Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shadowsight. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Shadowsight. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

R9/84: Tesla Gun, Savant, Shadowsight, Hectic (10.04.2014, Gdynia, Ucho)


Shadowsight to chyba jeden z najbardziej lubianych metalowych zespołów w Trójmieście. Ponownie reaktywowany przez Michała Marcinkowskiego, który obok Łukasza Szczepańskiego jest jedynym stałym członkiem tej grupy, ponownie dał czadu w Uchu. Tym razem w towarzystwie intrygującej, debiutującej kapeli Tesla Gun, a także znanych i równie lubianych grup Savant i Hectic...

wtorek, 8 kwietnia 2014

Shadowsight: Marzeń wciąż przybywa - wywiad

Shadowsight A.D 2014

Już 10 kwietnia w gdyńskim Uchu zaprezentuje się reaktywowany po ponad roku milczenia zespół Shadowsight, który zagrał między innymi na pierwszej zimowej odsłonie LupusFestu w lutym 2012 roku. O długo wyczekiwanym powrocie, planach i o nadchodzącym koncercie, opowiada Michał Marcinkowski, gitarzysta, wokalista i lider zespołu.

sobota, 19 stycznia 2013

R2/54: Lupus Winter Fest II (17.01.2013, Hi-Fi, Gdańsk) Podsumowanie


Relacja. Niezupełnie, raczej podsumowanie. Z własnej imprezy bowiem nie wypada pisać relacji senso stricto, byłoby to nieprofesjonalne i niestosowne. Dlatego tym razem dla odmiany nie będzie zgryźliwych komentarzy, czy przemyśleń. Tylko obserwacje, zasłyszane opinie i kilka innych faktów. A przede wszystkim kilka zdjęć, które chyba najlepiej pokażą jak się zespoły i zebrana publiczność bawiła na organizowanym, zabrzmi nieskromnie, ale to rzecz wiadoma przecież wszystkim, przez nas wydarzeniu, jakim był drugi Lupus Winter Fest, który odbył się z okazji dwóch lat istnienia bloga...

sobota, 22 września 2012

Hateseed - nowy skład




W gdańskim zespole Hateseed doszło do poważnej zmiany w składzie, oto co piszą w liście do swoich fanów:

"ODEJŚCIE KAMILA, NOWY SKŁAD, KONCERT I NOWY LP.

Zastępy Nienawiści,

W zespole Hateseed doszło niedawno do głębokich zmian. Grupę opuścił nasz gitarzysta Kamil Janulewicz. Oto, co mówi o swojej decyzji:

Podjąłem trudną ale konieczną decyzję o opuszczeniu Hateseed. Dziękuję Łukaszowi, Bartowi oraz Jackowi za trzy lata współpracy. Przez cały ten okres zespół stanowił dla mnie niezwykle ważną część życia. Życzę chłopakom samych sukcesów. Dziękuję również wszystkim fanom kapeli dla których miałem przyjemność grać. Wierzę że w najbliższej przyszłości spotkamy się na scenie. Let the metal flow!

My również dziękujemy Kamilowi za wszystkie wspólne próby i koncerty oraz życzymy mu sukcesów w jego dalszej muzycznej drodze. W galerii znajdziecie zdjęcia z naszego ostatniego wspólnego występu na białostockim Żubrfeście - było dobrze!

Jednocześnie z radością ogłaszamy, że nowym gitarzystą Hateseed został Michał Marcinkowski (ex-Shadowsight), z którym nie raz dzieliliśmy już scenę przy okazji wspólnych występów z jego poprzednią kapelą. Jesteśmy pewni, że wniesie wiele do zespołu, znamy przecież nie tylko jego poświęcenie muzyce i świetną technikę gry, ale też umiejętności wokalne i kompozycyjne. Michał - witamy na pokładzie Ognistego Rydwanu Hateseed!

Minęło ledwie kilka dni odkąd uzupełniliśmy skład, a już szykuje się chrzest bojowy - 29 września w gdańskim RockOut Pub zagramy u boku The Meizterz - obecność obowiązkowa!

Jednocześnie zespół wciąż pracuje nad nowym materiałem, by na wiosnę 2013 przystąpić do nagrań drugiej płyty - następcy "Hate Comes Crawling". Kto wie - może już w Rockoucie poznacie kolejny numer, który znajdzie się na tym krążku?

Stay Heavy!"

Źródło: materiały udostępnione przez zespół

czwartek, 17 maja 2012

R4/32: Elm Street, Deathinition, Shadowsight, Inner Strife (Gdynia, Ucho 15-05-2012)


Na jedną noc ulica Św. Piotra, przy której mieści się gdyński klub muzyczny Ucho zamieniła się na ulicę Wiązów. A wszystko za sprawą australijskiego reprezentanta thrash metalowego revivalu – Elm Street.

wtorek, 24 stycznia 2012

poniedziałek, 16 stycznia 2012

LupusWinterFest 18.02.2012 (Infinium, Gdańsk)

Niedługo podobne logo znajdzie się na witrynie (plakat imprezy wkrótce)

Z okazji roku działalności autorskiego bloga LupusUnleashed (która mija 17 stycznia) zapraszam na koncert, którym chcę inicjować serię muzycznych wydarzeń pod szyldem mojego bloga. Spośród kilkunastu trójmiejskich zespołów (na dobry początek) wybrałem cztery - o różnym profilu stylistycznym i gatunkowym. Zespoły te grają dla Was - publiczności i tylko dzięki Wam mogą przetrwać (nie tylko w pamięci), dlatego proszę przyjdźcie na koncert, nie na wybrany zespół. Pokażcie zespołom i sobie, że Wy jako słuchacze i fani jesteście siłą i jedną rodziną bez względu na to co dany zespół sobą reprezentuje!

czwartek, 24 listopada 2011

RXXVI: Blue Jay Way, Mandalor, Shadowsight (23 XI 2011, Ucho, Gdynia)

Trójmiasto wzbogaciło się o kolejny bardzo ciekawy zespół. Obok grup, które konsekwentnie budują swoją reputację i należą niewątpliwie do najważniejszych młodych zespołów Trójmiasta, zaprezentował się pierwszy raz zespół Mandalor. Ciężko stwierdzić, kto był największą gwiazdą tego koncertu – wszystkie pokazały klasę i zagrały bardzo dobrze. No, ale zacznijmy od początku.

Filip Arasimowicz
Najpierw wystąpił zespół, który poniżej pewnego poziomu nie zejdzie chyba nigdy. Blue Jay Way zaprezentował utwory znane chyba już wszystkim, jak również zupełne nowości. Na początek „Zabójcze maszyny” – jeden z najświeższych kawałków, a później obok hitów jakimi są „A niech ma”, „Pierdolone życie”, „Amerykański” czy „Pragnę Cię” również inne nowości: „Utopijny świat” i bardzo interesujące ostre „Cztery Ściany”. 
Tomek Besser
Nie zabrakło też zawsze fantastycznego utworu „Ostatnie tchnienie” – przy którym nie mogło się obyć bez ciarek na plecach - co jest takiego w tym utworze? Nie wiem, ale należy do moich najbardziej ulubionych utworów BJW, obok „A niech ma” i dawno nie granego już „Opętanego”. Zagrali trzynaście numerów, jako ostatni wybrzmiał „Rock’n’roll” po czym udostępnili scenę chłopakom z Mandalora.


O tym drugim zespole trzeba napisać nieco więcej. Mandalor powstał z inicjatywy gitarzysty Piotra Ryżyńskiego i perkusisty Damiana Ciupińskiego. 
W październiku 2010 roku do duetu dołączył drugi gitarzysta – Dominik Niklas. Przez jakiś czas wokalistą zespołu był Mateusz Styk, jednak ten odszedł z zespołu, by dołączyć do Babiaków.
Piotr Ryżyński

Nieco później do Mandalora dołączył basista – Michał Geratowski. Z nowym wokalistą jednak Mandalor miał większy problem i szukali go ponad trzy miesiące i w końcu stanowisko gardłowego objął Oskar Charuta. Minęły cztery miesiące i Mandalor postanowił pokazać się na żywo. Nazwa grupy to z kolei gra słowna – odnosząca się zarówno do Mandalorian z Gwiezdnych Wojen, ale również do słowa „mandala” pochodzącego z religii hinduskiej, które jest odpowiednikiem chrześcijańskich ikon. Samo słowo oznacza zaś zdrowie, szczęście. Nie da się Mandalora jednoznacznie zaszufladkować, bowiem to, co chłopaki grają, wymyka się wszelkim klasyfikacjom – i bardzo dobrze, bo wcale nie miałem zamiaru przymierzać się do ustalania stylu. Nie oto przecież chodzi, żeby z góry wrzucać kapelę do worka z etykietką. Jak mówi gitarzysta grupy Piotr Ryżyński: Gramy co nam wpadnie do ucha i dobrze nam idzie. Nie ma w tych słowach ani krzty przekory, bo faktycznie dobrze im idzie. Ich granie to luźna mieszanka post-metalu z hard rockiem, punkiem, popem a nawet rapem. Gdzieś przemykają nawet stoner i groove metalowe skojarzenia – w każdym razie jest energetycznie, brudno i ciekawie.
Michał Geratowski

Mandalor zaprezentował zaledwie osiem kawałków – wszystkie jednak były ich własnymi kompozycjami, co już pokazuje zespół w bardzo dobrym świetle, że nie brali na warsztat żadnych coverów, tylko od razu uderzyli własnym pełnym setem. Trzy utwory zasługują na szczególne zauważenie, a przynajmniej mi właśnie one najbardziej wbiły się w pamięć. Pierwszy z nich to znany już niektórym z wrzuty bardzo interesujący „Pasożyt” – szybki, pędzący riff, chwytliwa melodia i świetny tekst. Rys lat 70 i 80 przywołujący polskie legendy takie jak TSA czy Turbo – rewelacja. Bardzo podobał mi się „Plan B” – równie przebojowy i szybki, momentami zbliżający się do punk rocka potraktowanego pustynnym niskim brzmieniem. Mateusz Fudala - gitarzysta zespołu Call The Fire Brigade powiedział mi niedawno, że u nas w Trójmieście powoli robi się zagłębie stonerowego grania. I coś w tym jest, Mandalor bowiem daleko do takiego grania nie ma, a na pewno gdzieś w kategoriach stoneru mieści.

Damian Ciupiński
Oskar Charuta
Dominik Niklas














Ciekawą odskocznią był nieco lżejszy utwór „Adrenalina”, w którym tekst został… zarapowany. On również bardzo dobrze zabrzmiał. Cóż jeszcze… duży plus za polskie teksty, bardzo dobra gra Ciupińskiego na perce, interesujący i sprawny wokal Oskara – więcej zadziorności i pewności siebie nie zaszkodzi i małe zastrzeżenie do postawy Dominika Niklasa – więcej ruchu, stać jak kołek przez cały czas, podczas gdy gitarzysta, basista i wokalista są w ruchu trochę nie wypada, no ale czepiam się.
Mandalor wszak debiutował – więc stres i spina swoje zrobiła, ale nie zmienia to faktu, że dali bardzo dobry, interesujący koncert. Trzymam kciuki za Ryżego i jego Mandalora – o tej kapeli pewnie będzie jeszcze głośno, a Blue Jay Way powinno mieć się na baczności, pojawił się poważny konkurent!

Ostatni zagrał zespół Shadowsight, który powrócił po kilku miesiącach milczenia w nowym, aczkolwiek tymczasowym składzie. Na perkusji wystąpił gościnnie Damian Ciupiński (gratulacje za wytrzymanie dwóch pełnych setów bębnienia) oraz basista Miłosz Gasiuk.
Miłosz Gasiuk
Na zgranie się zespół miał niecały miesiąc i ograniczony czas prób. 
(Patrząc od lewej) "Fiefiur" i Michał
Sądzę jednak, że wyszedł z tego fantu obronną ręką. Czy też raczej rękami. Na początek potężny „Nemesis”, następnie ani na moment nie zwalniający tempa „Marauders”, zaraz po nich melodyjny i pachnący Iron Maiden „Where The Eagles Fly”, nie zabrakło też zaśpiewanego przez "Fiefiura" (gitarzystę i współzałożyciela grupy) przebojowego i odśpiewanego razem z publicznością „Marco Polo” i utworów z najnowszej epki zespołu w tym również bardzo dobrego numeru „The Valley of Elah” inspirowanego biblijną przypowieścią o Dawidzie i Goliacie. Koncert zakończył numer „Pirates of the West”. Pomiędzy kolejnymi utworami zostały również zaprezentowane solówki – gitarowa Michała Marcinkowskiego oraz perkusyjna Ciupińskiego.

Finito koncertu Shadowsight
Shadowsight brzmiał mocno i wciągająco – tłum pod sceną bawił się naprawdę dobrze i w sumie się nie dziwię, bo chłopaki zagrali chyba najlepszy koncert w swojej karierze. Mimo pewnych niedociągnięć, pomyłek i problemów, do których przyznał się sam Marcinkowski, zespół pokazał klasę – jak powinien wyglądać dobry koncert oraz wraz z kolegami z pozostałych dwóch zespołów, że trójmiejska, wciąż jeszcze undergroundowa, scena muzyczna ma się dobrze i co najważniejsze rośnie w siłę.

Na koniec powinny być podsumowania, ale wszystko zostało już powiedziane. Cóż zatem? Tym razem mały apel do wszystkich producentów, wytwórni i tych, którzy są w stanie underground zmienić w mainstream (lub przynajmniej sprawić, że o tych – i innych zacnych – zespołach będzie głośniej również w kraju, a może nawet za granicą, a nie tylko w Trójmieście). Całkiem możliwe, że i tacy się znajdą pośród tych kilku, kilkunastu osób, które wchodzą na tego bloga i go czytają, za co serdecznie w imieniu swoim i wszystkich opisywanych (lokalnych i naszych mniej znanych krajowych zespołów) serdecznie dziękuje. Te trójmiejskie kapele udowodniły i jeszcze nieraz udowodnią, że są zespoły, które warto i trzeba wspierać, pomóc im się przebić. Jest ogromny potencjał i masa świetnych, ciekawych pomysłów – ciągle jednak brakuje kogoś, kto obróci stagnację, jaka od lat panuje w naszym kraju na korzyść tych zespołów. I nie tylko tych. Trójmiejskiej sceny muzycznej w ogóle. Im więcej się będzie o nich mówić, pisać i słuchać tym większe szanse będą miały na wybicie się. Te słowa, na moim blogu, to zaledwie mały krok, aby to zmienić, duży dopiero nastąpi, jeśli pomożemy im. Wystarczy chcieć, a czasem odrobina chęci może zdziałać więcej właśnie dla nich. Mały ruch pozwoli im przetrwać, a to jest najważniejsze nie tylko dla nich, ale i dla wszystkich, którzy cenią dobrą muzykę i zabawę na koncertach. Zarówno my fani, słuchacze, koledzy i koleżanki zaangażowanych w te projekty osób, ale również wszyscy Ci, którzy mają środki i kontakty, jesteśmy zdolni by poruszyć machinę, która choć sprawna, wymaga naoliwienia i wymiany części. Do dzieła!

piątek, 1 lipca 2011

Relacja XV: Heavy Metal Night (Ucho, 29 VI 2011)

Z pozdrowieniami dla Brodacza

Jak miło jest po robocie pójść na koncert, wrócić późno i następnego dnia będąc niewyspanym znów pędzić do roboty. A już w ogóle cudownie jest jak wszystkie zespoły reprezentują sobą wysoki poziom i grają po prostu iście „zajebisty” koncert.
Po bardzo ciężkich i ekstremalnych klimatach przyszedł czas na nieco tylko lżejsze granie. Trzy zespoły i dwa podejścia. Jeden zespół parający się nieco ostrzejszą odmianą metalu progresywnego i dwa grające klasyczny heavy/power metal. Jako, że nie należy szufladkować żadnego zespołu gatunkowo, toteż zamiast to robić, jak w poprzednim zdaniu, należy po prostu się dokładnie przysłuchać i spojrzeć na ich twórczość bliżej. Zaczynamy:

Diavolopera


O nazwie grupa pisze tak: Diavolopera – znaczy tyle, co diabelska opera bądź opera diabła; w symbolice numerologicznej wibracja cyfry 1; z hiszpańskiego... gatunek gruszki. Dla nas to groteskowe, nieco cyniczne i przewrotne połączenie dwóch wyrazów w jednej frazie, cechujące dualizm jak i dystans do świata zewnętrznego i zastanego w nim porządku.
Zespół z kolei powstał na przełomie sierpnia i września 2009 roku z inicjatywy perkusisty Sławka Kliszewskiego, do którego ostatecznie dołączyli gitarzysta Robert Bandżul, basista Mirek Abramowicz i klawiszowiec Przemek Cygański. Żmudne poszukiwania wokalisty zakończyły się wiosną 2010 roku, kiedy dołączyła do nich Julia Grisznina.
W tym samym czasie zmienił się klawiszowiec, którym ostatecznie został Tomasz Bartoszek.
Latem 2010 roku grupa wydała debiutanckie demo, na którym znalazły się trzy kawałki (na klawiszach wówczas grał Roman Wróblewski, a także Janek Banas na drugiej gitarze).
Zespół połączył ze sobą orientalny szlif i ciężkie brzmienia z melodyjnym wokalem i chwytliwym refrenem.

Nie będę się rozpisywał o każdym utworze, bo nie ma to najmniejszego sensu, w wypadku tej grupy bowiem słychać zarówno profesjonalizm (wszak to grający już dobre kilka lat muzycy z uznanych, lokalnych grup m. in. Norden czy Sonheillon), jak i pomysł. Jest to granie mocne, bardzo interesujące stylistycznie i przywołujące na myśl późne Dream Theater zmieszane z Dark Tranquillity i szczyptą epickiego metalu w stylu Bathory’ego. Niezwykle intrygujący jest głos Julii. Jako, że nie przepadam za żeńskim wokalem i pochodzę doń dość sceptycznie, szukałem kruczka, tego, co się pisze małym druczkiem. Nie znalazłem, wokal Julii mnie powalił na łopatki, no dobra, może nie aż tak. Ale nie ukrywam, że bardzo mnie zaciekawił: ciekawa barwa głosu i oryginalne podejście, przede wszystkim zwracające uwagę na nie siłowe kształtowanie linii wokalnych i trzymanie się jednego pułapu, niektóre wokalistki niepotrzebnie bowiem próbują growlować czy screamować tracąc przy tym swoja naturalną barwę i właśnie oryginalność (Marzenka z Empire jest chlubnym wyjątkiem).
Obok naprawdę kapitalnych i fantastycznie pomyślanych utworów własnych z pierwszej demówki i nadchodzącej drugiej Diavolopera zagrała cover z repertuaru nieodżałowanych „lesbijeczek z Rosji” czyli niepokonanego swego czasu duetu Tatu, a mianowicie „All things she said” – naturalnie po rosyjsku.

Diavolopera to zespół intrygujący i dobrze dający po głowie, według niektórych najlepsza kapela wieczoru (choćby zdaniem stałego bywalca Ucha – Brodacza) a według mnie po prostu bardzo ciekawy zespół. Do kwestii technicznych czy kompozycyjnych nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Brakuje jedynie może małej odskoczni w postaci męskiego growlowanego wokalu – skoro opera i w dodatku diabelska, głos męski by się przydał, choćby nawet na momenty, na zasadzie podobnej jak te w niderlandzkiej kapeli Mayan na tegorocznej debiutanckiej płycie „Quaterpast” (recenzja już niedługo). Zespół ten ma na pewno ogromny potencjał i możliwości i trzymam kciuki, nie chciałbym żeby podzielił los Nordena (który stał się niemalże nieistniejącym jednoosobowym projektem czy Sonheillona, którego też praktycznie już nie ma).

Hateseed


Grupę tę nie tak dawno słyszałem na otwarciu oliwskiego Rock Out Pubu i podobało mi się to co zaprezentowali. Miałem ochotę na więcej i w Uchu mogłem nie tylko zweryfikować czy zespół naprawdę tak mi się podoba, czy to było tylko złudzenie, ale także właśnie posłuchać ich więcej. Nadal nie jestem pewien wszystkich tytułów, ale na pewno zapamiętałem więcej.

Koncert otworzył utwór „One Thousand Deaths” z fantastycznymi solówkami, następnie był kawałek „Exile” i istna galopada rozpoczynająca się od mylącego akustycznego wejścia.


Czwarty był utwór „The Horizon” (Łukasz – gitarzysta i wokalista, zapowiadając kawałek zwraca się do mnie: „Widzę, że kolega w pierwszym rzędzie notuje, to możesz zapisać, że po tym utworze wszyscy się zesrali”. Jak sądzę, miało to być dowcipne, ale chyba do końca nie było, przynajmniej do końca nie zrozumiałem kontekstu. Cóż bywa i tak).
Szósty utwór był chwilą dla muzyków, a zwłaszcza dla Jacka – perkusisty, który dał fenomenalny pokaz swoich umiejętności. Z pasaży do spokojnych, a to znów galopady, a to marsze wojskowe, a to znów spokojnie… gdzieś te Portnoyowe inspiracje słychać i czuć… zabrakło tylko Bonhamowskiego walenia łapą i gongów (ale Hateseed to nie The Brew, więc nie możemy tego wymagać).


Znów były (w Uchu) jakieś problemy techniczne z gitarą, więc Łukasz musiał zastąpić swojego Stratocastera zwyklejszym modelem pożyczonym od jednego z zespołów i zagrano wówczas świetny kawałek „The Soul Eater”. I pewnie w wyniku komplikacji w Uchu zrobiło się jakoś nieprzyjemnie pusto, a Hateseed zagrał ostatni utwór „My hate”.
Utwierdziłem się w przekonaniu, że jest to zespół niesamowity i bardzo ciekawy i mający jeszcze wiele do zaprezentowania w swoim gatunku. Z ogromną satysfakcją przyjdę na ich kolejny koncert i z niecierpliwością wypatruję też jakiegoś materiału płytowego, może kiedy posłucham Hateseed w zaciszu domowym zrozumiem żart o zesraniu, w tym wypadku raczej było mi trochę głupio, może nie poczułem się urażony, ale było to co najmniej dziwne. Tymczasem borem lasem, trzymam kciuki i jako się rzekło: czekam na więcej!

Shadowsight


Ostatni zespół wieczora powstał w Gdyni w 2008 roku z inicjatywy dwóch gitarzystów Michała Marcinkowskiego i Łukasza Szczepańskiego. Po kilku miesiącach prób i jammowania do projektu dołącza basistka Sylwia Dylewska i perkusista Michał Ryczkowski.
Zespół wydał dwie demówki (na których wokalnie udzielał się Łukasz). Obecnie wokalem zajmuje się Michał, który od czasu do czasu jest wspomagany wokalem Łukasza.
W niedługim czasie ma pojawić się nowe wydawnictwo zespołu zatytułowane „Path of the Damned”.

Koncert otworzył dość interesujący kawałek tytułowy z nadchodzącego wydawnictwa. Gdzieś coś mi zapachniało starym Iron Maiden czy Edgyuem, podobno nawet sam zespół nie ukrywa inspiracji tymi grupami – choć wokaliści niestety nie dorównują ani Dickinsonowi ani Sammetowi, a wielka szkoda, bo grają ciekawie, nieoryginalnie, ale mocno i z polotem.


Szef Ucha kiedyś mi powiedział, że w zespole powinna być ładna basistka, bo jeśli zespół gra hujowo to przynajmniej na nią można popatrzeć, w wypadku Shadowsight nie było wcale hujowo, ale i tak wolałem popatrzeć na basistkę – nie tylko ładna (mam nadzieję, że nikt nie będzie zazdrosny), ale także dobrze grała. W ogóle bas w tej grupie to mocna sprawa, wyszczególniony tak jak lubię na wierzch, świetnie pasował do muzyki zespołu. Kapitalnie brzmiało to choćby w hymnowym utworze „Nemezis”. Problemem zespołu jest zupełnie inna sprawa: niezdecydowanie gatunkowe. Raz grają tradycyjny heavy/power a z chwilę potrafią przywalić pirate metalem w stylu Running Wild czy Aelestorm. Może inaczej to nie jest problem, wychodzi to bardzo ciekawie, ale w pewnym momencie już byłem skonfundowany – w ramach jednego zespołu trochę za dużo już było jak jesz został zagrany utwór w stylu medieval. Bardzo podobał mi się cover Ironów, czyli „The Trooper” zagrany z gościnnym udziałem Jacka z Hateseed na bębnach i Łukasza z tegoż na wokalu. Utwór zagrał potężnie i nie został odegrany, a Łukasz zaśpiewał mocniej i zadziorniej, nieco tylko niżej niż Dickinson. Niezwykle interesujące były te utwory, które Shadowsight zaprezentował po polsku – czy gdzieś nie zapachniało Turbo z lat 80?


W podobnym stylu został zaprezentowany też utwór „Szalony Ikar”, który podobno był jeszcze bardziej szalony niż zwykle (nie mając porównania, bo pierwszy raz słuchałem tego zespołu, wierzę na słowo tym, którzy mi to podpowiedzieli). A na bis zagrali cover „Breaking the law” – również nieco inaczej niż oryginał.
Shadowsight ma sporą liczbę zwolenników i wcale się nie dziwię, grają ciekawie i energetycznie. Szkopuł polega na tym, że przy małej dawce oryginalności zespół ten podobał mi się najmniej z wszystkich. Nawet Brodacz rzucił do mnie: „Pierwszy zespół i tak był najlepszy”.

Podsumowując, środowa noc heavy metalu w Uchu była kolejną ucztą dla uszu. Bardzo zaciekawiła mnie Diavolopera i postaram się na bieżaco śledzić rozwój i karierę tego naprawdę obiecującego zespołu, który może sporo jeszcze namieszać na trójmiejskiej scenie, a i mam nadzieję, że nie tylko. Fantastycznie wypadł Hateseed, który mimo problemów technicznych i nagłego wykruszenia publiki zagrał koncert świetny i moim zdaniem znacznie lepszy niż w Rock Oucie. Mógłbym tego zespołu słuchać niemal bez końca.
Shadowsight w moim odczuciu wypadł najsłabiej – z jednej strony z powodu trochę dużego rozrzutu stylistycznego, z drugiej z powodu zbyt późnej już dla mnie pory (przyznam się, że zasypiałem już koło tej jedenastej, dwunastej w nocy). Nie można jednak zaprzeczyć, że wszystkie zespoły pokazały się mocno i ciekawie, przed dwoma można wypatrywać licznych sukcesów w niedługim czasie (Diavolopera i Hateseed), a przed jednym (Shadowsight), cóż nie jestem wyrocznią i mogę się mylić, widziałbym kilka zmian: przede wszystkim znaleźć wokalistę, który miałby jakiś własny styl i radziłby sobie z wysokimi rejestrami (nie jest źle z tym aktualnym wokalem, ale mimo wszystko oczekuje się nieco więcej) i odrobinę bym przyciszył bas – kocham bas na wierzchu, ale w wypadku tego grania trochę za bardzo się wybijał. Dodał bym klawisze – może jakiś utwór w stylu King Diamond albo Mercyful Fate? Tak czy inaczej, bawiłem się dobrze i trzymam kciuki za wszystkie zespoły, które zagrały podczas tej odsłony nocy heavy metalu.