Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Portnoy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Portnoy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2023

Tydzień 1 - 12.11.2023: Różności #14

Kolejny tydzień za nami, także i tym razem nieco dłuższy, bo wydłużony o krótszy pierwszy listopada. Dwa pierwsze tygodnie tegorocznego listopada minęły głównie pod znakiem ogłoszeń i niespodzianek oraz patronatów medialnych. Poznaliśmy kolejnych artystów którzy wystąpią na przyszłorocznej edycji Ostrów Rock Festival, zapowiedziałem dwie patronackie płyty, o których wkrótce przeczytacie na naszych łamach oraz razem z redaktorem Jarkiem Kosznikiem przyjrzeliśmy się nieoczekiwanemu powrotowi Mike'a Portnoya do Dream Theater w powracającym cyklu Pod LUpą. Linki do tekstów jak zwykle znajdziecie w rozwinięciu!

poniedziałek, 6 listopada 2023

Pod LUpą: Powrót Króla (2)

 

Napisał: Jarek Kosznik

Pamiętam ten dzień sprzed ponad 13 lat, pewnego wrześniowego dnia, gdy po 25 latach wspólnej gry zespół Dream Theater opuścił perkusista Mike Portnoy. Ten szok i niedowierzanie wśród pokaźnej grupy fanów zespołu i liczne znaki zapytania nad przyszłością legend progresywnego metalu! Ja przyjąłem ten fakt z dość zaskakującą obojętnością. Dlaczego wtedy tak zareagowałem i jaki był powód kompletnej zmiany zdania u mnie na temat sekcji perkusyjnej zespołu po latach? Postaram się to wytłumaczyć w poniższym tekście.

sobota, 4 listopada 2023

Pod LUpą: Powrót Króla (1)


 

Wielu bardzo chciało, żeby ten dzień nadszedł, ale aż do teraz było to raczej mało prawdopodobne i raczej niewielu spodziewało się, że naprawdę wydarzy...

środa, 5 lipca 2023

LUminiscencje: Dream Theater - Black Clouds & Silver Linnings (2009) Część 2


 

Nad Dream Theater zbierały się czarne chmury, które zakończyły się burzą w postaci zmiany na stanowisku perkusisty i zaowocowały między innymi albumem "A Dramatic Turn of Events". Od ostatniej płyty studyjnej z Mikiem Portnoyem minęło niedawno czternaście lat, a od jego odejścia z zespołu niedługo minie trzynaście. To wbrew pozorom dużo czasu, choć niektórzy fani grupy, do dzisiaj się z tą zmianą nie pogodziło. 

W poprzedniej odsłonie LUminiscencji przyjrzeliśmy się i przysłuchaliśmy głównemu krążkowi, a tym razem sięgniemy po dodatkowy materiał jaki pojawił się w wersji rozszerzonej. Nie mam tu jednak na myśli wersji instrumentalnych, które znalazły się na dysku trzecim, a materiał coverowy pod wspólnym tytułem "Uncovered 2008/2009". Jak Dream Theater poradziło sobie z kolejną garścią klasyków? Dodatkowo, w tej części zajmę się również utworem "Raw Dog", ostatnim nagranym z Mikiem Portnoyem i który znalazł się na składance "God of War: Blood and Metal" wydanej jako epka powiązana z serią popularnych gier komputerowych "God of War".

piątek, 23 czerwca 2023

LUminiscencje: Dream Theater - Black Clouds & Silver Linnings (2009) Część I



 

Czarne chmury nad Teatrem Marzeń były zwiastunem zmian w zespole, które do dziś są przedmiotem rozważań wielu fanów. Dla jednych wraz z tym albumem nastał koniec cenionej grupy grającej metal progresywny, a dla innych poza zmianą na stanowisku perkusisty, która wydarzyła się kilka lat później właściwie nic się nie zmieniło. Tytuł dziesiątego albumu studyjnego Dream Theater okazał się jednak trafny i symboliczny, a sam krążek był także podsumowaniem dotychczasowej dyskografii studyjnej grupy zarówno w sensie właśnie symbolicznym, jak i dosłownym. Jak wypada ten swoisty koniec zespołu po czternastu latach od czasu premiery? Czy "Black Clouds & Silver Linnings" nadal jest ciekawą płytą i czy rzeczywiście był to koniec Dream Theater? 

W dwuczęściowych specjalnych LUminiscencjach przyjrzymy się tej właśnie płycie - w pierwszej części skupiając się na historii powstania albumu, odniesieniach i głównym krążku składającym się na dziesiąte wydawnictwo bogów progresywnego metalu.*

niedziela, 18 kwietnia 2021

Liquid Tension Experiment - LTE 3 (2021)

 

Napisał: Jarek Kosznik

Światowa pandemia koronawirusa poza wywróceniem świata muzyki do góry nogami poprzez uniemożliwienie występów na żywo , jak i mocno utrudniając kontakty międzyludzkie przyniosła też niespodziewanie pozytywny efekt w postaci albumów , które być może nigdy by nie powstały bez tej niecodziennej sytuacji. Należy do tej grupy z pewnością trzeci długogrający krążek superkwartetu muzyki progresywnej Liquid Tension Experiment pod tytułem „ LTE 3”, wydany po ponad 22 letniej przerwie. Tego to tak naprawdę chyba się nikt nie spodziewał...

czwartek, 10 września 2020

John Petrucci - Terminal Velocity (2020)


Napisał: Jarek Kosznik

Wielu osobom wydawało się, że ten moment nigdy nie nastąpi – jednak udało się! 28 sierpnia 2020 roku amerykański legendarny wirtuoz gitary, John Petrucci wydał po 15 latach swój drugi solowy album pod tytułem „Terminal Velocity”. Motor napędowy i serce legendarnego zespołu Dream Theater przez wiele lat gromadził materiał na następce „Suspended Animation”. Prace nad tym albumem zaczęły się już jakieś 12-13 lat temu, w bardzo odległych czasach, potem przebąkiwano o premierze w okolicach roku 2011. Być może to nieustanna, wyczerpująca praca z Dream Theater, przeplatana długimi, morderczymi trasami koncertowymi właściwie rok w rok tak mocno wydłużyła premierę drugiego solowego krążka.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Tydzień Urodzinowy: Dream Theater - Systematic Chaos (2007)


Bardzo trudno wybrać tę jedną płytę, która zmienia życie, otwiera nowe horyzonty, która permanentnie zmienia percepcję muzyczną, która była momentem przełamania i "incepcją" wszelkich poszukiwań gatunkowych. Mógłbym wymienić kilka, pośród nich znalazłaby się również "Mezzanine" Massive Attack, o której napisze redaktor Babski czy "A Matter Of Life And Death" Iron Maiden nad którą długo myślałem. Im dłużej się nad tym zastanawiałem, dochodziłem do wniosku, że zespołem który przewrócił mój cały muzyczny świat do góry nogami, był właśnie Dream Theater. A stało się to za sprawą ich "Systematycznego Chaosu"...

niedziela, 12 października 2014

Flying Colors - Second Nature (2014)


Jeden z licznych projektów byłego perkusisty Dream Theater doczekał się drugiej płyty. Nie wiem czy się cieszyć, bo debiutancki album tego zespołu nie przypadł mi do gustu, mimo, że wielokrotnie próbowałem się do niego przemóc. Transatlantic mnie ostatnio zraził nudą jaka wiała z ostatniego albumu, a pozostałych projektów od czasu opuszczenia przez Portnoya macierzystej formacji nie śledzę, bo tak naprawdę nie ma czego śledzić. Najnowszy album Flying Colors znów ma bardzo dobrą okładkę, a singlowy "Mask Machine" zaintrygował na tyle, że postanowiłem przysłuchać się tej płycie. Czy następca krążka z 2012 roku zasługuje na uwagę?

piątek, 12 września 2014

Bigelf - Into the Maelstrom (2014)


Amerykańska grupa Bigelf z całą pewnością nie należy do tych znanych. Raz w 2009 roku, byli co prawda w Polsce, ale nie wydaje mi się, aby zebrała liczną rzeszę fanów. Niewątpliwie jest to jednak grupa zaskakująca i zasługująca na uwagę. Ta istniejąca już od dwudziestu trzech lat grupa, niedawno przeszła poważne zmiany w składzie i wydała swój dopiero czwarty album studyjny. Co się na nim znalazło?

środa, 7 września 2011

Dream Theater – A Dramatic Turn Of Events (2011)



Czarne chmury, które zebrały się nad zespołem, gdy współzałożyciel i wieloletni perkusista Mike Portnoy ogłosił, że odchodzi z DT mogły przyczynić się do poważnego kryzysu (podobnego jak miało to miejsce, gdy z zespołu odszedł klawiszowiec Kevin Moore), jednak panowie i tym razem szybko znaleźli następcę – Mike’a Manginiego i przystąpili z nim do pracy nad jedenastą płytą. Jeśli przyjrzeć się okładce poprzedniego albumu „Black Clouds And Silver Linnings” widać na nich drzwi, wielokrotnie zastanawiałem się co za nimi jest, teraz już wiem, że przez nie wychodzi się na morze chmur i dokonuje sztuki iście cyrkowej. Spacer po linie na jednokołowym rowerku ze świadomością pękania tejże liny i czyhającego w morzu chmur straszliwego rekina pod postacią samolotu, to nie lada wyczyn. Dramatyczny zwrot wydarzeń nie dotyczył tylko radykalnej zmiany w składzie, ale także w podejściu do grania. Zwiastowany w „A Count Of Tuscany” zwrot ku bardziej lirycznym i przestrzennym dźwiękom na najnowszej płycie znalazło swoje rozwinięcie, jednakże w dość nieoczekiwanej formie.

niedziela, 23 stycznia 2011

Wspomnienia i refleksje (część II)

Bonhamów dwóch:
moc zaklęta w drewnianej pałeczce

John „Bonzo” Bonham. Nie ma chyba osoby na świecie, która by nie słyszała tego nazwiska, która choć raz nie słyszała jego cudownej gry. Nie ma chyba osoby, która by nie słyszała o Led Zeppelin… A takich bębniarzy jak Bonham dziś można policzyć na palcach. Mi do głowy przychodzi tylko pięciu. Są to: Mike Portnoy (były perkusista Dream Theater), Jason Bonham (syn Bonza), Dariusz „Daray” Brzozowski (Dimmu Borgir, Hunter, Black River), młody Curtis Smith (z The Brew) i Marcin Bocheński (ze State Urge).
Przyjrzyjmy się im, a zwłaszcza Bonhamom i fenomenowi Zeppelinów. Fenomenowi, który zmienił świat muzyki na zawsze. Fenomenowi, który wciąż żyje dzięki nim – perkusistom, którzy wiedzą, znają i czują potęgę tego instrumentu bardziej niż ktokolwiek inny.

Nikt nie zaprzeczy, że bez Bonhama nie byłoby Zeppelinów. Nikt nie potrafi sobie pewnie wyobrazić „Imigrant song” czy choćby „Moby Dicka” bez jego perkusji. W każdym razie dziś na pewno trudno sobie to wyobrazić. W tamtych czasach wcale nie było to takie oczywiste. Paradoksalnie, kiedy Bonzo zakrztusił się śmiertelnie swoimi własnymi wymiocinami, pozostali członkowie Zepów wiedzieli, że bez niego nie mogą kontynuować. Że misja Led Zeppelin się skończyła i rozwiązali grupę, ostatecznie żegnając się płytą „Coda” z 1982 roku zawierającą odrzuty z różnych lat i z różnych sesji nagraniowych. Ale jakie odrzuty (!): wśród nich kapitalna solówka Bonhama „Bonzo’s Montreaux”…
                Kiedy w 2007 roku, po dwudziestu siedmiu latach reaktywowali się w oryginalnym składzie, na jeden jedyny koncert na brytyjskiej Arenie O2, wiedzieli też, że za perkusją może zasiąść tylko Bonham. I zasiadł. Syn Bonza – Jason Bonham – to jak mówił, Jimmy Page: „replika ojca nie tylko w fizycznym sensie, ale także pod względem psychicznym. On dorastał z tą muzyką, z grą swojego ojca. Gra ją ze swoim zespołem, czuje ją bardziej niż ktokolwiek inny. Wiedzieliśmy, że nie może z nami zagrać nikt inny, że to musi być Jason. Nie było innych kandydatów. Nie braliśmy w ogóle pod uwagę innej opcji…”
Sam redaktor Kaczkowski poświadczał, że czuł się, tak jakby był na koncercie nie w 2007 roku, ale jak w latach świetności Zepów – latach 70 i podkreślał, że gra Jasona jest fenomenalna. I trzeba przyznać redaktorowi rację, jest perkusistą fenomenalnym.
Wystarczy posłuchać jak bębni utwory Zepów – naprawdę czuje to, co gra. Potrafi je wyczarować, wybębnić tak, jak robił to jego ojciec, tak jakby sam nim był. Jednocześnie ma swój własny styl, nie jest kopią, tylko, pozwólmy sobie na to określenie: lepszym, doskonalszym modelem. Nie, nie przebije Jason swojego ojca, może mu tylko dorównać, i robi to wspaniale. Nie mierzy się z legendą swojego ojca, on tworzy własną legendę.
Wystarczy też posłuchać świetnej płyty zespołu Black Country Communion „Black Country” na której Jason gra obok genialnego gitarzysty Joe Bonamassy, legendarnego basisty Deep Purple i Black Sabbath Glenna Hughesa oraz byłego, wyśmienitego klawiszowca Dream Theater Dereka Sheriniana. Po prostu mistrzostwo świata.
Mike Portnoy, znany przede wszystkim jako założyciel i pałker znakomitego Dream Theater, podkreślał wielokrotnie, że John Bonham należy do tych perkusistów, którzy go inspirowali, inspirują i mają wpływ na to, jak bębni. I to słychać. Portnoy niesamowicie buduje, czy też raczej budował, klimat wielu wybitnych utworów DT od samego początku, od pierwszej płyty grupy, ale także fantastycznie czuje jak grać utwory innych zespołów, choćby nawet Zeppelinów czy Deep Purple. Rozkosz dla uszu. A perkusyjna wersja utworu „Nightmare” Avenged Sevenfold z zeszłorocznej płyty pod tym samym tytułem, którą wykonuje ze swoim dziesięcioletnim synem Maximilianem (!) to po prostu coś tak genialnego, że dosłownie nie znajduję słów. Jaka szkoda, że na kolejnej zapowiadanej na ten rok płycie DT, a także na następnych (?), nie usłyszymy jego gry. Jest to strata ogromna, bo DT bez Portnoya nie będzie tym samym, będzie zaledwie namiastką, tym, czym mógł być Led Zeppelin gdyby kontynuował bez Bonhama.
Dariusz „Daray” Brzozowski – nasz człowiek w norweskim Dimmu Borgir to bębniarz niezwykle wszechstronny i utalentowany. Na próżno doszukiwać się u niego Bonhamowskiego szlifu. To inna szkoła, ale nie można odmówić mu geniuszu, świadomości, że to co robi, jest wielkie. Zaczynał skromnie, w trash metalowej warszawskiej kapeli Geisha Goner, z którą nagrał dwie płyty i wraz z jej rozwiązaniem grał przez jakiś czas w Vaderze (!). Ostatnio oprócz gry w black metalowym Dimmu Borgir, można go usłyszeć na rewelacyjnej płycie Huntera „Hellwood” i dwóch, a właściwie to trzech („Black River” z 2008 i „Black’N’Roll z 2009, trzecia to kompilacja odrzutów zatytułowana „Trash” wydana w grudniu 2010 roku), wyśmienitych płytach supergrupy Black River.
I wreszcie młodzi, zaledwie dwudziestokilkuletni muzycy…
Curtis Smith – fenomenalny i niezwykle utalentowany chłopak z Wielkiej Brytanii grający w znakomitym zespole The Brew, obok swojego przyjaciela, rówieśnika i genialnego gitarzysty Jasona Barwicka, to chyba nowe wcielenie Johna Bonhama.
Piszę to z pełną świadomością, bowiem wystarczy posłuchać fantastycznych płyt grupy, żeby usłyszeć, że nad chłopakiem czuwa wielki bębniarz. Czuje młody Curtis stylistykę lat 60, a zwłaszcza stylistykę lat 70, w której Bonham miał właśnie swój czas.
Był 23 dzień kwietnia 2010 roku, kiedy w gdyńskim Uchu na koncercie The Brew tłum skandował: „Moby Dick! Moby Dick!”, a Barwick mówił: „Nie, nie zagramy coś naszego...”, ale tłum nie dawał za wygraną i młody Smith zagrał „Moby Dicka”, ale jak…!!!!
Curtis Smith zagrał ten utwór tak niesamowicie, tak genialnie i absolutnie fantastycznie, że odpłynąłem na te dziesięć minut gdzieś indziej. Przez dziesięć minut (a tak naprawdę przez cały koncert) byłem, zupełnie jak redaktor Kaczkowski, w latach 70… Na scenie niemal widziałem Hendrixa na gitarze (!) i Bonza Bonhama na perkusji (!)… to On grał „Moby Dicka”… Czułem jak, po policzkach ze wzruszenia spływają mi łzy… do dzisiaj, jak o tym pomyślę przechodzą po mnie ciarki… dla takich chwil warto żyć… oj warto…
Śmiało można stwierdzić, że Curtis dorównał wielkiemu Bonzo, stał się taką samą legendą jak On.
A stać się legendą za życia ma szansę niewielu. Mu się udało i podtrzymuje ją w wielkim stylu. Przekonajcie się sami, już trzynastego kwietnia tego roku: The Brew, a wraz z nim Curtis Smith, zawita do gdyńskiego Ucha ponownie… będzie się działo!!!! A jesienią czwarta płyta tego niezwykłego tria… (!)
                Ostatnim perkusistą, na którego chcę zwrócić uwagę, to Marcin Bocheński z trójmiejskiej formacji State Urge. Ten młody, zasługujący na uwagę, niezwykle utalentowany perkusista gra z potężnym i niesamowitym wyczuciem. On czuje i przeżywa w pełni to, co gra. Tak naprawdę, obok równie wyśmienitych kolegów z zespołu, wysuwa się na pierwszy plan. Jest najważniejszą osobą w zespole, jednocześnie pozwalając na to, aby pozostali muzycy nie pozostawali w jego cieniu. Każde uderzenie pałeczki, każdy ruch hi-hata czy crasha – jest perfekcyjnie zharmonizowany z całością, żadnego zbędnego dźwięku, czy zbędnego uderzenia. Duch Bonhama unosi się nad Bocheńskim i słychać to w każdym utworze, czy to w kompozycjach zespołu State Urge, czy w genialnie zagranych coverach zespołów, przeważnie będących z tamtych lat. Kiedy schodził ze sceny gdyńskiego Blues Clubu spływał po nim pot, było widać zmęczenie i… satysfakcję. W pełni zasłużoną satysfakcję, bo Marcin odwala kawał dobrej roboty i trzymam kciuki za dalsze postępy w jego grze. Za jego kapitalny zespół i talent, który nie może się zmarnować. Chłopak ma ogromny potencjał, który mam nadzieję nie pójdzie na marne. A w każdym razie byłaby wielka szkoda…

                Bonhamów dwóch. Stary Bonham, legenda, która od trzydziestu lat bębni w największej orkiestrze świata i młody Bonham, który kreuje swoją własną legendę.
I wielu wspaniałych bębniarzy, którzy znają i czują twórczość pałkera Zepów, nad którymi unosi się jego duch i siła… Ta wszechwładna moc zawarta w pałeczce, która wprawia firmament w drżenie, która sprawia, że nawet deszcz milknie… - szamani, zaklinający potęgę instrumentu, na którym grał Bóg. Nie bójmy się tego określenia, Bonzo był Bogiem… zatopmy się w tych dźwiękach i niepozwólmy, aby zostały zapomniane. Niech poruszają kolejne pokolenia, kolejnych muzyków, a zwłaszcza - perkusistów. Niech jego geniusz przepływa przez młodego Curtisa i naszą trójmiejską nadzieję - Marcina Bocheńskiego do głębi, do końca ich dni; dni spędzonych na rozwijaniu pasji, jaką jest gra na tym cudownym instrumencie: perkusji…