem jak interpretować ten tekst, ale wydaje mi się, że może odnosić się on do wędrówki dusz, naszej tęsknoty za tymi, którzy już odeszli o czym może świadczyć odgłos kroków na końcu utworu. "Vashegyek" ("Góry ze stali") to nieco ponad czternastominutowy kolos, który z początku kontynuuje ambientowy pasaż z poprzedniego, ale dość szybko się rozwija do dusznego, trochę funeralnego tempa, by po chwili wybuchnąć mocą riffów i klawiszowego tła zawieszonego w tle i przypominającego o pierwszych płytach. Zmiany tempa i mieszanie się cięższych fragmentów z rozrzewnionymi, lżejszymi zwolnieniami przypominają tutaj ruchy planet mających wpływ na ludzkie życie, a o których Tamas śpiewa w utworze. 


Drugą połowę płyty zaczyna instrumentalny "Holdkomp", czyli "Motyw lunarny". Ambientowy pasaż pełen dźwięków jest przywodzących na myśl szum wiatru, pracujących maszyn czy zawieszonych gdzieś w przestrzeni szeptów dusz, drone'owych buczeń, a nawet niemal dyskotekowych rozkręceń pulsujących klawiszami i szybką perkusją. Po nim wskakuje kolejny szybki i ciężki numer "Kék ingem lobogó" nie stroniący jednak od shoegaze'owych zwolnień i melodyjnych zagrywek. Do tego wszystkiego przejmujący tekst o niebie, jego kolorze i wnikaniu ciał w jego przestrzeń. Kończy go szum deszczu przywołujący "Erikę Szobaja". Następny zaczyna się w tym samym momencie i przechodzi w mroczny ambientowy motyw, który powoli rozpędza się kolejnymi instrumentami - smutną gitarą i spokojną, kroczącą perkusja.  " Az eső, az eső, az eső" czyli po prostu "Padający deszcz" to kolejna przejmująca historia o przemijaniu i odchodzeniu.

Już nosisz wilgotne chmury w głębi swojego serca 
w ziemi dzwoni stary dzwon, intensywnie pada deszcz
I spojrzałem weń, jestem wreszcie we mgle
Czas na wędrówkę martwymi ulicami

A deszczu spada coraz więcej
Wpada nawet do mojego serca
leje, wszystko spada razem z nim
wraz z nim moja dusza,
ścieżki i ogrody
spadają, wszystko spada razem z nim

Przedostatni "Tar gallyak végül" zaczyna potężne solo perkusyjne do którego po chwili dołącza ciężki black metalowy riff i klawiszowa melodia. Finałowy pasaż znów kończy szum deszczu i następuje przejście do ostatniego na "Rengeteg" ciężkiego, black metalowego uderzenia.  "Minden test fű" czyli "Ciepło każdego ciała" to kwintesencja wczesnego, surowego grania Thy Catafalque, a przy tym kolejna mocna pozycja w jego twórczości opowiadająca o tym co nieuniknione. Znakomity jest też tutaj tekst, który przytoczmy w całości:

Skarby zostały rozrzucone po skutych zimą drogach,
młodość martwego jelenia zamarzła w sercu,
bo ziemia wciąż się porusza, a ja byłem tylko słabym cieniem.
Wzleciałem w niebo, zgubiłem się w chmurach

Świeża trawa uleciała z wiatrem
Świeża trawa uleciała z wiatrem

"Rengeteg" jak zwykle u Tamasa traktuje o tym, co czeka każdego, co jest nieuchronne. Nie jest to jednak przekazywane łopatologicznie, topornie, a w sposób piękny i niezwykle przejmujący. Do tego dochodzi cała instrumentalna otoczka, na pozór surowa i niedostępna, ale doskonale oddająca tytułowy "Ogrom". Ogrom osaczenia i przytłoczenia myślą, że wszystko co znamy kiedyś odejdzie w niebyt - niezależnie czy będziemy to my sami, czy otaczający nas świat. Można by pomyśleć, że Tamas cały czas powtarza to samo, niemal do znudzenia, ale takie przypomnienie to także świetna okazja do refleksji, rozrachunku z tym co już minione, a także przed nami. Pod względem brzmieniowym Thy Catafalque nie odkrywa tutaj prochu, bo surowy black metal jest tutaj także efektem zamierzonym, retrospektywnym pod względem gatunkowym i idealnie spinającym klamrą cały zamysł artystyczny Tamasa skrzętnie budowany już od dwóch dekad. To także, nieco paradoksalnie, najbardziej przystępna pozycja w jego dyskografii, której nie sposób nie odmówić szczerego i prawdziwego przekazu, na próżno szukanego w radiowej papce. Zamiast niej warto sięgnąć po ten album i na chwilę zatopić się w tym o czym Tamas nam chce przypomnieć. Warto! Ocena: 9/10


Fragmenty tekstów w tłumaczeniu własnym.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza