czwartek, 13 czerwca 2019

R11/185: Impact Festival (11.06.2019, Tauron Arena, Kraków)


Napisała: Karolina Andrzejewska (The Superunknown)

W tym roku Impact Festival organizowany w krakowskiej Tauron Arenie przyciągnął prawdziwe tłumy. Nie będę nawet udawać, że nie było to zasługą zespołu Tool, który pojawił się w naszym kraju po 12 latach przerwy. Oczekiwania fanów w związku z koncertem grupy były z pewnością mocno rozbudzone, biorąc pod uwagę chociażby fakt, że zespół podczas tegorocznej trasy prezentuje dwa nowe utwory, pochodzące prawdopodobnie z mającej ukazać się 30 sierpnia piątej płyty studyjnej w dorobku grupy... 


Nie należy jednak pominąć drugiej z gwiazd festiwalu, grunge’owej legendy, powstałego w Seattle i istniejącego od ponad 30 lat zespołu Alice in Chains. Choć występ Alicji był dość zachowawczy i skrojony na festiwalową miarę, to jednocześnie miał niesamowitą moc, a zaprezentowane przez Jerry’ego Cantrella i spółkę utwory zagrane były z właściwą frontmanowi precyzją i finezją. Od otwierającego „Them Bones”, które dosłownie wbijało w fotel, przez najświeższe „The One You Know”, a na zagranych w nieco wolniejszym tempie „Would?” i „Rooster” kończąc, Alice in Chains trzymał słuchacza w ryzach wspaniałego, ciężkiego, charakterystycznego dla siebie brzmienia. Mogłabym wystosować jedynie dwa zarzuty pod adresem koncertu moich niekwestionowanych idoli – było za krótko, a wokalny duet DuVall-Cantrell, choć dawał sobie radę naprawdę dobrze, momentami ginął przytłoczony przez głośność muzyki. Niestety, problem ten pojawił się również podczas występu Tool, można więc przypuszczać, że wtorkowego wieczoru zawiodły osoby odpowiedzialne za nagłośnienie areny.


Po tym jak Alice in Chains podgrzali atmosferę w hali, a schodzący ze sceny muzycy ochoczo machali zgromadzonym na trybunach fanom, nastąpiła przerwa, podczas której uwijający się jak w ukropie technicy błyskawicznie przeobrażali scenę w centrum dowodzenia dla Maynarda, Danny’ego, Adama i Justina. Bez zbędnych opóźnień, około 21:15, zupełnie niepostrzeżenie, spowici mrokiem, na scenę wkroczyli członkowie Tool. „Ænema”, od której rozpoczęli, nie pozostawiła złudzeń, że doświadczać będziemy czegoś absolutnie wyjątkowego. Dało się wyczuć to, jak bardzo publiczność spragniona była takich wrażeń. Na płycie odbywało się regularne pogo, a niektóre utwory wzbudzały w słuchaczach niemalże ekstazę. Myślę, że członkowie zespołu to wyczuwali i byli naprawdę zaskoczeni tym, jak ciepło i entuzjastycznie przyjęci zostali przez słynącą z gościnności polską publiczność. 

Moja pokoncertowa refleksja jest w tym przypadku przede wszystkim taka, że jeśli ktoś uparcie ignoruje fakt istnienia Tool i nie uważa zespołu za jeden z najlepszych na świecie, to musi odznaczać się wyjątkowym brakiem obiektywizmu. Zgodnie z tytułem jednej z dwóch nowych propozycji grupy – Tool pozostaje dla mnie niezwyciężony. I to na wielu płaszczyznach.  
Wspaniałe instrumentarium, w którego zbiorze trudno wskazać lidera, dopełniające się wzajemnie dźwięki, w sposób hipnotyzujący łączące się z wokalem, oraz magiczny klimat, który budowany był z pewnością także dzięki grze świateł oraz wizualizacjom. A do tego, perfekcyjne wykonanie, pełne zaangażowanie członków zespołu oraz przekrój największych dzieł grupy. Czy można życzyć sobie więcej? Otóż można - lepiej słyszalnego głosu Keenana, który momentami tłumiony był przez ścianę dźwięku tworzoną przez instrumenty. A przecież rzewny, niepokojący i mocarny zarazem wokal Maynarda to niezbędny element tej niepowtarzalnej układanki. 


Ciężko wybrać najlepiej zagrane podczas wtorkowego festiwalu utwory, koncerty Toola to dla mnie widowiska bez słabych punktów. Na pewno na wyjątkową uwagę zasługują dwie świeżynki – „Descending” oraz „Invincible”. To wycyzelowane, rozbudowane i wielowarstwowe kompozycje z charakterystycznym basem Justina Chancellora, zmianami tempa i długimi partiami instrumentalnymi. Trochę transowe, trochę opętańcze. Podobnie zresztą jak gra Chancellora na basie, na którą patrzyło się z nieukrywaną przyjemnością. Ogromną radość sprawiło mi pojawienie się w setliście „Forty Six & 2”, „Vicarious”, „Jambi”, oraz „Schism”, wszystkie one wypadły niezwykle monumentalnie i maksymalnie obezwładniająco. Podobnie jak tandem w postaci kultowych „Parabol/Parabola”. 


Co warte odnotowania, większość uczestników widowiska postawiła na jego odbiór zmysłami, a nie telefoniczne rejestrowanie każdego kawałka. To zdecydowanie wpłynęło też, moim zdaniem, na nastroje zgromadzonych, którzy żywiołowo reagowali niemalże na każdy dźwięk. Justin, Danny, Adam i Maynard przez cały swój występ dbali o to, aby to nie oni sami, ale ich muzyka przyciągała największą uwagę. Schodząc ze sceny, nagrodzili swoją publiczność oklaskami za aktywny udział w show. Keenan natomiast, swoim zwyczajem, pokazał się na chwilę widowni w świetle reflektora, po czym szybko zniknął za kulisami. Mam nadzieję, że tym razem nie na kolejne 12 lat.

Zdjęcia: Karolina Andrzejewska. Kopiowanie bez zgody zabronione.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza