niedziela, 12 stycznia 2020

R2/192: Kiev Office, Żurawie, Feeria (10.01.2020, Drizzly Grizzly, Gdańsk)


Są takie dni kiedy naprawdę trzeba się rozdwoić i być w dwóch miejscach jednocześnie. Oczywiście, nie jest to możliwe, nawet jeśli miejsca dzieli kilometr piechotą. Na szczęście od czego ma się współredaktorów, podczas więc gdy redaktor Kosznik udał się do Wydziału Remontowego na patronacki koncert grup Carnage, Hellvoid, Explozer i Dead Saints Bitch*, ja wybrałem się do klubu Drizzly Grizzly, będącego odpryskiem B90 i mieszczącym się obok tegoż, na koncert Kiev Office, Żurawie i Feeria. Ta pierwsza zresztą świętowała tego dnia premierę swojej najnowszej, szóstej studyjnej pełnometrażowej płyty zatytułowanej "Nordowi Môl"**. Jak wypadła moja piątkowa koncertowa delegacja?


Feeria
Od ciemnych barw zaczęła kolorowa sopocka grupa Feeria, bo na początku wybrzmiał nieźle zagrany cover "Paint It Black" The Rolling Stones, ale z czasem zrobiło się radośniej. Młoda grupa śmiało spogląda na psychodeliczne granie końcówki lat 60tych i początków lat 70tych, co słychać nie tylko w doborze coverów, ale także w autorskich, dość rozbudowanych kompozycjach. To właśnie one wypadały najciekawiej, zdradzając drzemiący w niej potencjał, choć muszę też przyznać, że brakuje w tej całej muzie jakiegoś własnego pomysłu. Do kompletu wybrzmiały jeszcze interpretacje motywów przewodnich z filmów i seriali, takich jak "El Mariachi/Desperado" czy z "Narcosa", co ciekawie ubarwiło ich set o latynoskie elementy, ale jednocześnie trochę kłóciło się z narkotykowymi odjazdami w autorskich kompozycjach. Po nich na scenę wkroczyły Żurawie, zespół z Gdańska, który pod koniec roku debiutował garażową epką "Powidok". Mocne, polskojęzyczne rockowe songi rozpięte między alternatywą, a muzyką rodem z teatrów makabresek, swoim stylem przypominały trochę dokonania Komet, Much, Fonetyki czy nawet miejscami Republiki, ale co istotne, zawierają w sobie dużo własnej tożsamości. Korzystają z dokonań tego typu grup, ale nie są zwyczajną kopią. Trio jeszcze bardziej niż interesująca, ale trochę niezdecydowana Feeria rozkręciła imprezę i bardzo przypadli mi do gustu. Będę wypatrywał kolejnych ich dokonań i koncertów, bo obiecujących trójmiejskich zespołów nigdy za wiele, a jak pokazuje cierpliwość i determinacja gwiazd wieczoru, czyli gdyńskiego Kiev Office, warto walczyć i mam nadzieję, że Żurawiom starczy odwagi i sił na rozwój, pełną płytę i mnóstwo świetnych dźwięków, którymi dadzą się poznać szerzej.

Żurawie
Kievów nikomu już chyba nie trzeba przedstawiać. Grupa niestrudzenie dowodzona przez Michała Miegonia najpierw odegrała cały album "Nordowi Môl", który tego wieczoru miał swoją premierę, jak również w drugiej części występu garść kawałków z poprzednich płyt. Najnowszy album wybrzmiał trochę mocniej aniżeli na albumie, zresztą prawidłowo - koncerty mają to do siebie, że grając całe albumy, zwłaszcza te najnowsze, trzeba umieć je dobrze sprzedać. Było więc ostro, melancholijnie, melodyjnie i efektownie. Doskonale brzmiały zarówno mocne punkowe numery, jak i te fragmenty, w których Kievy odjeżdżały w psychodeliczne, art rockowe pejzaże. Znakomicie uzupełniali je też goście, czyli grający na klawiszach Michał Tarkowski czy Julia Szczypior na żeńskich wokalach w materiale z najnowszego albumu. Atrakcyjnie wypadły też zagrane w drugiej części występu Gdynian znane wszystkim fanom Kievów utwory z poprzednich płyt, zgrabnie wpisując się w obecny kształt zespołu. Michał w pierwszej części prześmiesznie wyglądał w kapeluszu, który wraz z nową płytą stał się jego nowym atrybutem, a w drugiej znów żywo skakał po scenie, tak jak za dawnych czasów, kiedy Kievy budowały swoje zaplecze te kilkanaście lat temu. Momentami, zwłaszcza w drugiej części przypominały się wręcz czasy nieodżałowanej sopockiej Papryki, gdzie odbyła się premiera drugiej płyty grupy "Anton Globba", choć dzisiejsze Kievy to już zupełnie inny zespół. Bardziej doświadczony, świadomy swojej muzyki i żonglujący stylami, wciąż je rozbudowując po swojemu, ale nadal grając je z ogromną świeżością i radością. Nie ma też już Asi Kucharskiej, która mimo to w jakiś sposób zawsze będzie obecna w tych kawałkach, a trzeba przyznać, że Marcin Lewandowski choć odnajduje się w zespole znakomicie, gra sprawnie, to mam wrażenie na koncercie za bardzo chował się w cieniu Krzyśka i Michała.

Kiev Office
W Drizzly Grizzly nie brakowało publiczności, ta licznie zebrała się już na Feerię, nieznacznie rozrzedziła na Żurawie, gęstniejąc na powrót przy Kievach. Atmosfera, mimo "czarnego wietnamskiego" wstępu Feerii, była gorąca oraz kolorowa i chyba każdy wyszedł z klubu pozytywnie naładowany. Największą ciekawostką moim zdaniem, obok pozostającego w świetnej formie Kiev Office, okazał się jednak młody zespół Żurawie, który wyróżnia się obok kolegów z Feerii pomysłem na siebie, własną tożsamością, która tylko nieznacznie ogląda się na zespoły tworzące w podobnej estetyce łącząc rock z teatralnością, a czasem nawet bardzo dyskotekową elektroniką. O ile Kievy udowadniają, że mimo zmian wciąż można pozostawać sobą, o tyle Żurawie zdecydowanie pokazały, że w Trójmieście wciąż jest miejsce i zapotrzebowanie na młode, ambitne zespoły, które nie boją się przebojowości i eksperymentatorskiego sznytu. Ta makabreska, teatralność i sfera różnych absurdów zaś, dla wszystkich trzech zespołów bardzo fajnie podkreślała draperia wznosząca się nad sceną zwieńczona czaszką jelenia na wzór tej znanej z serialu "Twin Peaks". We wszystkich trzech przenikał się też bowiem świat rzeczywisty z tym nieodgadnionym i nie do końca namacalnym, a czymże wszakże są koncerty jeśli nie magicznym wejściem w światy fantastyczne?

Zdjęcia własne. kopiowanie bez zgody zabronione. 
Więcej zdjęć na naszym facebooku.
Relacja: tutaj.
* Nasza recenzja: tutaj.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza