sobota, 23 marca 2013

R7/59: Indios Bravos (22.03.2013, Keller Pub, Słupsk)


 
Napisał: Marcin Wójcik

Pewna osoba kiedyś powiedziała, że warto chodzić na koncerty muzyki, której nie słuchamy na co dzień. Coś w tym jest. 22 marca, za namową bliskiej koleżanki Anny poszedłem z nią na koncert zespołu Indios Bravos, którego twórczość jest silnie zakorzeniona w muzyce Reggae.

Wydarzenie miało miejsce w słupskim Keller Pubie, najbardziej eklektycznym klubie w mieście (grają tu wykonawcy chyba wszystkich możliwych gatunków). Jak się okazuje, gdy przyjeżdża grupa znana w całym kraju, w kellerowej toalecie pojawia się ręcznik papierowy i nareszcie jest w co wytrzeć ręce po uprzednim ich umyciu. Wielka szkoda, że nie ma tak zawsze.  Mimo to był porządek, scena była przygotowana jak należy. Padały na nią światła o barwach czerwonej, żółtej i zielonej, obrzeża sceny były zabezpieczone, a na ścianie pojawiły się przepiękne grafiki przedstawiające Indian.

Muzyka reggae nie przypadła mi do gustu i choć lubię prostotę w sztuce, tak reggae nigdy do mnie nie przemawiało. Nie poczułem zbytnio tej energii (w przeciwieństwie to pozostałych, w tym Anny…) i przyjąłem pozycję uważnego słuchacza kiwającego głową do rytmu. Samo Indios Bravos również jak dotąd nie było mi znane, choć od czasu do czasu obiło mi się o uszy, a Gutek, lider grupy, kojarzył mi się głównie z Abradabem, który ongiś zaprosił wokalistę do współpracy nad „Czerwonym Albumem”.

Zespół wszedł na scenę niemal punktualnie, na zegarku była 20:02. Występ rozpoczął charyzmatyczny perkusista Lech Grochala, używając jako sygnału rozpoczęcia syreny alarmowej napędzanej korbą (niezwykle oryginalny pomysł!), po czym zasiadł za bogaty zestaw i zaczął grać. Następnie dołączyli pozostali instrumentaliści (z Piotrem Banachem na czele), a na końcu pojawił się Gutek, chwycił za mikrofon i tak oto zespół wykonał dwa pierwsze kawałki, nie zostawiając przerwy między jednym a drugim. 
Dopiero po zakończeniu chłopaki przywitali się z publicznością, informując przy tym, że pojawili się w Słupsku po raz pierwszy.  Koncert trwał dalej, zespół był doskonale zorganizowany, muzycy grali na bardzo wysokim poziomie, pozwalając sobie przy tym na odrobinę zdrowej, a za razem pełnej energii improwizacji. Mam tu na myśli wspólny mini jam na jednej perkusji Banacha oraz Grochali, który zrobił na mnie i innych piorunujące wrażenie. Podobne rzeczy pojawiały się w trakcie lub pomiędzy setami, a tych trochę było…
…ponieważ dzięki wspaniałej interakcji Gutka i jego kolegów z publicznością bisy trwały dłużej niż planowany na ten dzień zestaw utworów. Dzięki temu koncert zakończył się po bitych trzech godzinach, a mimo to widać było, że obie strony czują niedosyt, choć muzycy na pewno odczuwali już zmęczenie.  
Po występie muzycy hojnie rozdawali autografy, dzielili się uśmiechami i dobrymi słowami. Bardzo otwarci i pozytywni ludzie.
 
Frekwencja była bardzo przyzwoita, myślę, że w klubie w środku koncertu można było naliczyć sto osób, pod koniec, niestety, publiczność zaczęła rzednąć. Pośród niej zauważyłem parę osób pochodzących zza granicy, osoby mówiące po angielsku, południowca i czarnego. W słupskich realiach taki widok nie należy do codzienności, dlatego też te osoby zapadły mi w pamięć. 
 Muszę przyznać, że po raz pierwszy Słupsk zasłynął z czegoś naprawdę pozytywnego.  Muzycy byli zadowoleni z atmosfery jaką tworzyła doskonale bawiąca się publiczność, o czym mówili do nas wprost. Sam byłem pod wielkim wrażeniem, to był naprawdę niezwykły koncert .

Smuci mnie jednak to, że my, Polacy wciąż nie umiemy bawić się bez litrów alkoholu. Mimo ogólnej, pozytywnej atmosfery zabawy, pojawiło się parę osób, których zachowanie i stan upojenia urągały wszelkim normom kultury. Czy nie lepiej zapamiętać cały koncert, doskonale się bawiąc i bezpiecznie wrócić do domu? Niestety, zawsze pojawi się jakaś spocona, pijana w sztok tłusta świnia, która swoim zachowaniem bezlitośnie uprzykrzy komuś wieczór, a ze względu na swój stan nie będzie mieć w sobie odrobiny wstydu. Chciałbym, aby to się zmieniło. Weźmy przykład z zagranicznych gości, którzy podczas koncertu byli w szampańskich nastrojach, uśmiechnięci, życzliwi i trzeźwi, mimo wypitej odrobiny piwa. 

1 komentarz:

  1. Kto wrócił bezpiecznie, ten wrócił... :))

    A.

    OdpowiedzUsuń