Napisał: Marcin Wójcik
Pewna osoba kiedyś powiedziała, że warto chodzić na
koncerty muzyki, której nie słuchamy na co dzień. Coś w tym jest. 22 marca, za
namową bliskiej koleżanki Anny poszedłem z nią na koncert zespołu Indios
Bravos, którego twórczość jest silnie zakorzeniona w muzyce Reggae.
Wydarzenie miało miejsce w słupskim Keller Pubie, najbardziej eklektycznym
klubie w mieście (grają tu wykonawcy chyba wszystkich możliwych gatunków). Jak
się okazuje, gdy przyjeżdża grupa znana w całym kraju, w kellerowej toalecie
pojawia się ręcznik papierowy i nareszcie jest w co wytrzeć ręce po uprzednim
ich umyciu. Wielka szkoda, że nie ma tak zawsze. Mimo to był porządek, scena była przygotowana
jak należy. Padały na nią światła o barwach czerwonej, żółtej i zielonej,
obrzeża sceny były zabezpieczone, a na ścianie pojawiły się przepiękne grafiki
przedstawiające Indian.
Muzyka reggae nie przypadła mi do gustu i choć lubię prostotę w sztuce, tak
reggae nigdy do mnie nie przemawiało. Nie poczułem zbytnio tej energii (w
przeciwieństwie to pozostałych, w tym Anny…) i przyjąłem pozycję uważnego
słuchacza kiwającego głową do rytmu. Samo Indios Bravos również jak dotąd nie
było mi znane, choć od czasu do czasu obiło mi się o uszy, a Gutek, lider grupy,
kojarzył mi się głównie z Abradabem, który ongiś zaprosił wokalistę do
współpracy nad „Czerwonym Albumem”.
Zespół wszedł na scenę niemal punktualnie, na zegarku była 20:02. Występ
rozpoczął charyzmatyczny perkusista Lech Grochala, używając jako sygnału
rozpoczęcia syreny alarmowej napędzanej korbą (niezwykle oryginalny pomysł!),
po czym zasiadł za bogaty zestaw i zaczął grać. Następnie dołączyli pozostali
instrumentaliści (z Piotrem Banachem na czele), a na końcu pojawił się Gutek,
chwycił za mikrofon i tak oto zespół wykonał dwa pierwsze kawałki, nie
zostawiając przerwy między jednym a drugim.
Dopiero po zakończeniu chłopaki przywitali się z publicznością, informując przy
tym, że pojawili się w Słupsku po raz pierwszy. Koncert trwał dalej, zespół był doskonale
zorganizowany, muzycy grali na bardzo wysokim poziomie, pozwalając sobie przy
tym na odrobinę zdrowej, a za razem pełnej energii improwizacji. Mam tu na
myśli wspólny mini jam na jednej perkusji Banacha oraz Grochali, który zrobił
na mnie i innych piorunujące wrażenie. Podobne rzeczy pojawiały się w trakcie
lub pomiędzy setami, a tych trochę było…
…ponieważ dzięki wspaniałej interakcji Gutka i jego kolegów z publicznością
bisy trwały dłużej niż planowany na ten dzień zestaw utworów. Dzięki temu
koncert zakończył się po bitych trzech godzinach, a mimo to widać było, że obie
strony czują niedosyt, choć muzycy na pewno odczuwali już zmęczenie.
Po występie muzycy hojnie rozdawali autografy, dzielili się uśmiechami i
dobrymi słowami. Bardzo otwarci i pozytywni ludzie.
Frekwencja była bardzo przyzwoita, myślę, że w klubie w środku koncertu można
było naliczyć sto osób, pod koniec, niestety, publiczność zaczęła rzednąć.
Pośród niej zauważyłem parę osób pochodzących zza granicy, osoby mówiące po angielsku,
południowca i czarnego. W słupskich realiach taki widok nie należy do
codzienności, dlatego też te osoby zapadły mi w pamięć.
Muszę przyznać, że po raz pierwszy Słupsk zasłynął z czegoś naprawdę
pozytywnego. Muzycy byli zadowoleni z
atmosfery jaką tworzyła doskonale bawiąca się publiczność, o czym mówili do nas
wprost. Sam byłem pod wielkim wrażeniem, to był naprawdę niezwykły koncert .
Smuci mnie jednak to, że my, Polacy wciąż nie umiemy bawić się bez litrów
alkoholu. Mimo ogólnej, pozytywnej atmosfery zabawy, pojawiło się parę osób,
których zachowanie i stan upojenia urągały wszelkim normom kultury. Czy nie
lepiej zapamiętać cały koncert, doskonale się bawiąc i bezpiecznie wrócić do
domu? Niestety, zawsze pojawi się jakaś spocona, pijana w sztok tłusta świnia,
która swoim zachowaniem bezlitośnie uprzykrzy komuś wieczór, a ze względu na
swój stan nie będzie mieć w sobie odrobiny wstydu. Chciałbym, aby to się zmieniło.
Weźmy przykład z zagranicznych gości, którzy podczas koncertu byli w szampańskich
nastrojach, uśmiechnięci, życzliwi i trzeźwi, mimo wypitej odrobiny piwa.