sobota, 31 marca 2018

LUminiscencje: Dream Theater - Falling Into Infinity (1997)


W tym roku najprawdopodobniej najbardziej nielubiana, obok "The Astonishing", płyta Dream Theater skończy dwadzieścia jeden lat. Z jednej strony słusznie jest to płyta, którą uznaje się za jeden z najsłabszych ogniw dyskografii Bogów, ale z drugiej strony jest to album trochę niedoceniony. Czas przyjrzeć się "Falling to Infinity" nieco łagodniejszym okiem, a także z perspektywy osoby, która mimo wszystko lubi ten krążek, który powstał w okresie niezwykle trudnym dla grupy, a jednocześnie okazał się być przełomowym dla ich dalszego rozwoju... 

Po odejściu Kevina Moore'a w trakcie nagrywania "Awake" panowie z Dream Theater stanęli przed wyzwaniem znalezienia odpowiedniego zastępstwa na jego miejsce. Wybór początkowo padł na Jordana Rudessa, który dołączył do zespołu dopiero kilka lat później, odmawiając z powodu podpisanego kontraktu z Dixie Dregs. Drugim kandydatem był Derek Sherinian, który dołączył do zespołu i uczestniczył już przy nagrywaniu suity "A Change Of Seasons" do której wrócimy innym razem. Pisanie muzyki na czwarty studyjny albumu zaczęło się już na początku 1996 roku, ale przedłużało się aż do czerwca i lipca roku następnego kiedy to zarejestrowano ostateczne wersje numerów nad którymi pracowała grupa. Wytwórnia Elektra Records toczyła batalię z zespołem o przygotowanie utworów, które można by puszczać w radiu. O ile John Petrucci był skłonny iść na ustępstwa, o tyle Mike Portnoy się temu sprzeciwiał. Napisane utwory nie podobały się producentom, żądano skracania, licznych zmian aranżacyjnych, a nawet forsowano na zespole liryki pisane przez osoby postronne takie jak Desmond Child, który napisał tekst do utworu "You Not Me". Mike Portnoy wyznał później, że poważnie się zastanawiał nad opuszczeniem w tamtym czasie zespołu. Ostatecznie pod okiem i uchem Kevina Shirleya grupa zabrała się do rejestracji, a materiału miało wystarczyć na podwójny album, ale wytwórnia nadal żądała skrócenia zawartości nadchodzącego albumu. Grupa dopięła swego i tak, album trwa siedemdziesiąt osiem minut, a w dziesięć lat później w bootlegowej serii wydali dwupłytową właśnie wersje demo zawierającą całą pierwotną sesję, która pokazuje jak "Falling Into Infinity" mogło wyglądać - do niej również wrócimy w późniejszym czasie.

Wiele z planowanych utworów nie znalazło się na finalnej wersji czwartego krążka Dream Theater, a niektóre z nich zostały dodatkowo jeszcze skrócone podczas nagrywania. Kevin Shirley ciął również to, co zostało już nagrane, taki bowiem los spotkał środkową część utworu "Burning My Soul" wydzielając z niej instrumentalny "Hell's Kitchen". Nawet tytuł zdaje się w przekorny sposób oddawać w jakich mękach i złej atmosferze zdawał się powstawać ten materiał. Również Shirley zażądał żeby Desmond Child przerobił teksty napisane przez Petrucciego, a także Portnoya, LaBriego i Myunga. Ostatecznie przeróbki skupiły się na wspomnianym już "You Not Me" (pierwotnie "You Or Me"). Wytwórni nie podobało się, że zespół swoje frustracje i gniew związane z tym jak przebiegały nagrania wpisywał w słowa liryków, ale sporo z nich i tak w nich została w ostatecznie nagranych kawałkach. Sama rejestracja album, która odbyła się w The Power Station (obecnie Avatar Studios) w Nowym Jorku, w sercu Manhattanu, podobno miały przebiegać bez większych problemów. Portnoy chciał,  by album nazywał się "Stream Of Consciousness", ale Petrucci odrzucił propozycję i zaproponował "Falling Into Infinity". Okładkę albumu przygotował Storm Thorgerson, znany między innymi ze współpracy z Pink Floyd (więcej tutaj). Sam koncept grafiki czy też raczej zdjęcia jest naprawdę udany, choć może nieco rozczarowywać brak Majesty Logo (jest umieszczone jedynie na bocznej części wkładki, na drugiej stronie książeczki i na płycie) oraz charakterystycznej czcionki z nazwą zespołu.

Thorgerson zdecydował się na koncept lornetki przez którą obserwujemy dwóch mężczyzn siedzących na platformach umieszczonych na morzu. Obaj obserwują siebie nawzajem, a my ich przez pryzmat naszej własnej lornetki, której szkła nieoczekiwanie układają się w klepsydrę. Takie lornetkowe spojrzenie towarzyszy także zdjęciom umieszczonym w książeczce, niektóre są rozmyte i niewyraźne jakby jeszcze nie złapały odpowiedniej ostrości, niektóre zostały jakby potraktowane przez tak zwany efekt rybiego oka (zdjęcia przedstawiające muzyków), a inne przedstawiają zarówno same lornetki czy jednego z platformowych obserwatorów odwróconych bezpośrednio w naszą stronę. Co można zatem wypatrzeć przez lornetkę z logiem Teatru Marzeń?

Dream Theater (Derek Sherinian drugi od prawej w koszuli w czarne kropki)

Płytę otwiera nieco ponad ośmiominutowy "New Millenium" o dość niepokojącym początku opartym na klawiszach, melodyjnej i motorycznej zarazem gitarze, a następnie dość mrocznym, pochodowym rozwinięciu. Wyraźnie słychać w nim dużo lżejsze podejście niż, to które unieśmiertelniło grupę na albumie "Awake", ale nie można mu odmówić naprawdę ciekawego rozwijania się, wielu intrygujących rozwiązań czy znakomitej gry muzyków, zwłaszcza wysuniętego na pierwszy plan w kilku fragmentach klawisza Dereka Sheriniana. Zresztą to jeden z najciekawszych numerów płyty, do którego stylistycznie DT nawiąże kilka lat później w znacznie cięższej płycie "Train Of Thought". Krótszy o niemal połowę, bo trwający około pięciu minut "You Not Me" następuje po nim również jest całkiem interesujący choć daleki od oczekiwań, bo zawiera bardzo fajny ostry riff czy bardziej elektroniczne akordy klawiszy, choć wyraźnie słychać tutaj zmianę brzmienia, które jest dużo lżejsze i bardziej gładkie od poprzednika. Złośliwie można by powiedzieć, że to taka lepsza wersja tego, co próbowała w tym samym czasie osiągnąć Metallica albumami "Load" i "Re-Load". Pod względem muzycznym znakomicie wypada niepokojący "Peruvian Skies" o wolnym, chłodnym w swoim wyrazie tonie początku, które aż się prosi o nieco cięższy, jeszcze bardziej mroczny kierunek jednak panowie nieźle budują tutaj klimat delikatnym graniem, aż do faktycznego całkiem potężnego rozwinięcia mocniejszym gitarowym riffem i klawiszem, by następnie przejść w soczystą solówkę i genialny pasaż instrumentalny z małym popisem klawiszowym Sheriniana, który swoją obecność zaznacza w zupełnie inny sposób niż Moore, w bardziej szalony, w jakby improwizowany sposób.

Następujący po nim "Hollow Years" otwiera akustyczna gitara i zaczyna się ballada na miarę zakończenia suity "A Mind Behind Itself". W sam sobie jest to bardzo przyjemny kawałek, zwłaszcza jeśli traktować go jako wyciszenie po efektownej drugiej połowie "Peruvian Skies", ale nie należy on do moich ulubionych numerów zarówno na tej płycie, jak i z całej dyskografii zespołu. To taka typowa, przesłodzona i miła radiowa nuta, która nie wyróżnia się niczym szczególnym, a w przypadku takiego zespołu jak Dream Theater doskonale pokazuje jak bardzo nie pasowała im dyktowana przez producentów lżejsza formuła. Kapitalny zaś jest porywający "Burning My Soul" kontynuujący, a nawet rozwijający patenty z otwierającego płytę numeru. Ostry riff, mroczy klawisz, pochodowe i duszne tempo rozkręcające się do surowego i niezwykle wciągającego rozwinięcia. Świetny jest także wokal LaBriego, który choć nie intensywnie, korzysta ze swojej bardziej surowej, zadziornej barwy, a na refrenie oryginalnie, choć chyba niepotrzebnie podbija się go vocoderem. Brzmienie pozostaje w nim dość miękkie, ale wyraźnie słychać, że jest to numer surowy, ostry i z ogromnym potencjałem i gdyby nad nim popracować i odpowiednio dociążyć z bardzo dobrego byłby absolutną petardą. Jeden z moich najbardziej ulubionych z tej płyty. Kontynuuje go instrumentalny "Hell's Kitchen", czyli fragment wyjęty ze środka poprzedniego. Była to według mnie jedyna dobra decyzja podjęta przez producentów, gdyż 'Burning My Soul" z tym środkiem traciłby na impecie. Instrumental nie dorównuje co prawda perełce jakim był "Ytse Jam", ale stanowi całkiem niezłe zwolnienie i wyciszenie bez potrzeby sięgania po popowe zagrywki i do tego bardzo sympatycznie prezentuje Dereka Sheriniana i jego grę klawiszy, który doskonale odnalazł się w zespole i świetnie współgra z gitarą Petrucciego i perkusją Portnoya. Wprawne ucho zaś wyłapie chaakterystyczne progresje i zagrywki, które... zostaną wkrótce rozwinięte w jedną z najważniejszych płyt w dyskografii Dreamów, czyli "Metropolis Pt. II: Scenes From A Memory". Co ciekawe, na dwu płytowej wersji demo znaleźć można wszakże pierwszy jam wokół pomysłu kontynuacji "żartu" jakim była pierwsza część.


Płynne przejście do fantastycznego "Lines in the Sand" gdzie wita nas niemal ambientowy, wietrzny i mroczny zarazem klawiszowy wjazd przetykany gitarowymi zagrywkami, który przechodzi w gitarowo-perkusyjny pasaż i powoli rozwija się do bardzo smakowitego i melodyjnego grania z bogatym klawiszem i ostrą grą gitar i perkusji. To bodaj najciekawszy pod względem eksperymentowania z brzmieniem i popowymi naleciałościami kawałek w historii zespołu. Nie należący bynajmniej do krótkich, bo trwający dwanaście minut i pięć sekund, igra ze słuchaczem motywami, które swobodnie mogłyby znaleźć się na "Awake", art rockową i wczesną progresywną precyzją rodem z Yes czy Genesis, a nawet z bardzo ciekawym dodatkiem funky, soulu, gospel (gościnne wokalne wstawki Douga Pinnicka z King's X), a nawet jazzu (!). O połowę krótszy w zestawie jest numer następny, czyli "Take Away My Pain" prezentuje zupełnie inne granie, bo będąc półballadą wyraźnie jest lżejszy od poprzednika i znacznie mniej rozbudowany. To sympatyczny numer, choć brakuje mu nieco impetu, słychać tutaj, że pod względem lirycznym był rozważany jako mocniejszy, ale był długo modyfikowany do formy jaka ostatecznie znalazła się na albumie. Przyspieszenie następuje w znakomitym "Just Let Me Breath" z porywającym riffem i popisowymi klawiszami Sheriniana oraz świetnym budowanym na wydechach wokalach LaBriego, który udowadnia że mimo popowych zapędów producentów udało się mu z zespołem skomponować bardzo nośną piosenkę, o zadziornym, ostrym charakterze, nie tracąc przy tym nic z tożsamości i elementów, które w pewnym stopniu stanowią rozwinięcie tego, co znalazło się na "Awake".

Nieco rozczarowujący wydać się może numer następny, czyli ballada "Anna Lee". Witający nas klawiszowy moment usypia czujność, mruga do Kevina Moore'a, jakby panowie chcieli podkreślić że mimo braku jego obecności i Dereka Sheriniana na pokładzie wciąż tworzyć numery które do złudzenia przypominałyby o poprzednim klawiszowcu. Po chwili numer rozwija się wraz z dojściem gitar i perkusji, ale niestety w porównaniu do poprzednich dwóch numerów wieje w nim nie tyle nudą, co zbyt dużą ilością przesłodzenia. Gdyby go wyciąć album mógłby tylko zyskać, a tak niepotrzebnie wydłuża go o niemal sześć minut, a przecież do krótkich "Falling Into Infinity" nie należy zamykając się w siedemdziesięciu ośmiu minutach z sekundami. Na koniec druga długa kompozycja podzielona na trzy części, czyli "Trial Of Tears" trwająca nieco ponad trzynaście minut perełka. Spokojny, rozwijający się wietrzny wstęp w "It's Raining" zachwyca budowaniem napięcia, świetnie łącząc delikatne granie z porywającymi rozbudowaniami do coraz mocniejszego, intensywniejszego frazowania harmonii, wpierw w instrumentalu poprzedzającym ostatnią zwrotkę pierwszej części, następnie w pasażu składającym się na "Deep In Heaven", a następnie na znakomity finał w trzeciej części zatytułowanej "The Wasteland". Jakże cudownie było usłyszeć ten numer na żywo podczas koncertu w Gdyni! Co prawda już bez Sheriniana, bo z Rudessem i bez Portnoya bo z Manginim, ale uśmiech oraz odrobina deszczu w upalny wieczór zabrzmiała równie fantastycznie jak za każdym razem brzmi na płycie.

"Falling Into Infinity" to płyta przedziwna i zaskakująca zarazem. Na pewno nie jest to ten sam poziom który zespół reprezentował na "Images And Words" czy "Awake", daleki od fenomenalnej suity "A Change Of Seasons" (do której wrócimy innym razem), ale doskonale pokazujący wszechstronność grupy i siłę charakterów, która pozwoliła im mimo nie sprzyjających warunków album ukończyć. Nie ulega wątpliwości, że nie jest to najlepsza płyta w dorobku Dream Theater, ale nie należę do tych, którzy uważają że jest to album nieudany. Jest na nim kilka naprawdę świetnych numerów, mniej lub bardziej udanych pomysłów i rozwinięć, które mogły zostać rozwinięte w rzeczy naprawdę genialne, gdyby tylko producenci nie mieszali się w proces twórczy grupy. "Falling Into Infinity" to album niedoceniony, skierowany do mniej wyrobionych słuchaczy, łatwiejszy i naznaczony miękkim, często pozbawionym własnego charakteru brzmieniem, ale jednocześnie stanowiący ciekawostkę w rozwoju Teatru Marzeń, która przekornie nazywając swój czwarty pełny studyjny album "upadkiem w wieczność" igrała z własnym kryzysem i potencjalnym rozpadem oraz faktycznym unieśmiertelnieniem zarówno poprzednim jak i kolejnym krążkiem, który dla wielu stanowił pierwszy i najważniejszy, a na pewno równie przełomowy dla grupy jak "Awake". Wreszcie, i na tym zakończmy tę odsłonę, jest to płyta która z latami naprawdę pięknie szlachetnieje, zwłaszcza w perspektywie rozpatrywania jej przez pryzmat późniejszego o niemal dwie dekady "The Astonishing".


Tekst jest częścią recenzji pisanych w ramach współpracy z polskim fanklubem Dream Theater.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz