czwartek, 7 marca 2013

Progresywnie Mi VI: Padre, Archangelica, Votum

Polska muzyka progresywna (nie będąca Riverside) jest niemal tak sielankowa jak na tym zdjęciu, są jednak przebłyski...

Trzeszczący okazuje się być dobrym rokiem dla rocka i metalu progresywnego. Zarówno krajowego, jak i zagranicznego. W szóstym odcinku cyklu "Progresywnie Mi" opiszę jednak nie tylko tegoroczne krajowe premiery, ale także jedną z końcówki roku poprzedniego. W tej odsłonie bowiem znajdziecie zeszłoroczny debiut Padre, tegoroczny debiut grupy Archangelica, a także kilka słów o trzecim krążku Votum. Jedyny mankament: wszystkie tworzą po angielsku, co jestem w stanie wybaczyć takiemu Riverside, ale nie wiem czy jestem to samo zrobić dla tych zespołów. Zaczynamy:


1. Padre - From Faraway Island (2012)


Jedna z tych płyt zeszłorocznych, na którą wcześniej nie znalazłem czasu, a gdy się za nią w końcu zabrałem to byłem poruszony i oczarowany. Okładka owszem może się wydać dziwna, ale w zasadzie pasuje do zawartości tej niezwykłej płyty. Osiem niezwykle przyjemnych utworów w całości zaaranżowane na instrumenty akustyczne, bez cięższych riffów czy rozbudowanych długich numerów. Debiutancki album Padre miał swoją premierę 21 grudnia, więc siłą rzeczy nie byłbym w stanie o nim napisać w tamtym roku, a jest to muzyka powiedziałbym bardziej jesienna, nawet wiosenna niż zimowa. Projekt założony przez grającego na klawiszach Krzysztofa Lepiarczyka (znanego z grupy Loonypark) jest bardzo spokojny, melodyjny i miły dla ucha, ciepły i subtelny. Z początku miałem wrażenie nawet, że śpiewa na nim Mariusz Duda, tymczasem Marek Smełkowski ma bardzo podobną, przyjemną barwę głosu. Choć nie jest to album odkrywczy, to jest bardzo klimatyczny i w sam raz na wieczór z herbatą i opasłym tomiszczem. Zapewne pisałem takie spostrzeżenie wiele razy, ale tym razem magia tego grania udzieli się przy lekturze wszystkim (i sądzę, że nie tylko) wielbicielom takiego grania. Ocena: 8,5/10


2. Archangelica - Like A Drug (2013)


Archangelica powstała w 2004 roku, założona przez klawiszowca Darka Ojdanę. Od tego czasu następowało wiele zmian w składzie, grupa zachowała jednak pierwotny styl klimatycznego rocka. W obecnym składzie jedynym członkiem z pierwotnego składu jest Maciej Engel. - czytamy na ich facebooku. Wydali dwa dema: tzw. self titled w2007 roku oraz "Where are you now?" w 2009. "Like a Drug" jest ich pierwszym pełnometrażowym albumem i premierę miał 28 stycznia tego roku. Instrumentalne, akustyczne intro z kobiecym chórkiem klimatycznie wprowadza do mocniejszego utworu tytułowego, w którym wyróżnia się riff i intensywnie nagłośniona perkusja. Bardzo dobrze wypada numer kolejny "Confession" w którym wokalista Krzysztof Sałapa przypomina trochę Chrisa Cornella (zresztą nie tylko w tym utworze, obaj panowie mają bardzo podobną barwę głosu). Mocną stroną tej płyty są też klawisze, które raz po raz przemykają gdzieś w tle, ale też otwierają utwór "Cathedral" (jeden z najciekawszych i najszybszych na płycie). Niewymienione utwory nie odstają od reszty, ale też nie wyróżniają się w znaczący sposób, ale nie są też wypełniaczami.
Nie da się uniknąć porównań czy skojarzeń do Riverside, ale także z brytyjskimi grupami Pendragon czy Arena. Kompozycyjnie nie jest to album wcale odkrywczy, ale bardzo przyjemnie nagrany, sprawny i dojrzały. Można też śmiało powiedzieć, że wciągający, choć nie powiedziałbym, że uzależniający. Nazwa średnio pasuje moim zdaniem do stylistyki, a okładka prezentuje się skromnie, ale jest udana i nieprzesadzona. Niespodziewana, ale bardzo udana płyta, którą zdecydowanie warto posłuchać. Ocena: 8/10



3. Votum - Harvest Moon (2013)

Trzeci album warszawskiego Votum mógł być ich najciekawszym, zwłaszcza z racji kapitalnej okładki, która mnie do niego właśnie przyciągnęła. Poprzednie jakoś mnie specjalnie nie poruszyły, a tak samo jest z najnowszym. Czemu? Z prostej przyczyny: nic nowego. I zabrakło melodyjności, która charakteryzowała albumy poprzednie, a zwłaszcza drugi, one najmocniej wyróżniały tę grupę spośród bardzo podobnego grania. Na trzecim jest wszystko i... przysłowiowe nic. Trochę szybkich temp, rozbudowanych wejść, lżejszych przerywników, łagodnych a nawet mocniejszych wokali, ale czegoś brakuje w tym wszystkim. Nie powiem, że świeżości, ale może własnej tożsamości, tak jakby ją zatracali. Jakby za bardzo chcieli się do kogoś (do Riverside? może do połamańców Dream Theater?) upodobnić. Mocniejsza sekcja rytmiczna i znacznie lepsza w stosunku do dwóch poprzednich rekompensuje jednak kompozytorską nudę. Najciekawszym utworem jest zdecydowanie "Numb", ewidentnie inspirowany Lunatic Soul Mariusza Dudy, który płynnie przechodzi w rewelacyjny "Ember Night", który najciekawiej się prezentuje z całej płyty jeśli chodzi o strukturę (ciężkie, pulsujące rytmy, niespokojna frenetyczna atmosfera). Podobnie niespokojna (a zarazem przywołująca patenty Riverside z "Reality Dream Trilogy") jest utwór "Coda" po którym następuje powtórzenie "Numb" (dla odmiany w wersji akustycznej). Całościowo płyta się trochę nie trzyma kupy, ale Ci którzy śledzą i lubią twórczość Votum zdecydowanie wyciągną sobie z tego albumu więcej i być może nawet będzie ich ulubionym. Dla mnie jak na razie, również Votum, nie zdołał przeskoczyć wysoko postawionej w tym roku progresywnej poprzeczki, jaką postawił swoim piątym albumem Riverside. Ocena: 7/10


2 komentarze:

  1. Napisze to po raz kolejny - podziwiam ilość tekstów jakie jestes w stanie wyprodukowac na tego bloga. "Lupus unleashed" jest zdecydowanie najbardziej aktywnym ze wszystkich odwiedzanych przeze mnie blogów. tak trzymac :)

    OdpowiedzUsuń